Autor: Aru

Kac

… kto nie poznał, ten nie żył. W niektórych kręgach zwany „syndromem galopujących turów”. Stan, w którym niektóre zmysły wyostrzają się do granic możliwości, to wówczas, liść opadający na ziemię wydaje dźwięk, który można porównać z eksplozją bomby termojądrowej. Nie żebym wiedział jaki dźwięk powstaje podczas takiego wybuchu, ale musi to być właśnie coś takiego. A wyobraźcie sobie, że budzicie się po hucznej imprezie, powiedzmy, po … na przykład wieczorze kawalerskim i nie tylko napier… was głowa, a wnętrzności chcą wypłynąć z was jak lawa z wulkanu i taką właśnie mają temperaturę. Najgorsze jednak jest to, że kompletnie nie pamiętacie, co działo się poprzedniej nocy. Nic, zero, pustaka. Wszelkie wysiłki waszego umęczonego umysłu nie przynoszą żadnego efektu. Rozglądacie się po pokoju, w którym się znajdujecie i widzicie, że lokal został kompletnie zdemolowany, brakuje wam zęba, a kiedy idziecie do toalety zastajecie tam tygrysa, a jakby tego było mało w szafie śpi kilkumiesięczne dziecko. No  i najważniejsze, gdzie jest pan młody? Przecież za dwa dni ma odbyć się ceremonia ślubna.

Jakie to szczęście, że to tylko scenariusz filmu „Kac Vegas”. To tylko wstęp do tego, co jeszcze czeka bohaterów filmu. Jego twórcy bardzo poważnie potraktowali i wcielili w życie receptę Alfreda Hitchcock na dobry film. Zaczęli od trzęsienia ziemi, a właściwie od kaca giganta, by w miarę trwania filmu, wciąż zagęszczać jego akcję, tak, by napięcie stale rosło. Film ten jest najlepszym dowodem na to, że się myliłem, że zdarzają się jeszcze śmieszne komedie. I choć nie jest to żart najwyższego sortu, to przynajmniej brak w tym filmie wulgarnego prostactwa. To film katastroficzny, przy którym „2012” to bajeczka. Kac jest bardziej namacalnym i powszechnym zjawiskiem niż koniec świata, a takiego kaca jak ten nikomu nie życzę. Na szczęście „wszystko co się wydarzy w Vegas, zostaje w Vegas”.

Duet, który rządzi!!!

Za trzy lata koniec świata…

Już 21 grudnia 2012 roku nastąpi zagłada naszej cywilizacji. 
Przepowiedzieli ją Majowie, który stworzyli bardzo dokładny kalendarz,
kończący się właśnie na tej dacie, na ten rok wskazują również niektórzy
"badacze" Biblii. Belgijski astrofizyk Patrick Geryl w swojej książce
"Proroctwo Oriona na rok 2012" twierdzi, że co 11,5 tys. lat dochodzi do
zmiany biegunów Ziemi, to spowoduje zmianę ruchu obrotowego naszej
planety czego efektem z kolei będą liczne, bardzo potężne trzęsienia
ziemi, i ogromne sztormy. Europa i Ameryka Północna, a właściwie, to co
z tych kontynentów pozostanie, zostaną przykryte lodem. Jedynym
bezpiecznym kontynentem ma być Afryka. Tam też Geryl stworzył farmę
-arkę "Perfect Vision", która ma przynieść gatunkowi ludzkiemu
ocalenie. Nie brakuje chętnych do zaokrętowania się na ten cudowny
"okręt". Ponoć wśród nich, są również Polacy. Nie wiem tylko, jak udało
mu się obliczyć, gdzie będą nowe bieguny Ziemi, skoro nie zna dokładnej
skali przewidywanego zjawiska. A może, to któraś z przepowiedni, gdzieś
między słowami wspomina, że tylko czarny ląd ocaleje? A może stwierdził,
że skoro tam jest kolebka naszego gatunku, to tylko to miejsce jest
bezpieczne.
W podobną stronę poszli autorzy filmu "2012". Roland Emmerich autor
"Pojutrza" i "Dnia niepodległości" przygotował nam kolejną, naszpikowaną
efektami specjalnymi, wizję końca świta. Ach ten Hollywood, tam to
potrafią niszczyć świat. Jak ktoś ma ochotę oglądać kres naszej
cywilizacji, to tylko na dużym ekranie, w dolby-surround. Szkoda tylko,
że nie pomyślano, by zrobić wersję 3 D. Marzeniem byłoby być światkiem
gdy ziemia otwiera się i pochłania gniazdo rozpusty i wszelkiego
grzechu, jakim niewątpliwie jest Las Vegas. Trzeba przyznać, że film
całkiem zgrabnie zrealizowany, nawet fabuła w miarę nieźle się trzyma.
Myślę, że ludzie w obliczu takiej katastrofy zachowywaliby się dokładnie
tak, jak pokazano w tym filmie. Bogaci kupili by sobie bilet do
przetrwania, władze pozostawiłyby swoich obywateli samych sobie, by
ginęli w nieświadomości. Być może znalazł by się również idealista
pokroju filmowego, czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który
postanowił zginąć ze swoim nardem, chociaż w to szczerze wątpię i wydaje
mi się, że twórcy filmu, chcieli raczej nas pocieszyć. Po seansie naszły
mnie przemyślenia i postanowiłem odpowiednio się przygotować na koniec
świata. W najbliższym czasie zakupię "żelazną rezerwę"czeskiego
browarka, a kiedy zbliżał się będzie kres naszej cywilizacji, wezmę moją
żonkę w góry i tam przytuleni, będziemy obserwować, jak Ziemia pochłania
nasz świat. To będzie piękny koniec. I nie trzeba będzie spłacać kredytu
na mieszkanie.

W poszukiwaniu „złotej jesieni”

Mamy za sobą dwa tygodnie opadów deszczu. Deszcz padał tylko z krótkimi przerwami. Czasem była to tylko mżawka, innym razem lało naprawdę intensywnie. Brak słońca sprawiał, że wszystko przybrało jednolitą szarą barwę. Świat zaczął zlewać się w szarą, bezkształtną masę. Na szczęście dzisiaj od samego rana świeciło słońce. Niebo było lazurowo błękitne, więc by wykorzystać sytuacja, która może się już prędko nie powtórzyć, spakowałem aparat i ruszyłem do lasu. Po złotej jesieni pozostało już niewiele śladów, ale gdzieniegdzie dostrzec jeszcze można było jej pozostałości. Pogoda, która panowała przez ostatnich kilkanaście dni sprawiała, że powoli zacząłem pogrążać się w jakimś otępieniu. Nie miałem sił do jakichkolwiek działań. Jak dobrze by było, móc zapaść w zimowy sen, przespać pięć najbardziej paskudnych miesięcy, by obudzić się z całą przyrodą na wiosne. Jednak nie ma tak lekko. Trzeba będzie jakoś przetrwać do marca. Miejmy tylko nadzieję, że w tym czasie będzie jak najwięcej słońca.


Miodowy miesiąc

Ten wpis będzie ociekał słodkością, zachwytami nad stanem małżeńskim, miodem, będzie polany różowym lukrem, więc jeśli ktoś nie przepada za takimi kawałkami, nich sobie daruje czytanie. Mija właśnie pierwszy miesiąc naszego małżeństwa. Z pewnością jest to najbardziej niesamowity miesiąc jaki dane mi było do tej pory przeżyć (a mam już ich za sobą 387). Wszystko jest intensywniejsze, wspanialsze. Życie smakuje jak zimny Tokaj, w letni czerwcowy wieczór. Nasz związek wszedł na wyższy poziom. Bywa poważnie, ale jest także zabawnie, nawet bardzo zabawnie. Staliśmy się sobie znacznie bliżsi. Wcześniej myślałem, że to tylko papier, że nic to przecież nie zmienia, poza statusem formalnym. Okazało się jednak, że się myliłem. Nie wiem dlaczego, ale jest dużo, dużo lepiej. Czuję niezwykłe gorąco, tajemniczą siłę, która wybudza mnie z jesiennego letargu. I szkoda tylko, że niedługo po ślubie trzeba było wracać do pracy, że nie mieliśmy zbyt wiele czasu by nacieszyć się tylko sobą. Myślę, że nadrobimy to najpóźniej latem, kiedy będziemy już we własnym mieszkaniu. Miłość to rzecz najpiękniejsza, największa siła kierująca człowiekiem. Oby wokół nas było jej jak najwięcej. Kocham moją wspaniałą żonę i mam nadzieję, że ten euforyczny, miodowy stan potrwa jak najdłużej!!!

Nieskończone wszechświaty.

A gdyby tak istniał nie jeden świat, tylko nieskończona ilość światów równoległych. W 1957 roku, Hugh Everett III obronił prace doktorską, w której tworzy rewolucyjną, kwantową teorię wielu świtów. W latach 50-tych, fizycy kwantowi zauważyli, że niewielkie obiekty (cząstki, atomy itd.) pozostają w tzw. superpozycji stanów kwantowych, czyli , że ich parametry przyjmują jednocześnie wszystkie dopuszczalne przez prawa fizyki wartości aż do chwili, gdy dokonujemy pomiaru. Wówczas przybierają jedną i przypadkową wartość. Według teorii Everetta każdy stan superpozycji jest tak samo realny, i każdy zdarza się w innym, równoległym wszechświecie. Każdy z nas składa się z atomów, więc w myśl tej teorii, istnieje niekończona ilość wersji nas samych w innych, równoległych wszechświatach. Czyli gdzieś tam istnieją inni ja, niektórzy mądrzejsi, inni zaś mniej bystrzy. Grubsi lub chudsi, wszelkie możliwe kombinacje. Pewnie kilka tysięcy moich odpowiedników pisze właśnie teraz wpis na swoim blogu, mniej lub bardziej podobny do tego.

Teoria Everetta nie została zbyt przychylnie przyjęta wśród fizyków kwantowych, co uniemożliwiło mu dalszą karierę naukową. Sam Hugh Everett III, to dość ciekawa osoba. Już jako dwunastolatek korespondował z Einsteinem. Kiedy kariera naukowa legła w gruzach, by uniknąć wcielenia do wojska i wysłania na wojną w Korei, rozpoczął pracę dla Pentagonu. Jako człowiek był osobą zimną, nie zwracająca uwagi na uczucia innych. O jego teorii przypomniano sobie dopiero na początku lat 70-tych, sam jednak już do niej nie powrócił.


Myślę, że koncepcja Everetta jest dosyć intrygująca. Nasze życie, nasz świat w nieskończonych wariantach, wszystko jest więc możliwe, nawet najbardziej niewiarygodna rzecz mogłaby się wydarzyć w którymś z bliźniaczych światów. Teoria ta jest świetną pożywką dla literatury i filmu s-f, czego przykładem może być serial „Sliders” czy książki z cyklu „Kroniki Amberu” Zelaznego. Nie wiem czy będzie to dla nas jakimś pocieszeniem, ale jeśli odniesiemy jakąś klęskę, coś nam się nie powiedzie, to na pewno istnieje chociaż jeden równoległy wszechświat, w którym nasze działanie zakończyło się sukcesem.

Jesienne impresje

I zaczęła się na dobre, tak przeze mnie znienawidzona, pora jesienno – zimowa. Dopadła mnie w tym tygodniu i zniewoliła. Pozbawiła sił. Nic, kompletnie nic nie było w stanie mnie wyrwać ze stanu odrętwienia. Nie potrafiłem skupić się na dłużej na żadnej rzeczy. Ani książka, ani film, nawet na gry nie mogły mnie zainteresować na dłużej. Kiedy zabierałem się za pisanie wychodziły mi tylko bezładne zdania, bez większego sensu. Zaczynam tęsknić za słońcem, brak mi zieleni. Coś wyssało ze mnie wszystkie siły. Jakoś ciężko mi wykrzesać chociaż odrobinę optymizmu. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i powoli zacznę przyzwyczajać się do szarzyzny i zimna za oknem. Mój umysł znów ekspoloduje kolejnymi pomysłami, a i aura zacznie być nieco bardziej przyjazna pozwalając na zaczerpnięcie chociaż kilku życiodajnych promieni słonecznych i za nim się spostrzegę znów będzie wiosna i ponownie poczuję potężny przypływ życiodajnej siły.


Nowa Villa Diodati

W pobliżu szwajcarskiej miejscowości Cologny, nad samym Jeziorem Genewskim, znajduje się Villa Diodati. Miejsce to odegrało dość szczególną rolę w historii literatury. Z początkiem XIX stulecia przebywał tam lord Byron. Wraz z nim deszczowe lato 1916 roku w Villa Diodati spędzali Mary Shelley, Percy Shelley, John Polidori i kilka innych osób. By rozwiać nudę Byron zaproponował konkurs na najlepszą makabreskę. Rozpoczęły się dyskusje, na tematy fantastyczne, tak jak choćby to, czy elektryczność jest w stanie wskrzesić życie w martwych tkankach. Z samego pobytu w Villa Diodati nie pozostał żaden utwór literacki, ale dysputy, które wówczas miały miejsce musiały być dosyć inspirujące. Dwa lata po tym spotkaniu Mery Shelley publikuje dzieło pod tytułem „Frankenstein, czyli nowy Prometeusz”. W 1819 roku, inny gość Villi, John Polidori pisze opowiadanie „Wampir”, bez którego Stocker nigdy nie napisałby „Drakuli”.

A gdyby dzisiaj odizolować kilka osób by skłonić ich do stworzenia nowych dzieł, które będą inspiracją na kolejnych 200 lat. Na taki pomysł wpadł Chuck Palahniuk pisząc swoją powieść „Opętani”. Mamy tu odseparowane kilkanaście osób, które wciągu trzech miesięcy, mają stworzyć nowe arcydzieła, które odcisną piętno na współczesnej kulturze. Nie są to jednak zawodowi pisarze. Mamy tu przekrój amerykańskiego społeczeństwa, a każdy z bohaterów przeżył jakąś traumę. Każdy wnosi ze sobą jakąś straszliwą historię. Z założenia, to taki „Big Brather” z wyzszym motywem. Tylko jak się okazuje, zamknięci tam ludzie nie koniecznie o wyższych celach myślą. Dla nich liczy się tylko sława, sława, która przyniesie potężne zyski. I właśnie w tym momencie zaczyna się rzeźnia. Nie będę opisywał tego, co działo się w owej Nowej Villi Diodati, bo może ktoś po „Opętanych” zechce sięgnąć, więc nie będę psuł zabawy. Zacytuję tylko jeszcze autora, który tak uzasadnia napisanie tej książki:

Postanowiłem stworzyć nowy rodzaj horroru – opartego na rzeczywistym świecie. Bez nadprzyrodzonych potworów ani magii. To ma być książka, której nie będziecie chcieli trzymać przy łóżku. Książka, która stanie się zapadnią, bramą do najmroczniejszych miejsc. Do takich miejsc, do których tylko wy będziecie mogli wejść – sami – gdy ją otworzycie. Tylko książki mają tę moc.”

Myślę, że mu się to udało. Świat Palahniuka jest naprawdę zdrowo porąbany, tylko kiedy się zastanowić, jest on dziwnie podobny do tego, w którym żyjemy.