Kategoria: ciekawe miejsca

Wieża książęca w Siedlęcinie

Jednym z miejsc, które podczas ostatniej podróży zrobiło na mnie spore wrażenie, był niezwykły obiekt, jakim jest wież książęca w Siedlęcinie. Miejsce ciekawe i jednocześnie dość często przez turystów pomijane, dzięki czemu możemy w ciszy i spokoju, kontemplować jego średniowieczną atmosferę.

Wieże rycerskie, to dość popularne w średniowieczu warowne siedziby rycerskie. Dziś jednak, szczególnie w Polsce dość rzadkie. Z czasem, niektóre z rozrastały się, stając się częścią zamku, większość jednak, w wyniku dość trudnej historii tej części Europy, do naszych czasów nie dotrwała. Spośród tych, którym to się udało, obiekt w Siedlęcinie jest największy w naszym kraju.

Wieża ta powstała w początku XIV stulecia z inicjatywy księcia Henryka I jaworskiego. Po jego śmierci została sprzedana jednemu z dworzan, później kilkakrotnie zmieniała właścicieli. W XVIII wieku po południowej stronie wieży dobudowano barokowe zabudowania dworskie. Sama wieża zmieniła wówczas swoje przeznaczenie. Funkcja mieszkalna zastąpiona została przez użytkową, zaczęto ją wówczas wykorzystywać, jako spichlerz.

Trudno jest zapomnieć wrażenie, jakie robi wkraczanie po drewnianych schodach na kolejne kondygnacje wieży, z której roztacza się cudowny widok, na okoliczne wzgórza i sam Siedlęcin. Dwumetrowej grubości mury nic sobie nie robią ze słońca na zewnątrz, tu zawsze panuje przyjemny chłód. Kiedy w końcu docieramy na trzeci poziom wieży, czeka na nas niezwykła niespodzianka, czternastowieczne polichromie. Niemal cała ściana pokryta jest malowidłami opowiadającymi historię Lancelota. To chyba jedyna ilustracja dotycząca życia dworskiego na naszych ziemiach. Malowidło to miało charakter moralizatorski. Mamy tu historię Lancelota, który zdradziła swojego króla, doprowadzając tym do jego upadku. Wśród przedstawionych postaci, na największym spośród malowideł, pojawia się także św. Krzysztof, symbol wierności. Z jednej strony mamy opowieść o prawdziwym średniowiecznym „macho”, świetny wojownik, który wywija mieczem jak nikt inny i żadna „laska”, z samą królową na czele, nie jest w stanie mu się oprzeć, a z drugiej strony olbrzyma – brzydala, który podczas straszliwych tortur nie wyrzekł się swojej wiary. Krzysztof na malowidle, swoimi rozmiarami znacznie przewyższa wszystkie inne postacie, jednak zastanawia pierwszy rysunek, przedstawiający dwie pary: rycerz i mężatka oraz rycerz i panna, a pod nimi w ziemi tkwią umarli. Obie pary są tu równe wobec śmierci. Miłość jest taka sama. Miłość, na tym ziemskim padole jest Najważniejsza! Czy taki był właśnie przekaz autora (intencje zleceniodawcy)? Pamiętajmy, że średniowiecze, gdzie większość ludzi nie potrafiła czytać, operowało symboliką, pewnymi wzorcami, które były dla nich jasne. Być może wieża w Siedlęcinie, miała być dla księcia Henryka jego Camelotem, gdzie spotykałby się ze swoimi rycerzami, gdzie przy miodzie, winie i piwie mogli przechwalać się swymi osiągnięciami. Niestety nagła śmierć księcia przerwała prace nad malowidłem i trudno powiedzieć, jaki miał być jego finał, czyli do jakich wniosków miało skłaniać ucztujących. W późniejszych czasach czy to nie zrozumiałe, czy zbyt śmiałe, dzieło zamalowano i dopiero z końcem XIX stulecia odkryto je na nowo.

Będąc w okolicy Jeleniej Góry warto jest poświęcić nieco czasu i zajrzeć do Siedlęcina by, chociaż na chwilę przenieść się o kilka stuleci w czasie. Nie wiem na ile jest to pouczające, ale muszę przyznać, że na pewno bardzo przyjemne. Co ważne, w przeciwieństwie do wielu polskich muzeów, wieże w Siedlęcinie otwarta jest do godziny 18.  A tym, którzy mają tam zbyt daleko i miejsca tego nie mogą podziwiać pozostają zawsze wizualizacje w sieci.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Brugia

O swoim stosunku do podróżowania już kiedyś pisałem – nienawidzę tego. Jestem straszliwie przywiązany do mojego terytorium. Czasami zdarza się jednak tak, że czy chcę tego, czy też nie, muszę mój mały świat opuścić. Takich sytuacji staram się jednak z całych sił unikać, więc dochodzi do nich niezwykle rzadko. Jeszcze mniej prawdopodobne jest to, że miejsce, które odwiedzam, mnie zauroczy (no chyba, że są to góry). Coś takiego właśnie mi się przytrafiło. Zeszły tydzień spędziłem w Belgii. Pominę to, co mnie najbardziej do podróżowania zniechęca, czyli kilkunastogodzinną jazdę autokarem (coś okropnego). Główny cel mojej wizyty w ojczyźnie frytek, czyli Bruksela, nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Za to, kiedy znalazłem się w Brugii poczułem, coś, co niezwykle rzadko mi się zdarza. To miasto mnie zachwyciło. Spędziłem w nim tylko kilka godzin i wciąż o nim myślę. Wspaniała architektura, wąskie uliczki pełne gotyckich i renesansowych kamienic, świadczących o dawnej potędze tego miasta. No i kanały, którymi można się swobodnie po nim poruszać. Szkoda tylko, że moja wizyta w nim była tak krótka. By móc naprawdę poczuć Brugie, musiałbym spędzić w niej przynajmniej kilka dni. Wciąż mam ogromny niedosyt. Biegnąc przez miasto, zobaczyłem jedynie niewielką część jego wspaniałych zakątków. Nie mogłem nigdzie zbyt długo przystanąć, by w pełni oswoić te miejsca. Muszę kiedyś tam wrócić. Pragnę usiąść w jednej z tak licznych tam knajpek, napić się piwa i spokojnie obserwować toczące się wokół życie. Mam wrażenie, że Brugia należy do tych kilku zakątków na Ziemi, które mógłbym uznać za swoje, do których w jakiś sposób przynależę.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A żeby móc przypomnieć sobie klimat tego miasta, można obejrzeć wyśmienitą, czarną komedię „Najpierw zwiedzaj, potem strzelaj”.