Kategoria: seriale

Fisher i synowie

Właśnie skończyłem oglądać serial „Sześć stóp pod ziemią”. Muszę przyznać, że był to jeden z najbardziej wciągających seriali, jakie do tej pory oglądałem. Już sama czołówka jest genialna. Pomysł by głównymi bohaterami uczynić rodzinę grabarzy może wydawać się szalony, ale okazał się jak najbardziej trafiony. Rodzina Fisherów, która mieszka w tym samym budynku, w którym znajduje się dom pogrzebowy jest, przynajmniej na pozór zupełnie zwyczajną rodziną. Mają podobne problemy jak inni. Prowadzona przez nich działalność, to biznes jak każdy inny. Aż trudno jest uwierzyć jakie „akcesoria” są wykorzystywane podczas naszej „ostatniej podróży”. Oczywiście, zmarły nie ma z nich żadnego pożytku, no ale przecież pogrzeb tak naprawdę jest dla żywych. Dziesiątki rodzajów trumien, balsamowanie zwłok, odpowiednia uroczystość. Ale w tym biznesie istnieje wyraźna różnica, coś co sprawia, że jest on trudny i nie dla każdego. Za każdym razem trzeba się zmierzyć z ludzkim cierpieniem, bólem po stracie najbliższym, trzeba pomóc im przejść przez tak trudny okres. „Sześć stóp pod ziemią”, to taka dziwaczna obyczajówka, ale nie w stylu produkowanych już dość masowo przez polskie telewizje telenoweli. Ten serial to coś więcej. Wciągająca fabuła, zawiłe losy głównych bohaterów, którzy wystawiani są przez życie na szereg prób. To serial o życiu i śmierci, o tym jak ludzie radzą sobie z jednym i z drugim. Serial prosty i genialny.

Muszę przyznać, że będzie mi brakowało rodziny Fisherów. Jednak to dobrze, że zrzucono realizację serialu, zanim został totalnie zajechany. Tych pięć sezonów tworzy doskonałą, zamkniętą całość i miejmy nadzieję, że nikomu nie przyjdzie w przyszłości do głowy, by rozgrzebywać tan grobowiec.




 

Moje seriale

Od dłuższego czasu amerykańskie kino postawiło na czystą rozrywkę, przez co stało się straszliwie nudne. Są oczywiście chlubne wyjątki, ale kiedy spojrzymy na całość, produkcje Hollywood wypadają dosyć blado. Za to tworzone za oceanem seriale okazują się wręcz rewolacyjne. Wystarczy wspomnieć o takich perełkach jak „Kompania barci”, „Rzym”, czy „Dynastia Tudorów”, stworzone dla sieci HBO.




Jak filmy fabularne nudzą, będąc najczęściej w stu procentach przewidywalne, tak z drugiej strony seriale wciąż zaskakują. Kolejną ich zaletą jest to, że bardzo często występują w nich nieznani, lub mało znani aktorzy. Do moich ulubionych seriali należy „Dexter”, ale o nim nieco więcej napiszę kiedy już wchłonę rewelacyjną, 4 serię.

Innym ciekawym serialem, który dosyć mocno mnie pochłonął jest „Mam na imię Earl”.

Randy, Catalina, Earl, Darnell i Joy – „wojownicy karmy”

Odkryłem go podczas zeszłorocznych wakacji. Tak się złożyło, że jest on nadawany w okolicach północy, z niedzieli na poniedziałek w TVP2 (niestety już trzeci raz  pokazywana jest seria 1). Film ten okazał się świetnym zakończeniem tygodnia i zwiastunem kolejnych, pozytywnych wrażeń. Serial mnie rozwala, oczywiście w sposób jak najbardziej pozytywny. Główny bohater, Earl Hickey, drobny złodziejaszek, kombinator i oszust wygrywa na loterii 100 000 dolarów, po czym traci je potrącony przez samochód. Pod wpływem telewizyjnego kaznodziei, który wspomina o tym, że wszystkim rządzi tajemnicza „karma”, sprawiająca że jesteśmy wynagradzani za dobre uczynki, a za złe karani, postanawia całkowicie zmienić swoje życie. W tym celu spisuje swoje złe uczynki, i stara się wynagrodzić wyrządzone krzywdy. Okazuje się, że nie jest to takie proste, ale pomimo przeciwności Earl podąża drogą „dobra”, z czym wiąże się wiele, dość zabawnych sytuacji. Nie łatwo być „aniołem”, w świecie pełnym pokus. To, co świadczy o świetności tego serialu, to postacie drugoplanowe. Brat Earla, Randy, zwykły przygłup, który pomimo postury mastodonta, zachował umysłowość kilkuletniego dziecka. Kolejną świetną kreację stworzyła Jaime Pressly (aktorka mało9 znana, ale na marginesie dodam, że o jeden tylko dzień młodsza ode mnie), występująca jako Joy, była żona Earla.To ulubiona postać mojej małżonki. Jej hasełka rozkładają na łopatki. No i do tego, trzeba o tym wspomnieć, że to całkiem gorąca laska 😉 Kolejną ważna postacią jest Darnell, czyli „Facio od krabów”, drugi mąż Joy, z którym zdradzała ona Earla chyba od początku ich małżeństwa. Darnell, to pacyfista, człowiek z duszą na ramieniu, przyjaciel wszystkich uciśnionych, zwłaszcza Pana Żółwia, dobra dusza serialu. Ostatnią osobą tworzącą ekipę Earla jest Catalina, sprzątaczka w motelu, w którym mieszka Earl mieszka wraz ze swoim bratem. Gorąca, latynoska laska, która musiała przejść przez piekło, by trafić z Meksyku do Stanów. Amerykański sen okazał się nie aż tak różowy, jak to sobie wcześniej wyobrażała. Nie udało jej się odnaleźć ukochanego, a zarobki sprzątaczki, nie pozwalały jej się utrzymać, wobec czego musiała zatrudnić się jako tancerka w nocnym klubie. Ten konglomerat osobliwości sprawia, że z pozoru nudna historia, zmienia się w prawdziwy wodospad gagów. Każdy odcinek trwa około 20 minut, ale akcji starczyłoby na pełnometrażowy film. Kto nie ogladał, a lubi się pośmiać musi obejrzeć. Mamy tu do czynienia z naprawdę świetnym humorem. Nie ma s tym filmie miejsca na burackie odzywki rodem z murzyńskich komedii. I chociaż nie jest to intelektualna uczta, serial ten może pozytywnie nastroić, nawet na kilka dni. Przynajmniej ja tak miewam. Polecam!