Wojna wg Tarantino

Temat II wojny światowej, jest wciąż obecny w kinematografii. Wystarczy tutaj wspomnieć świetne obrazy „Sztandar chwały” i „Listy z Iwo Jimy” Clinta Eastwooda sprzed trzech lat. Korzystając z okrągłej rocznicy, z tym trudnym tematem postanowił się również zmierzyć Quentin Tarantino, w swoim najnowszym filmie „Bękarty wojny”. Oczywiście, nie można się spodziewać, że Quentin stworzy film skłaniający do przemyśleń i refleksji. Dzieło głębokie i poruszające. Nie, przecież to Tarntino. To kolejna z jego brutalnych bajek, tym razem jednak scenerią jest nie amerykańska prowincja, a Francja podczas II wojny światowej. Film ten, ma być przede wszystkim rozrywką i jak to u Tarantino, pełną przemocy. Niewielki oddział składający się z żołnierzy amerykańsko – żydowskich, zostaje zrzucony na tereny okupowanej Francji gdzie sieją teror wśród okupantów, wyłapując i skalpując nazistów. „To maniacy masowych mordów, którzy nienawidzą Żydów i dlatego muszą zostać zniszczeni. Każdy sukinkot, w nazistowskim mundurku, który stanie nam na drodze pożegana się z żywotem.” – taki cel misji przedstawia swojemu oddziałowy, porucznik Aldo Raine. Pomysł ciekawy, na tej bazie można zbudować niezłą fabułę. Czegoś jednak zabrakło. Trudno jest się przyczepić do Qeuntina pod względem warsztatowym. Świetne zdjęcie, reżyseria, bardzo dobra gra aktorska, zwłaszcza Christophera Waltza, wcielającego się w postać demonicznego pułkownika SS Hansa Landy. Jedynie dobór muzyki, z którego trafności słynie Tarantino, był nie najlepszy. Powinien powstać całkiem dobry obraz, jednak Tarantino stworzył po prostu nudny film. Trwa przeszło dwie i pół godziny, ale spokojnie możana było go upchnąć w 90 minut. Jest dużo, zbędnej gadaniny, najlepszym przykładem jest scena w tawernie, trwająca 20 minut, chociaż bez żadnej straty dla fabuły filmu, można by ją skrócić do 5 – 7 minut. Na szczęście wszystkie mankamenty, zwłaszcza nudę, wynagradza końcówka filmu. Właściwie, gdyby zostawić początek i zakończenie, jakoś zgrabnie je ze sobą łącząc, powstałby niezły film.

A tak przy okazji, znalazłem w sieci dosyć ciekawe zestawienie najgorszych fimów o II wojnie światowej.

„Żyć za wszelką cenę”

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak potwornie nudnym miastem jest Opole. Są tutaj jednak rzeczy, właściwie instytucje, które zasługują na szczególną uwagę. Jedną z nich jest Teatr Eko Studio Andrzeja Czernika. Teatr, który już wielokrotnie podejmował niezwykłe i niebanalne działania. Tym razem mieliśmy okazję obejrzeć niezwykłe przedstawienie, „Żyć za wszelką cenę”. Powstała ona na podstawie wspomnień więźnia obozu jenieckiego, Łambinowice/Lamzdorf, Siergieja Woropajewa. To potworny obraz męki, jaką przeżywali więźniowie sowieccy w obozach jenieckich. Opuszczeni przez własne państwo, w którym uznani zostali za zdrajców, nieludzko traktowani przez Niemców. Zmuszani do ciężkiej pracy, często bez posiłków, śpiący w dołach wykopanych w ziemi, by w ten sposób ochronić się przed zimnem.

 

„Dwa lata jestem na terenie Niemiec.
Ile przeżyłem grozy i koszmaru,
A ile jeszcze przede mną…
Strasznie, życie złamane, sam okaleczony.
Przez dziesięć dni spania pod gołym niebem
Z zimna i wycieńczenia zmarła połowa z nas.

Głód! Głód! Głód!

Zjadłbym padlinę, paskudztwo, trawę…”

W przedstawieniu, w bardzo realistyczny sposób pokazano okropność wojny. Makabryczność scen, pogłębiało jeszcze to, że przedstawienie odbywało się na terenie obozu w Łambinowicach, w miejscu, w którym do tych zbrodni doszło. Przedstawienie bardzo sugestywne. Wojny nie skończyły się w 1945 r. i jak się okazuje, wciąż upodla się drugiego człowieka. Robią to nawet żołnierze krajów, które głoszą walkę o wolność i demokrację, dehumanizując wroga, wydobywając z siebie najgorsze instynkty.

Trudny powrót

I pierwszy tydzień pracy już za mną. Ciężko wrócić do pracy po długiej nieobecności. Oj ciężko. Wszystko boli, wczesne wstawanie, jazda samochodem, mniej wolnego czasu, obowiązki. Najgorsze jest chyba to, że pierwszy raz, nie chce mi się pracować. Pozostaje tylko mieć nadzieje, że szybko wpadnie się w nowy rytm. Tylko czasu trochę żal. Zwłaszcza, że pogoda w tym tygodniu była całkiem niezła, wręcz wymarzona na rowerową wyprawę. Słonecznie, lecz nie upalnie. Ile zdjęć umknęło, kiedy siedziałem w pracy. Słyszałem wyraźnie, jak wołały mnie nieprzeczytane książki. Nie prędko, będę mógł oddać się słodkiemu lenistwu, ale może dzięki temu, że czasu wolnego będę miał teraz znacznie mniej, zacznę go efektywniej wykorzystywać. Przynajmniej tak powinienem robić. Zresztą, nie ma, co się przejmować, przecież mam już o tydzień mniej do kolejnych wakacji.

*

Postanowiłem zmienić nazwę mojego bloga. Wpisując w wyszukiwarce hasło „silva rerum” wyskoczy kilka blogów o tym tytule, wobec tego, żeby być oryginalnym nazwałem moje wpisy po prostu AruArt (Basiu, jesteś niekończącą się inspiracją).

Komedie nie śmieszą :-(

Wczoraj miałem okazję przypomnieć sobie film „Młody Einstein”. Obraz już nie młody, bo stworzony w 1988 r., ale pomimo upływu czasu, wciąż śmieszny. Kilka zabawnych sytuacji, śmiesznych dialogów, odrobina gagów i w ten sposób powstał film, który potrafi rozbawić.

Film ten, natchnął mnie jednak do refleksji. Zacząłem się zastanawiać, na jakim to filmie ostatnio tak się pośmiałem. No, nie licząc „Borata”, ale tu przyjemność sprawiało obserwowanie, jak Amerykanie robią z siebie idiotów. Dzisiaj ciężko jest znaleźć film, który opiera się na zabawnych i inteligentnych dialogach, którego podstawę będzie stanowił dobry żart. Ostatnio dominuje chamstwo, wyśmiewanie się z innych, wyzywanie, to zdaniem twórców jest śmieszne. Chociaż, kiedy zaczynam obserwować moich uczniów, to chyba jest to śmieszne. Dla nich najzabawniejsze żarty polegają na obrażaniu innych, a jeszcze lepiej siebie nawzajem. Nie ma już zdrowego śmiechu? Pewną odmianę stanowią jeszcze filmy czeskie (np. „Butelki zwrotne”), chociaż i tam zdarzają się filmy debilne, czego najlepszym przykładem jest „Hrubeš i Mareš są kumplami na dobre i na złe”. Tytułu dobrej polskiej komedii nie potrafię podać. Był kiedyś zabawny serial „Świat według Kiepskich”, w którym w krzywym zwierciadle (chociaż nie zawsze było ono krzywe) pokazywano pewne zjawiska, pojawiające się w naszym społeczeństwie, ale z czasem zaczął obniżać loty i dziś jest to tylko zbiór dziwacznych scen, w których aktorzy robią z siebie coraz większych idiotów.

Aaa…! Przepraszam, jest jedna perełka, „Ranczo”, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, i filmy komediowe, które powinny bawić, męczą. Od czasu filmu „Chłopaki nie płaczą”, kolejni twórcy, próbują stworzyć obraz pełen „kultowych haseł”, czego najbardziej chyba absurdalny przykładem był „Job”, film bez fabuły, którego scenarzyści pozbierali dowcipy krążące od wielu lat po kraju i spróbowali, z żałosnym zresztą skutkiem, upchnąć w jednym filmie. No i są jeszcze komedie romantyczne. Dziwaczny gatunek filmów, których ja akurat nie czuję, a ich polskie kalki są właściwie groteskowe.

Dobrze jednak, że istnieją jednak zabawne filmy, które powstały jakiś czas temu, a do których zawsze można wrócić. Dobrze, że był Chaplin, Allen, bracia Marx i wielu innych. No i najważniejsze, na całe szczęście zawsze jeszcze pozostaje nieśmiertelny :


Koszmarna wizja przyszłości.

Liczba ludności Ziemi, na dzień dzisiejszy wynosi około 6,77 mld osób, a w roku 2012 przekroczy 7 mld. Niektóre prognozy mówią, że do 2050 r. będzie nas 10 mld. Czy możemy już mówić o przeludnieniu? Jak wiele ludzi, jest w stanie pomieścić nasza planeta? Konsekwencje przeludnienia, będą straszliwe dla całej populacji, a przede wszystkim dla samej Ziemi. Trzeba jakoś wyżywić taką masę ludzi. Coraz więcej miejsc, często bardzo cennych przyrodniczo, zamienianych jest na pola uprawne i pastwiska. Zwiększa się również produkcję żywności modyfikowanej genetycznie, po to by pozyskiwać większe plony. Trudno jest przewidzieć, jaki wpływ spożywanie takich roślin, może mieć na nasze organizmy. Już nie wspomnę o żywności wysoko przetworzonej, która szpikowana jest chemią i stała się podstawą naszej diety.

Co jednak stanie się, w momencie, kiedy nie będziemy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości jedzenia, lub co gorsza nastaną kolejne klęski żywiołowe, pozbawiając nas części plonów? Aż strach pomyśleć. Analizując dzieje ludzkości, dokładnie widzimy, że człowiek, zmuszony do walki o własne życie, sięgnie po wszelkie możliwe środki. Nie cofnie się przed niczym.

Co mnie skłoniło do tak katastroficznych myśli? Lektura książki Anthony’ego Burgessa, „Rozpustne nasienie”. To kolejna, obok „Mechanicznej Pomarańczy” przerażająca wizja przyszłości, stworzona przez tego autora. Pomimo, że jest ona nieco archaiczna (książka wydana w 1962 r.), jeśli chodzi o wyobrażenie świata przyszłości, nie umniejsza to w żaden sposób jej autentyczności, i skłonny jestem twierdzić, że przedstawione przez Burgessa sposoby walki z przeludnieniem, z chęcią podchwyci wielu rządzących, w momencie, kiedy stanie się ono realnym problemem. I miejmy nadzieję, że nie dane nam będzie dożyć czasów, w których wizja ta przerodzi się w rzeczywistość.



To już jest koniec…

No to kończą się dla mnie wakacje. Największą zaleta w byciu belfrem są właśnie te wolne dni. Pierwszy raz, od kiedy uczę, nie chce mi się wracać do pracy. Muszę przyznać, że kończące się właśnie wakacje, należały do jednych z najlepszych, jakie do tej pory przeżyłem. Nie obfitowały one w wyjazdy, ale te, które się zdarzyły, były wyjątkowo udane. Wiele bym mógł napisać o Thassos, a i tak nie dałbym radę opisać wszystkiego, co tam przeżyliśmy. Wspomnieć również należy o spontanicznym wypadzie do Pragi. Ale w spędzaniu wolnego czasu nie te wyjazdy są najważniejsze, chociaż dały nam sporo energii. Najważniejsze jest nie marnować czasu. Odpoczywać, ale nie leniuchować, nie dać się nudzie. Tak wiele przez te dwa miesiące się wydarzyło. Mam nadzieję, że pomimo sporej liczby obowiązków, uda się kontynuować kilka rzeczy, rozpoczętych latem. Kilka wydarzeń będzie miało tez poważne konsekwencje już w niedalekiej przyszłości.

To były piękne wakacje.

Horror

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Wstajecie rano, za oknem świeci słońce, zapowiada się kolejny, piękny, letni dzień. Robicie sobie herbatę i zasiadacie przed komputerem, by sprawdzić, co takiego dzieje się na świecie, a tu okazuje się, że ekran waszego komputera jest czarny.

Sprawdzacie kable, wszystko działa, a ekran dalej czarny. Bierzecie się za rozkręcanie kompa, ale tam też niby wszystko dobrze. Ekran? Wciąż czarny. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że dzieje się to naprawdę. To nie żadna mara senna, która rozpłynie się zaraz po przebudzeniu. Jest tak samo rzeczywiste jak ta herbata na biurku i słońce za oknem. Komputer jest na gwarancji. Można go przecież oddać do serwisu. Ale strata komputera na tydzień, albo dwa, o zgrozo.. może nawet na dłużej… Nie! To nie możliwe. Ta przerażająca myśl natchnęła mnie do działania. Użyłem wszelkich znanych mi sztuczek i w końcu mi się udało. Na razie działa. Tylko jak długo?

I pomyśleć, że dostęp do sieci mam zaledwie od pięciu lat. Jak ja sobie wcześniej radziłem? Przecież doskonale obywałem się bez sieci, bez ciągłego korzystania z komputera. Dziś, jest to dla mnie nie do wyobrażenia. Przecież ja za nim wyjdę do pracy przeglądam serwisy informacyjne, by być na bieżąco. Mam niezaspokojony głód informacji. A może jednak poradziłbym sobie? Przecież podczas wakacyjnych wyjazdów obywałem się bez kompa przez kilkanaście dni. Może znów czytałbym więcej książek, które piętrzą się na stale rosnących stosach czekając cierpliwie, aż w końcu raczę poświęcić im swój bezcenny czas.

Tak, dałbym sobie radę, ale na szczęście, przynajmniej na razie nie muszę tego robić.