Subiektywne podsumowanie roku czyli Paździerze 2009 cz. I

Pozostały już tylko dwa dni do końca roku i w związku z tym postanowiłem podsumować go. Nie będę się jednak rozwodził nad tym, co mi się przydarzyło, a trzeba przyznać, że pod tym względem był to rok dość ciekawy i w życiu osobistym bardzo udany. Moje podsumowanie roku, to rodzaj nagród. Zastanawiałem się jakby takie nagrody, gdyby istniały, miały się nazywać i po dość długich rozmyślaniach postanowiłem nazwać je Paździerzami. Oczywiście Paździerze, to tylko nagroda fikcyjna, nieco wirtualna, bo istnieje jedynie na moim blogu i jak najbardziej subiektywna, bo „otrzymują” ją dzieła, filmowe, muzyczne, czy literackie, które akurat mi szczególnie w ostatnim roku się spodobały. Regulamin Paździerzy dopuszcza rzeczy powstałe znacznie wcześniej, warunkiem jest jedynie to, że zapoznałem się z nimi akurat w mijającym roku i właśnie w wówczas wywarły one na mnie wilki wpływ.

Przejdę zatem do pierwszej kategorii, jaką jest LITERATURA

W tej kategorii chciałbym wyróżnić nieistniejącą statuetką, drewnianego Paździerza, bo zapomniałem wspomnieć, że Paździerz, statuetka niezbyt piękna, wykonany jest właśnie z tego jakże szlachetnego materiału. A jakby ktoś chciał wiedzieć z jakiego drzewa został wyrzeźbiony, to odpowiedź na to pytanie jest oczywista, z dębu.

tak by wyglądała statuetka Paździerza, gdyby istaniała

Wracając jednak do Paździerzy z dziedziny literatury, uważam, że na szczególną uwagę zasługuje proza Chucka Palahniuka. Dla mnie to istne objawienie literackie mijającego roku. Wystarczy wspomnieć tytuł jego najsłynniejszego dzieła „Fight Club”. We wcześniejszych wpisach wspomniałem już o „Opętanych”, no i niesamowitym „Rozbitku”. Palahniuk, mistrz szyderstwa, objawiający największe wady współczesnego społeczeństwa, wywołujący swoją prozą sprzeciw, chęć wyrywania bruku i rzucania w przedstawicieli establishmentu Anarchistyczny! Wspaniały!


Kolejnego literackiego Paździerza chciałbym przyznać Oldze Tokarczuk, tym razem za konkretną książkę, „Bieguni”. Wiem, to pozycja sprzed dwóch lat, ale latem dzięki niej mogłem odbyć niezwykłą podróż. Muszę, przyznać, że była to jedna z najbardziej fascynujących wypraw 2009 roku. Kto nie czytał, niech uczyni to jak najszybciej, bo w książce tej Tokarczuk pokazuje prawdziwe mistrzostwo literackie.

I jeszcze jeden autor zasługuje na Paździerza, Arkadij Babczenko za „Dziesięć kawałków o wojnie”, książkę, która mnie zdruzgotała, sponiewierała, zszokowała (pisałem o niej w sierpniu). Nadal, kiedy myślę o tej książce przechodzą mnie zimne ciary.

Książek ważnych było oczywiście znacznie więcej. Nie można zapomnieć o „Błaźnie” Moore’a, „Historii brzydoty” Eco, „Historii świata w sześciu szklankach” Standege’a, twórczości Eduardo Mendozy, „Cieni wiatru” Zafona, no i oczywiście „Głowie Minotaura” Krajewskiego. Niestety ilość kawałków dębowej kory, z której wykonane są Paździerze, jest dość ograniczona, a zostało mi jeszcze kilka kategorii.

Kategoria druga, FILM

Myślę, że dla kinematografii, pomimo kryzysu, był to rok bardzo ciekawy. Ja osobiście mam kilku faworytów. Pierwszeństwo, przynajmniej z racji wieku należy się Clintowi Eastwoodowi, za jego niezwykłe dzieło „Gran Torino”. Już sama kreacja głównej postaci, Walta Kowalskiego zasługuje na uwagę. Wspaniała gra twarzą i Eastwoodowskie „Mhrrr”, coś pięknego. Eastwood, który ponad połowę swojego życia grał twardzieli w filmach klasy „B”, czyli westernach i kiepskich sensacjach, kiedy wziął się za reżyserię zaczął nam serwować coraz poważniejsze dzieła. On nie musi się przejmować poprawnością polityczną hollywoodu. Wali prosto z mostu, w jego filmach czarne jest czarne, a białe jest białe. Filmy te, co jest rzeczą rzadko spotykana w Ameryce, po prostu, o czymś mówią.




Kolejnego, filmowego Paździerza otrzymuje mój faworyt, ekranizacja niezwykłego komiksu Alana Moore’a, „Watchman: Strażnicy”, grupa emerytowanych superbohaterów musi po raz ostatni ratować świat przed zagładą. Tu nie wiadomo kto jest dobry, a kto zły. Najbardziej brutalny i psychopatyczny Komediant, najtrafniej potrafi ocenić ludzi i stworzoną przez nich rzeczywistość. Film świetnie zrealizowany, wspaniale oddający klimat komiksu i bardzo polityczny, do tego jeszcze niesamowita muzyka z lat 80 – tych i mamy wspaniałą rozrywkę i małe arcydzieło zarazem. Kto nie widział, niech jak najszybciej go zdobędzie, bo jest to na pewno jeden z najlepszych filmów 2009 roku, dla mnie osobiście numer jeden.




Prawdziwym odkryciem minionego roku jest dla mnie twórczość Takeshi Kitano. Pisałem już o nim kilka tygodni temu przy okazji filmu „Achilles i żółw”, jednak najbardziej niesamowity film tego twórcy, to „Niech żyje reżyser!” – specjalny Paździerz dla Takeshiego za całokształt twórczości.

Wśród całej masy naprawdę świetnych filmów, które w tym roku obejrzałem na uwagę zasługuje jeszcze „Zapaśnik” z niesamowitą Marisą Tomei, która zapracowała na Paździerza dla tego filmu  😉

I jeszcze jeden, specjalny Paździerz, na życzenie mojej czujnej małżonki (sam nie wiem jak mogłem zapomnieć o tym filmie). Wyróżnienie, za najlepszą komedie roku otrzymuje „Kac Vegas”. O filmie już pisałem i myslę, że nie trzeba wyjaśniać. Mam nadzieję, że historia tam opowiedziana, pozostanie dla mnie filmową fikcją.

I na koniec Paździerz dla filmu polskiego, którego otrzymuje bezapelacyjnie najlepszy film minionego roku „Wojna polsko – ruska”. Film, do którego długo się przymierzałem, okazał się totalnym zaskoczeniem. Powalający, niesamowity, oryginalny, czegoś takiego w rodzimej kinematografii właśnie mi brakowało.

Trzecia kategoria, w której postanowiłem przyznawać Paździerze, pokrewna jest poprzedniej, to SERIALE, które trzeba jednak traktować oddzielnie. Zresztą tym tematem zamierzam się szerzej zająć w przyszłości. Przejdę więc do Paździerzy dla seriali.

Pierwszy z nich, to prawdziwe objawienie, „Dexter”, opowieść o techniku policyjnym zajmującym się analizą krwi, będącym jednocześnie psychopatycznym mordercą, wzbudzającym jednak w widzu sporą sympatię, bo przecież morduje tylko tych złych i to takich, którzy wywinęli się prawu. Zwłaszcza pierwsza seria „Dextera” zasługuje na szczególną uwagę. Później robi się zbyt… normalnie.


Kolejnego Paździerza chciałbym przyznać świetnemu serialowi komediowemu „Nazywam się Earl”. Zabawny, aż do bólu brzucha. Bohaterowie serialu to istna galeria niesamowitych dziwaków. Szkoda tylko, że TVP nadawała go w niedzielę późnym wieczorem, no ale ta instytucja na pewno nie zasługuje na żadne wyróżnienie, za swoje działania.

Nie mógłbym nie przyznać Paździerza „Simpsonom”, ten serial jest nieśmiertelny, a Homer jest moim idolem. Jestem właśnie przy 8 serii, w Stanach właśnie leci 20 sezon, więc jeszcze długo będę się świetnie bawił przy Simpsonach.



 



 




Dobrych seriali jest znacznie więcej niż te trzy przeze mnie wyróżnione. Z pewnością na uwagę zasługuje „Sześć stóp pod ziemią” – opowieść o perypetiach rodziny grabarzy, „Dr House”, czy też „Californication”, z którym ostatnio zacząłem się zapoznawać. Brak jednak dobrych seriali polskich. Ostatni dobry serial to „Ekipa”, którego realizację jednak przerwano. Jeszcze tylko „Ranczo” wyróżnia się z całej plejady mniej lub bardziej nudnych tworów naszych stacji telewizyjnych.

Na tej kategorii zakończę pierwszą część wielkiej gali, wręczenia Paździerzy nagród jak najbardziej subiektywnych. W drugiej części czekają nas jeszcze statuetki w takich kategoriach jak, muzyka, wydarzenie, osobowość, odkrycie i rozczarowanie.

Śnieg

Chciałem śniegu i już następnego dnia po moim wpisie świat przykrył się białym puchem. Jak to zwykle z pogodą w naszym cudownym kraju bywa, wszystko musi być z przesadą. Jak już przyszła zima, to od razu sroga. Mrozik chwycił i to całkiem spory. Znów mam problem z dotarciem do pracy, bo mi szyby w aucie od środka całkiem zamarzają. Ale nie mam co narzekać, przecież sam tego chciałem. Wraz ze śniegiem zrobiło się nieco bardziej optymistycznie. Nawet słońce zaczęło przebijać się przez chmury, a szarość została zastąpiona bielą. Dzięki temu jest jaśniej i tak jak się tego spodziewałem, nastrój znacznie mi się poprawił.

Dawniej, czyli w czasach liceum i studiów, w dzień, kiedy spadł pierwszy śnieg, robiłem sobie wolne od zajęć i ruszałem w las. Uwielbiałem ten niezwykły stan w lesie. Cudowna cisza i biel. Las był wówczas jak nowy, miejsca, które bardzo dobrze znałem, wydawały się obce, tajemnicze, przyciągające. Czemuś takiemu nie można się oprzeć, więc ruszałem, będąc pierwszą istotą wytyczającą leśne trakty. Czasem tylko spotykało się ślad lisa, lub przedstawiciela ptasiej drobnicy. Poza tym jednak wszędzie wokół biały, nienaruszony puch. Uśpiony las, dzielił się swoim spokojem, koił. Szkoda, że teraz obowiązki zawodowe nie pozwalają mi na zrobienie sobie takich wagarów. Dopiero dzisiaj mogłem nacieszyć się zimową aurą, jednak siarczysty mróz już po kilkunastu minutach przegonił mnie do domu. Trzeba chyba zaopatrzyć się w jakąś odzież mrozoodporną.

Puki co jest pięknie i należy się z tego cieszyć, bo jest to wspaniała odmiana, po dwóch tygodniach ciągłej szarzyzny i półmroku.


Gdy sen zapada nad miastem

 

Kiedy powala mnie zmęczenie, gdy w końcu postanawiam zawlec się do łóżka, przez tych kilka godzin, kiedy twój mój organizm odpoczywa, umysł udaje się do krainy snów. W krainie tej włada Sandman, Morfeusz, Pan Marzeń Sennych, Tkacz Snów. W Śnieniu nie obowiązują ziemskie zasady, nie działają tu prawa fizyki. Wszystko dzieje się według woli Sandmana. Wchodząc do tej krainy całkowicie zdaję się na jego łaskę. Staję się jedynie marionetką Pana Snów. To on kreuje rzeczywistość w której wędruję, to on sprawia, że wyniesione stamtąd przeżycia mogą być bardzo trwałe lub ledwie wyczuwalne, ulotne. Sen jest jednym z siedmiorga Nieskończonych, nadprzyrodzonych istot, które powstały wraz z narodzinami świata. Poza Snem do Nieskończonych należą Śmierć, Los, Zniszczenie, Rozpacz, Pożądanie i najmłodsa z nich Maligna, reprezentująca marzenia, niosąca pierwiastek chaosu, stanowiąca okruch dziecka w każdym z nas. Każde z nich wpływa na nasz los. W każdej chwili naszego życia znajdujemy się pod wpływem, któregoś spośród Nieskończonych. To oni kierują naszym życiem, a przynajmniej w istotny sposób na nie wpływają.

Sandman – Pan Snów

„Sandman”, to tytuł serii komiksów autorstwa Neila Gaimana, opowiadających o świecie Pana Snów i jego wpływu na ludzi. To najgenialniejsze komiksy z jakimi przyszło mi się zetknąć. Gaiman udowadnia, że komiks może być sztuką, że może stać się wspaniałym narzędziem do przekazywania głębokich treści. Komiks to nie tylko opowieści o superbohaterach ratujących świat przed super-złoczyńcami. Początkowo wydawnictwo DC Comics, nie chciało wydawać komiksu pod tym tytułem, byłoby to w pewnym sensie ożywienie serii z lat siedemdziesiątych, lecz kiedy wydawcy zobaczyli pomysły Gaimana, dali mu całkowicie wolną rękę i dzięki temu powstało komiksowe arcydzieło. Gaiman jest twórcą niezwykłym. Autor komiksowych scenariuszy, oraz powieści s-f. Podobnie jak w Sandmanie miesza ze sobą wszelkie mitologie oraz historię, przyprawiając to wszystko swoją nieograniczona wyobraźnią, dzięki czemu powstają dzieła tak niezwykłe, jak „Sandman”, „1602”, czy też „Gwiezdny pył”. To kolejny sztukmistrz wzbogacający nasz szary świat, swoimi dziełami, umiejętnie balansujący pomiędzy popkulturą, a sztuką. Postawiłbym go w jednym szeregu wraz z takimi mistrzami jak Terry Gillam, czy Tim Barton. Ciekawe, co by też mogło powstać, gdyby któryś z wymienionych tu reżyserów zdecydowałby się na współpracę z Geimanem. Ach marzenia! Puki co pozostają nam niezwykłe komiksy Neila Geimana.

 

Nieskończeni. Po środku Sen, a później idąc wg ruchu wskazuwek zegara: Zniszczenie, Pożądanie, Maligna, Rozpacz, Śmierć i Los.

Życie w mroku

Od mniej więcej dwóch tygodni żyję w mroku. Kiedy ruszam do pracy słońce ledwie zaczyna wstawać, kiedy wracam do domu zaczyna zmierzchać. Gdy w pracy wyglądam przez okno świat pogrążony jest w półmroku. Dominującym kolorem jest szary, we wszelkich odmianach, czasem tylko przyozdobiony czernią. Szare, bezlistne drzewa, na których siedzą szare lub czarne ptaki. Szare, bezbarwne samochody, pędzą po szarych zakurzonych ulicach. Szarzy ludzie, pędzą pogrążeni w szarych myślach. Po szarym niebie suną szare chmury. Gdzie skryło się słońce? Ciągły półmrok męczy. Jestem stworem solarnym i chociaż nie przepadam za upałami, to nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez słońca. To ono wydobywa barwy, rozgrzewa serce i pobudza umysł. Chciałbym przespać zimę. Zahibernować się na tych kilka, okrutnie szarych miesięcy. Obudzić się wiosną, kiedy to świat na nowo ożyje. Przecież ja czuję się jak żywy trup, jakby wybebeszono mnie z sił. Otępiały, ciągle zmęczony i lekko rozdrażniony. CHCĘ SŁOŃCA!!! ŚWIATŁA!!! KOLORÓW!!! A to dopiero połowa grudnia i do wiosny przyjdzie mi czekać jeszcze przynajmniej przez trzy miesiące. No ale przecież zima potrafi również być piękna. Wystarczy trochę śniegu, lekkiego mrozu i kilka słonecznych promieni. Jak na razie to chyba o takiej zimie możemy sobie pomarzyć.

 


Szaleństwa staruszka

Każdemu, kogo najdzie strach przed starością, polecam czeski film pt.”Babie lato”. W ogóle bardzo polecam czeską kinematografię, zawsze to jakaś odskocznia dzieł naszych rodzimych twórców, po obejrzeniu których pozostaje już tylko dylemat, żyletka, czy gaz.

Film ten opowiada historię siedemdziesięciosześciolatka, który jakby nie zauważa swojego wieku i po prostu, dobrze się bawi. Jako były aktor praskiej operetki, wraz z przyjacielem wcielają się w różne persony, tak dla hecy, by przeżyć jakąś przygodę. Zupełnie inaczej niż jego małżonka, która martwi się przede wszystkim za co, gdzie i w jaki sposób zostaną pochowani. Ona żyje już zbliżającą się śmiercią, czytając pilnie nekrologi, oraz śledząc najnowsze trendy dotyczące pochówku, on stara się przede wszystkim wykorzystać jak najlepiej czas, który mu pozostał. Mimo tych różnic łączy ich głęboka miłość, której tylko pozazdrościć, aż mi się łezka w oku zakręciła, a nawet, z tego oka pociekła (ale o tym sza). Puki co, po przekroczeniu trzydziestki jakoś nie specjalnie myślę o starości. Kolejne choroby, rozgoryczenie wynikające z niespełnionych ambicji i wizja niedalekiej śmieci, jak na razie to coś bardzo odległego.

„Babie lato” zmusiło mnie jednak do refleksji na ten temat. Bardzo bym chciał żeby nas, z Basią, za czterdzieści lat łączyło podobne uczucie, jak głównych bohaterów filmu, ale nad tym przyjdzie nam popracować. Najważniejsze by nie stać się marudzącym, zgorzkniałym starcem. Mamy tylko jedno życie na tym świece i nie można go zmarnować. Trzeba chwytać dzień, nie tracąc ciekawości świata. Trzeba potrafić się bawić, nie wolno się tego bać „bo to nie wypada”. Nie ma czegoś takiego jak „nie wypada”. Żyć należy na wesoło, nigdy nie można bać się śmiechu. Obawiać się własnych wygłupów. To najbardziej normalne i zupełnie naturalne rzeczy, bez względu na wiek, jedna z tych, które sprawiają, że życie jest naprawdę piękne. Nikt z nas nie prosił się na ten świat, ale skoro już tu jesteśmy, to bawmy się, nie marnujmy żadnej chwili. Życie jest po to by marzyć, a później starać się po te marzenia sięgnąć. Życie jest piękne! I nigdy nie można o tym zapominać!


 

Piwo, dar bogów!

Pewnego razu Ozyrys, bóg zaświatów i rolnictwa przygotował sobie polewkę z wody i kiełkującego ziarna. Niestety coś oderwało go od tej czynności i pozostawił naczynie z woda i ziarnem na słońcu. Kiedy przypomniał sobie o porzuconej, pożywnej potrawie, okazało się, że zawartość naczynia sfermentowała. Ciekawy bóg zdecydował się spróbować dziwnej polewki. Efekt był cudowny, polewka zmieniła się w przepyszny napój. Uradowany bóg, postanowił podzielić się tym przypadkowym, lecz niezwykłym odkryciem z ludźmi.

W ten sposób, według egipskiego mitu, ludzie zostali obdarzeni tak zacnym trunkiem, jak piwo. Mit ten zawiera cząstkę prawdy. Piwo musiało narodzić się w dość podobny sposób, no może z pominięciem boskiego pośrednictwa. Kiedy na Bliskim Wschodzie powstawała cywilizacja, pomiędzy rzekami Eufratem a Tygrysem gdzie narodziło się rolnictwo, przypadkowo odkryto piwo. Zebrane zborze gromadzone było w smołowanych koszach i z pewnością niejednokrotnie zdarzyć się musiało, że w wyniku nieszczelności dachu pomieszczenia, w którym owe kosze były przechowywane, podczas deszczu ziarno namokło i zaczęło kiełkować. Jeśli później przyszły upalne dni, a w tamtym regionie świata nie jest to rzecz niezwykła, ziarno zaczynało fermentować i po kilku dniach powstawał dość niezwykły napój, tym bardziej atrakcyjny, że jego jedyną konkurencją była woda. O tym jak ważny dla starożytnych Sumerów stał się tak wynaleziony napój świadczyć może to, że osoby zatrudnione na dworach królów sumeryjskich, od wysokich urzędników, po zwykłego ogrodnika, jako zapłatę za swoją pracę otrzymywali zborze i piwo. W najstarszym utworze literackim „Eposie o Gilgameszu” umiejętność wyrobu piwa jest wyznacznikiem cywilizacji. Dla Egipcjan napój ten był na tyle ważny, że dzbany z piwem były wkładane do grobowców. W grobowcu Tutenchamona odnaleziono komplet narzędzi do warzenia piwa. Tak jak my dziś pozdrawiamy się życząc sobie dobrego dnia, Egipcjanie pozdrawiali się słowami „chleba i piwa”. Piwo, zwłaszcza kiedy zaczęto udoskonalać sposoby jego wytwarzania, wpłynęło bardzo pozytywnie na na zdrowie ludzi, woda mogła być zatruta, ważone piwo było jak najbardziej zdrowym napojem. Stanowiło bezcenne źródło witamin z grupy B. No i najważniejsze, wprowadzało w łagodny, piwny stan. Skłaniało do dyskusji. Przy piwie, tak jak i dziś można było przyjemnie spędzać czas. W Mezopotamii istniał nawet zwyczaj spożywania piwa ze wspólnego dzbana.

I szkoda tylko, że jakość współczesnego piwa, przynajmniej w Polsce jest coraz gorsza. Nie taki napój dostaliśmy od Ozyrysa.


Strefa rokendrola wolna od angola

Kochasz rocka? Takich jak ty są miliony. Niezliczona rzesza zespołów na całym świecie, wykorzystuje rockowy żywioł do wyrażenia swoich emocji, bo nie ma lepszego sposobu na wyrzucenie z siebie gniewu, buntu, sprzeciwu wobec rzeczywistości. Większość z tych kapel pozostaje jednak zupełnie anonimowa, do nas docierają głównie kapele anglojęzyczne. Jest jednak jedna audycja radiowa, nadawana w każdą sobotę pomiędzy godziną 22 a północą, w programie trzecim polskiego radia, w której można usłyszeć zespoły rockowe z całego świata, od Bałkanów po Chiny, od Skandynawii po Indie, główna zasada, która wyróżnia puszczane tam zespoły to, to że wykonywane przez nie utwory nie mogą być po angielsku. Audycja ta nosi chlubne miano „Strefa rokendrola wolna od angola” i w 100% od tego języka jest wolna. Kiedy pewnej soboty usłyszałem chiński death metal, po prostu wymiękłem, z wdzięczności klękając przed głośnikami. Szkoda tylko, że większość kapel, które można tam usłyszeć jest właściwie nieosiągalna. Ale tym bardziej chce się słuchać w sobotni wieczór strefy, bo to jedyny sposób poznać coś zupełnie nowego. I chociaż prowadzący audycję Michał Owczarek, nie jest w pełni profesjonalnym dziennikarzem radiowym i czasami po prostu męczy, to chwała mu za popularyzację międzynarodówki rockowej. Muszę przyznać, że jest to jedna z najlepszych audycji muzycznych jakie można znaleźć w polskim eterze.

I mały cytat z redaktora Owczarka:

Strefa – czas to niespokojny
Trzeba stan wprowadzić wojny
Dziś generał Wilk* ma wolę
Powojować fest z angolem

*chodzi o red. Owczarka Michała
co psioczy, warczy, lecz prężnie działa


redaktor Owczarek