Międzynarodowy Dzień Ziem Górskich

W dniu wczorajszym obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Ziem Górskich. Tereny górskie zajmują 1/3 Europy i należą do najpiękniejszych tworów natury. Góry wyciągają z człowieka to co najlepsze, mogą dać prawdziwego kopa, ale jak się wytrwa, czeka nas wspaniała nagroda, w postaci zapierających dech widoków i ogromnej satysfakcji. Nic tak nie oczyszcza umysłu jak górska wyprawa, podczas której z głowy wylatują wszelkie niepotrzebne myśli. Jest tylko czysty wysiłek fizyczny i przyroda. Szkoda tylko, że w tym roku aż tak bardzo zaniedbałem góry. Mam nadzieję, że następny będzie stał pod znakiem górskich wypraw.


 

 


Zemsta zwierząt

A gdyby tak okazało się, że zwierzęta, które dotąd pokornie znosiły panowanie człowieka zbuntowały się i zaczęły odpłacać tym, którzy w szczególny sposób roszczą sobie prawo do panowania nad przyrodą – myśliwym? Gdyby zwierzęta nagle zaczęły mordować myśliwych. Zastawiać na nich pułapki, wystawiać przynętę, polować na nich? Niemożliwe? Czy te kilkadziesiąt tysięcy lat panoszenia się człowieka nie wystarczy. Szczególnie brutalny dla zwierząt okres ostatnich kilku stuleci, podczas których ich przestrzeń została ograniczona do maleńkich obszarów, w których żyją nieliczne niedobitki, w ciągłym zagrożeniu. I nagle ginie kłusownik, dławiąc się kosteczką niedawno upolowanej sarny, szef policji przewodzący myśliwym z okolicznego koła łowieckiego zostaje wepchnięty przez sarny do studni, hodowca lisów i właściciel ubojni wpada we wnyki goniąc za pięknym, rudym okazem. Niemożliwe? No, tak to tylko literacka fikcja, stworzona przez mistrzynię prozy Olgę Tokarczuk. To zresztą jak się okazało wspaniały pomysł na wstęp do kryminału „Prowadź swój pług przez kości umarłych” – bunt zwierząt wisi w powietrzu, to ostrze sprawiedliwej zemsty, która wisi nad gatunkiem ludzkim.


Główna bohaterka Janina Duszejko, wkurzająca stara baba, jest postacią, która irytuje, ale jednocześnie przez to, że jest bardzo odjechana wzbudziła we mnie sporo sympatii. Ma w sobie to coś, czego brakuje większości z nas, pasję. Mocno w coś wierzy i jest bardzo konsekwentna w swoich działaniach. Ma również pewien niezwykły dar, potrafi wydobyć pasję z innych, na pozór szarych, niczym się nie odznaczających ludzi. Tokarczuk w swojej książce nie tylko zwraca uwagę na okrutny los zwierząt, rozprawia się z ludzką głupotą, nietolerancją, ciemnotą i buractwem, a także pseudo etyką katolicką. Nie jest to jednak książka metafizyczna, jak wcześniejsze, genialne „Bieguni”. Jest dosyć prosta, przystępnym językiem mówi o sprawach ważnych, o których niestety mówi się niewiele. Jak mówi sama autorka uzasadniając napisanie tej książki „Chciałam poruszyć czytelnika i wzbudzić w nim opowiadaną historią pewien rodzaj moralnej niewygody. Chodziło mi o to, żeby czytelnika przeszedł naprawdę dreszcz – gniewu i grozy” Czy się udało? Niech każdy przekona się sam. Wspomnieć należy o świetnych ilustracjach wykonanych przez Jaromira 99, nie często zdarza się by proza dla dorosłych była ilustrowana.


Mam nadzieję, że przynajmniej u kilku osób książka ta wzbudzi niepokój, że wchodząc do lasu poczują się dziwnie, wciąż obserwowani, przez niezbyt przychylne im oczy. Bo może nie będzie to bunt, o jakim pisze Tokarczuk, może bardziej będzie to przypominało wizję Gray Snydera :

Raz do roku jelenie łowią ludzi. Robią różne rzeczy, które nieodparcie przyciągają do nich ludzi. Każdy jeleń upatruje sobie jakiegoś człowieka. Bierze go na cel, a wtedy człowiek zmuszony jest zabić jelenia, zdjąć z niego skórę, zanieść mięso do domu i zjeść je. Tym sposobem jeleń znajduje się wewnątrz człowieka. Czeka tam i ukrywa się, ale człowiek nic o tym nie wie. I kiedy już dostateczna ilość jeleni opanuje dostateczną ilość ludzi, zastrajkują wszystkie naraz. Ludzie nie mający w sobie jeleni również zostaną wzięci przez zaskoczenie. W ten sposób wszystko się jakoś odmieni. To się nazywa otoczenie od wewnątrz”

Sierpień 1968

21 sierpnia 1968 roku, wojska Układu Warszawskiego (ZSRR, Polski i Węgier) wkroczyły do Czechosłowacji, by ochronić bratni naród czechosłowacki, przed próbą reform i uniezależnieniem od Związku Radzieckiego. W krótkim czasie sytuacja została opanowana, Czesi i Słowacy znów mogli cieszyć się z demokracji ludowej. Udział w tzw. operacji „Dunaj” należy do najczarniejszych kart polskiego oręża. Udziału w niej odmówili Rumuni, w ostatniej chwili wycofało się NRD, a my jak te osły poszliśmy za naszym wielkim bratem dławić wolność: „Bo społeczeństwo czechosłowackie, to wiecie, poprosili nas o pomoc, a my już tacy jesteśmy, że jak nas ktoś o coś prosi, to żeby skały srały… my nie zawiedziemy. Nie po to bohaterska noga polskiego żołnierza zatknęła sztandar w samym sercu hitlerowskiej hordy… U nas nie ma miętkiej gry. Od tego macie sojuszników, żeby tu na was stanęli murem” jak pięknie uzasadnił nasz udział jeden z bohaterów filmu „Operacja Dunaj”. Film ten, to rzadki przykład próby podejścia do ciężkiego tematu z przymrożeniem oka. Rzecz w naszej kinematografii wyjątkowa. Podoba mi się pomysł, podczas inwazji gubi się jeden z polskich czołgów, weteran z czasów II wojny światowej o wdzięcznej nazwie „Biedroneczka”. Tu polscy „herosi” spotykają się z czeskimi „Szwejkami”, którzy nie są w stanie pojąć o co okupantom z północy w ogóle chodzi. Polscy czołgiści, jakoś jednak pod względem charakteru bardziej podobni są do Czechów niż do potomków zdobywców Moskwy. Reżyser w swojej opowieści oparł się na legendzie, mówiącej o tym, że w sierpniu 1968 roku na terytorium Czechosłowacji zaginął polski czołg. Jedna z hipotez mówi o tym, że dowódca czołgu miał narzeczoną w Czechach i po przekroczeniu granicy maszynę opuścił i zdezerterował. Czy jest to prawda czy też nie.. w sumie nieważne, po prostu wówczas wszyscy powinni tak zrobić by nie być bezmyślnym narzędziem w rękach sowietów. Wracając jednak do filmu, nie wiem dlaczego został on tak chłodno przyjęty przez krytykę. Czytam kolejne recenzje i nikt nie zauważa jednej istotnej rzeczy, w końcu ktoś zrobił film, w którym nie ma rozdzierania szat, płaczu, jacy to my jesteśmy biedni i zawsze pokrzywdzeni, nie ma heroizmu, a jest ironia, śmiech z naszych ułańskich przywar narodowych.



 

Achilles i żółw

Grecki filozof Zenon z Elei próbował pokonać trudności w rozumieniu czasu i przestrzeni jako wielkich ciągłych, które można dzielić w nieskończoność. Jest on twórcą kilku paradoksów, w których rozważa problem dzielenia czasu i przestrzeni. Jednym z nich jest paradoks Achillesa i żółwia: Achilles ściga się z żółwiem, a będąc pewnym zwycięstwa daje mu fory, Achilles potrafi biegać 2 razy szybciej od żółwia i dlatego na starcie pozwala mu się oddalić o 1/2 całego dystansu. Achilles, jako biegnący 2 razy szybciej od żółwia, dobiegnie do 1/2 dystansu w momencie, gdy żółw dobiegnie do 3/4 dystansu. W momencie gdy Achilles przebiegnie 3/4 dystansu, żółw znowu mu „ucieknie” pokonując 7/8 dystansu. Gdy Achilles dotrze w to miejsce, żółw znowu będzie od niego o 1/16 dystansu dalej, i tak dalej w nieskończoność. Wniosek: Achilles nigdy nie dogoni żółwia, mimo że biegnie od niego dwa razy szybciej, gdyż zawsze będzie dzieliła ich zmniejszająca się odległość. Nie zamierzam się jednak rozwodzić na temat tego paradoksu, pisze o nim tylko dlatego, że stał się on wyjściem do filmu Takeshi Kitano „Achilles i żółw”, który miałem przyjemność obejrzeć.

Zapowiadała się dosyć nudnawa historia syna bogacza, który marzy o tym by zostać wielkim malarzem. Chłopak od najmłodszych lat nie zajmuje się niczym innym niż malowaniem, szkicowaniem rysowaniem… Już jako dorosły próbuje sprzedać swoje obrazy, lecz uznany zostaje za zbyt surowego, niedojrzałego, dlatego udaje się na studia malarskie, i za wszelką cenę stara się doścignąć największych mistrzów, całkowicie kopiując ich styl. Bohater poświęca całe swoje życie by stać się wielkim, w czym przez długi czas wspiera go żona. W końcu i ona odchodzi. Główny bohater, jak Achilles próbuje dogonić żółwia, czyli sukces i jak Achilles z paradoksu Zenona z Elei, skazany jest na porażkę. Film jest niesamowity. Świetnie opowiedziany. Ile człowiek jest w stanie poświecić by osiągnąć cel? Gdzie jest granica szaleństwa? No i czym w ogóle jest sztuka? Te pytania stawia Kitano. Jego odpowiedzi są zarazem ostrzeżeniem, gonitwa za sukcesem może stać się przyczyną naszej klęski. Ale może warto podjąć takie ryzyko, być może potomni docenią nasze wysiłki? O ile uboższy byłby nasz świat gdyby van Gog, Beethoven, czy Dostojewski daliby sobie spokój ze sztuką. Wniosek jest dość brutalny, niektórzy muszą poświęcić swoje życie, doprowadzić się do upadku, by nam żyło się piękniej. Ale, czy to przypadkiem nie za wysoka cena?





Takeshi Kitano, swoją karierę rozpoczął jako komik, później dał się poznać jako twórca filmów o japońskiej mafii, nazywany czasem japońskim Tarantino. Z czasem okazał się twórcą zaskakujących i zmuszających do myślenia filmów, takich jak „Lalki”, czy „Hana – bi”. Oprócz tego maluje, pisze książki i wiersze. Jego najbardziej niezwykłym filmem jest „Niech żyje reżyser!” – rodzaj komicznej autobiografii, w której Kitano wyśmiewa się ze swojej twórczości. Film mistrzowski. Kitano pokazał wielki dystans jaki ma do swoich filmów. Myślę, że niewielu twórców byłoby w stanie wyśmiać własne dzieła, do tego jeszcze w tak inteligentny sposób. Kitano to jeden z najbardziej orginalnych twórców współczesnego kina, którego filmy są alternatywą wobec tego co oferuje nam Hollywood.

 


Siejąc postrach na Karaibach

Zdarzyć się morze, że znajdzie się gra, która szczególnie wciąga. Przez ostatnich kilka dni zupełnie odleciałem dzięki gierce „Sid Meier’s Pirates”. Grę kupiłem jakiś czas temu za 15 zł i odłożyłem na półkę zupełnie o niej zapominając. Ostatniej nudnej, jesiennej niedzieli sięgnąłem po nią i ku mojemu zaskoczeniu, zupełnie mnie pochłonęła. Bardzo prosta fabuła – sterujemy statkiem pirackim, atakujemy inne okręty pływające po Karaibach, czasem wykonujemy jakieś zadania, a to złupienie jakiejś miejscowości, to odnalezienie ukrytego skarbu. Czasem pracujemy dla któregoś z gubernatorów. Najważniejsze jest jednak gromadzenie bogactw. Dość prosta grafika, ale za to wspaniała zabawa. Nagle okazuje się, że można kierować potężnym okrętem i łupić wyładowane złotem, hiszpańskie galeony. W sumie to w dwa dni stałem się prawdziwym postrachem Karaibów, gromiąc wszystkich innych piratów i siejąc przerażenie wśród statków pływających pod banderą kolonialnych potęg.



Współczesne gry dają nieosiągalną przez inne rodzaje rozrywki możliwość przeniesienia się w zupełnie inną rzeczywistość. Ich scenariusze są coraz bardziej rozbudowane. Dzięki nim możemy chociaż na kilka godzin zapomnieć o szarej codzienność i przenieść się do zupełnie innej rzeczywistości. Tam możemy ratować świat, podbijać obce galaktyki i w ten sposób przynajmniej nieznacznie się dowartościować. Gry zaczynają być ciekawsze od filmów dając graczowi (widzowi) możliwość decydowania jak zachowają się bohaterowie i jak będzie rozwijała się fabuła. Mam nadzieję, że gier takich jak nasz polski „Wiedźmin”, którego kilka dni temu zakończyłem będzie coraz więcej. Ale o tym napiszę innym razem. Puki co wracam na Karaiby, by potwierdzić swoja pozycję największego pirata tych wód.




Dzień Wdzięczności za Pracę

Mamy dziś Dzień Wdzięczności za Pracę, przynajmniej w Japonii. Japończycy lud pracowity, ceniący pracę, ustanowił specjalne święto radości z jej posiadania. O święcie tym dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Słuchając radia, podczas wiadomości gospodarczych, spiker wspomniał, że z okazji tego niezwykłego dnia, tokijska giełda dzisiaj nie pracuje. A wydawać by się mogło, że z okazji Dnia Wdzięczności za Pracę, Japończycy spędzą w pracy więcej czasu niż zwykle, że każdy zobowiąże się pracować przez 24 godziny, z krótkimi tylko przerwami na posiłek i inne potrzeby fizjologiczne, podnosząc dodatkowo wydajność pracy przynajmniej o 10%. A tu jednak niespodzianka, Japończycy mają wolne. Ciekawe jak sobie z tym radzą, ludziom w których od najmłodszych lat wyrabia się pracoholizm, musi być w taki dzień wyjątkowo ciężko.

Wiadomość o tym japońskim święcie skłoniła mnie do refleksji. Czy ja jestem wdzięczny za pracę? Lubię moją pracę, sprawia mi ona sporo przyjemności, a czasem nawet satysfakcji, ale nie powiedziałbym, że jestem za nią jakoś specjalnie wdzięczny. Jeśli chodzi o mnie, to w sumie, gdyby nie to, że trzeba zarabiać, by móc jakoś przeżyć, to byłbym w stanie funkcjonować baz pracy. W sumie to praca przeszkadza mi w realizacji wielu planów i projektów, na które mam czas tylko podczas wakacji, bo normalnie jestem zbyt zmęczony i twórczo zużyty, by móc się za nie zabrać. Jestem zadowolony, z tego, że mam pracę, którą lubię, ale nie czuję wdzięczności. I pewnie dlatego dzisiaj nie świętowałem i jak co rano obudziłem się dziesięć minut po godzinie szóstej rano, by zjeść śniadanie i ruszyć do pracy. Straszny ze mnie niewdzięcznik, ale naprawdę, odpowiadałby mi system, w którym pracowałyby na nas robociki, a my moglibyśmy się zająć podróżami, czytaniem, a przede wszystkim tworzenie. Praca jest ważna, ale nie koniecznie musi się stać sensem naszego życia, no chyba, że zaczynamy zarabiać na naszej działalności „pobocznej”, dającej nam satysfakcję i spełnienie, ale zdarza się nielicznym, chociaż pomarzyć zawsze można, w końcu marzenia nie kosztują.

Makabryczna aukcja

Ne e-bayu ktoś wystawił do sprzedania krew i mózg Benito Mussoliniego. Ile taka makabryczna pamiątka kosztuje? Jedyne 15 tysięcy euro. Wcześniej artefakty te były przechowywane w poliklinice w Mediolanie, skąd ktoś je zabrał i postanowił na nich nieco zarobić. Myślą, że każdy chciałby mieć w swoim domu takie cudo. Fiolka krwi i mózg zbrodniarza umieszczone na honorowym miejscu, w specjalnej gablotce umieszczonej na ścianie w salonie. A gdyby tak poszukać w sieci, to może znajdą się i inne pamiątki. Jakże wzbogaciłyby naszą kolekcję wąsy Stalina, a do tego może jeszcze łysina Lenina, oczy z binoklami Trockiego, może ktoś wykradnie z rosyjskich magazynów szczękę Hitlera, czaszka Pol Pota, a żeby kolekcja dwudziestowiecznych psychopatów była pełna to może ktoś zachował gdzieś wargę, powiekę lub przynajmniej napletek Che Guevary. Byłoby się czym pochwalić podczas urodzinowego przyjęcia, gdy zjawiliby się wszyscy znajomi i cała rodzina. Co tam znaczki, monety, obrazy, nic nie przebiłoby mojej kolekcji makabryczności. To znikam i zaczynam ławy, może jeszcze dziś uda mi się ustrzelić jakiś ciekawy okaz i rozpocząć jej budowę.