Autor: Aru

Bluesowe święto

W ostatnią sobotę miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w bluesowym święcie, jakim jest Rawa Blues Festival. To była prawdziwa, muzyczna uczta. Wśród wykonawców znaleźli się, The Daniel Castro Band klasyczny, piękny gitarowy blues. Danie Castro grał niemal magicznie. Chociaż największe wrażenie zrobił na mnie Victor Wainwright & The Train. To była prawdziwa petarda! Victor Wainwright szalał na scenie. To gejzer pozytywnej energii. To było coś niesamowitego. Kiedy później  na scenę wyszli najbardziej doświadczeni James Blood Ulmer Memphis Blood Blues Band feat. Vernon Reid, niestety pomimo wielkich umiejętności i doświadczenie, nie potrafili przebić się przez to, co stworzył Victor z kolegami. A na koniec wystąpiła, młodziutka, zaledwie 21 letnia Hannah Wicklund and The Steppin’ Stones. Dziewczyna pięknie śpiewała, nieźle wymiatała na gitarze, ale jakoś jej kompozycje mnie nie porwały. Niby fajne, bardziej rockowe niż bluesowe granie, ale w wolniejszych utworach, przynajmniej dla, było zbyt popowo. Bardzo cieszę się z tego, że wybraliśmy się na Rawę, to było bardzo pozytywne i przyjemne doświadczenie.

Nobel dla Olgi Tokarczuk

źródło: wikipedia

Pani Olgo gratuluję, ale przed wszystkim dziękuję. W końcu mogłem poczuć się dumny z tego, że mieszkam w Polsce. To wspaniałe, że w kraju „nosaczy”, gdzie szczytem mody są klapki i dresy, w kraju agresji i prostactwa, kraju którego przeszło 60% mieszkańców, nie sięga po żadną książkę, a słownik ograniczył się do zaledwie kilku słów zaczynających się na chu.., ku.. itp., powstają tak niezwykłe opowieści, które zostały docenione na świecie. Kiedy kilka godzin temu usłyszałem, że została Pani wyróżniona Noblem, poczułem się bardzo szczęśliwy. Jeszcze raz dziękuję!!!

Motyle wspomnienia

Za oknem szaro, deszczowo i chłodno. A jeszcze nie tak dawno, narzekałem na upał. Cóż, taka natura człowiecza, której ni jak nie dogodzisz. Na szczęście są zdjęcia, które przypominają jak było jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy to w pewnym ogrodzie obserwowałem wygrzewające się w słońcu motyle z gatunku Vanessa atalanta (po naszemu rusałka admirał). Kiedy patrzę na te fotki od razu na serduchu robi mi się jakoś cieplej, powraca lato i dobry humor.

Krótko o… płytach cz. 12

W środę kurier przywiózł mi niewielką paczkę, w której znajdowała się świeżutka, właściwie gorąca, jeszcze przedpremierowa płyta PIDŻAMY PORNO, Sprzedawca Jutra. Od kiedy przerzuciłem się na streaming, rzadko kupuję płyty, ale tym razem nie potrafiłem się powstrzymać i musiałem zamówić Sprzedawcę. W przesyłce znajdowało się przyjemne, chociaż patrząc na grafikę, lekko niepokojące, kartonowe pudełko z autografami muzyków, a w nim krążek z ich muzyką, na którą czekałem 15 lat. Dwanaście utworów, które można krótko opisać, jako 100% PIDŻAMY PORNO. W ostatnich czasach projekt Grabaża, Strachy na Lachy, stał się dość męczący. Brakowało przede wszystkim prostego, punkowego grania. Chyba miałem jednak zbyt duże oczekiwania wobec tej płyty, ale PIDŻAMA to kapela, która kiedyś uratowała mi życie. Pierwsze trzy utwory są właściwie tym na co czekałem (zwłaszcza Hokejowy Zamek, jak usłyszałem pierwszy raz, to miałem wrażenie, że Grabaż zajrzał mi do głowy i postanowił to wyśpiewać). Później jednak jest jakby słabiej. Chociaż kolejne kawałki są muzycznymi cytatami z dokonań PIDŻAMY to odniosłam wrażenie, że nagle przestało być ciekawie, zwłaszcza przy Sądzie Ostatecznym. Jednak dwa ostatnie utwory, to znów stara, dobra, momentami dość mocna PIDŻAMA. Ale, jak się okazuje, sam zespól miał spory problem z tworzeniem tej płyty, Grabaż przyznał, że „Nie wychodziło nam, nagraliśmy materiał, ale nie wiedzieliśmy, jak go sensownie złożyć.” I takie właśnie miałem wrażenie, po pierwszym przesłuchaniu Sprzedawcy. Jednak z każdą kolejną minutą obcowania z tą muzyką, podoba mi się coraz bardziej. I chociaż ten krążek nie porwał mnie tak jak Bułgarskie Centrum, to z pewnością Sprzedawca Jutra, będzie jednym z ważniejszych płyt w tym raku.

Krótko o… filmach cz. 3 dziś będzie muzycznie

Rocketman

Na samym wstępie muszę wspomnieć o tym, że nie znoszę filmów, w których śpiewają. No może z pominięciem Blues Brothers, ale to chlubny wyjątek. Chorobliwie nie znoszę musicali. Filmy, w których nagle przerywa się dialog i bohaterowie zaczynają się uzewnętrzniać poprzez śpiew, a czasami o zgrozo jeszcze tańcząc, po prostu mnie odrzucają. A tu takie zaskoczenie. Nie dość, że nie zrezygnowałem z oglądania Rocketmana, to na dodatek obejrzałem go z ciekawością. A zabrałem się do tego ze sporym sceptycyzmem, wynikający z bardzo nieudanej biografii Queen jaką był koszmarny Bohemian Rhapsody. Rocketman był jednak sporym zaskoczeniem, bo chociaż nie jestem fanem Eltona Johna, to film bardzo mi się podobał. Już sama konwencja była bardzo ciekawa. W Bohemian Malek próbował, aż do przesady stać się Freddiem, przez co film stał się karykaturalny, tu grający Eltona, Taron Egerton interpretuje odtwarzaną postać. Wielką zaletą tego filmu jest to, że za miast muzyki z playbacku Egerton sam śpiewa piosenki swojej postaci. Są one zresztą odpowiednio dobrane, stając się częścią opowieści. Bohemian Rhapsody był właściwie filmem o niczym. Ani w sumie nie opowiadał o zespole (zmieniono i uproszczono wiele faktów), ani o Mecurym. Rocetman to przede wszystkim opowieść o wyobcowaniu, o poszukiwaniu akceptacji i miłości. A do tego jeszcze zrobiony w bardzo ciekawej formie.

Władcy chaosu

Władcy chaosu to film “oparty na prawdzie… i kłamstwach… oraz wydarzeniach, które wydarzyły się naprawdę”. Ciężko mi jest ocenić ten film, bo jego temat jest dla mnie dość osobisty. Sam pamiętam jakie ogromne wrażenie, gdzieś na początku lat 90-tych, wywalała na nas muzyka, która przywiało z Norwegii. Takie grupy jak Mayhem, Darkthrone, czy jednoosobowy projekt Burzum, powalały świeżym i po części druzgoczącym podejściem do metalu. I ten właśnie moment został pokazany w filmie. Znudzeni młodzi Norwegowie, próbują znaleźć własne miejsce na świecie, poświęcają się muzyce, chcąc tworzyć jak najbardziej ekstremalne rzeczy. Bo metal, bez względu na to czy był on blach, death, czy też trash, to przede wszystkim rodzaj buntu. Tym razem jednak bunt oraz pewnego rodzaju poza, połączona z balansowanie na granicy, doprowadziły do tragedii. Można się przyczepić do kilku rzeczy, jak dobór aktorów (Emory Cohen w roli Varga). Najbardziej jednak doskwierała mi zbyt mała dawka muzyki. Ten film powinien być budowany metalem. Cały czas jest mowa o rewolucji dokonanej przez Mayem, ale tego niestety nie słychać.