Kategoria: film

Krótko o … filmach cz. 2

Za mną kolejna porcja filmów nominowanych do Oscara.

Faworyta

Film nominowany w aż 10 kategoriach: najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepsza aktorka drugoplanowa (dwie nominacje), najlepszy reżyser, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepsza scenografia, najlepsze kostiumy, najlepsze zdjęcia i najlepszy montaż. Film zrealizowany ze sporym rozmachem. Bardzo ciekawa historia, zresztą jak najbardziej prawdziwa, więc była szansa na naprawdę wielki film i niewątpliwie byłoby tak gdyby nie: zdjęcia, film jest tak zrealizowany, że ciężko się go ogląda,  zwłaszcza ujęcia w formie „rybiego oka”, kolejna rzecz, muzyka, bardzo źle dobrana, denerwująca, film jest też za bardzo przewidywalny, a na koniec Emma Stone, która moim zdaniem nie podołała roli, chociaż to chyba tylko moja opinia, bo nominację zdobyła. Pomimo tych kilku wad, warto go obejrzeć dla samej, niezwykle ciekawej opowieści.


Green Book

Zdecydowanie mój faworyt, jeśli chodzi o Oskarowe nominacje. Zresztą, ma już na koncie trzy Złote Globy. Podobnie jak w przypadku Faworyty, także jest związany z prawdziwą historią. Green Book to bardzo mądra, a przy okazji zabawna opowieść o tolerancji, o tym jak możemy wzajemnie na siebie wpływać. To także film o muzyce, zresztą jest ona tu świetna. Ogromną zaletą tego filmu jest duet aktorski Mahershala Ali (dostał za tę rolę Złotego Globa) i rewelacyjny wręcz Viggo Mortensen. A wracając do filmu, straszne jest to, że historia sprzed przeszło 50 lat wciąż jest tak aktualna. Natura ludzka się nie zmiana, nie znosimy każdego, kto w jakiś sposób się wyróżnia.


Narodziny gwiazdy

Ostatnim oscarowym filmem, który udało mi się obejrzeć, była kolejna, trzecia już wersja Narodzin gwiazdy. W sumie piękna opowieść o pasji, muzyce i miłości. Ale także o tym jak niszczycielski może być nałóg. Największą jednak zaletą tego filmu jest rola Lady Gagi. Gdyby to zależało ode mnie, już miałaby Oscara. Narodziny gwiazdy warto obejrzeć, bo jest to, po prostu ładny film.

 

Krótko o … filmach

Całkiem niedawno Amerykańska Akademia Filmowa ogłosiła nominacje do swoich corocznych nagród, więc zainteresować się tymi filmami.

Bohemian Rhapsody

To powinien być wielki film. Niestety, on nawet nie jest przeciętny i gdyby nie wspaniała muzyka Queen, ciężko byłoby go oglądać. Freddie Mercury grany przez kompletnie do niego nie podobnego Ramiego Maleka jest niesamowicie drażniący. Najgorsze jest jednak to, że po jego obejrzeniu trudno mi jest powiedzieć o czym ten film opowiada. Jeśli miałaby to być historia Queen, to została ona strasznie poszatkowana, ale dokładnie tak samo potraktowano tu postać Mercurego, który jest tu jedynie drażniącym, egocentrykiem, bez pokazania tragizmu tej postaci. Po obejrzeniu filmu czułem się strasznie zawiedziony, bo kiedy ktoś chce mierzyć się z legendą, to powinien mieć na to genialny pomysł, a tego najwyraźniej twórcą filmu zabrakło. Na szczęście zostaje jeszcze muzyka stworzona przez ten fenomenalny zespół.


Czarne bractwo. BlacKkKlansman

A to z kolei film, który zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie. Może dlatego, że nie miałem żadnych związanych z nim oczekiwań. Sama historia jest dosyć groteskowa. Czarnoskóry policjant, poprzez rozmowy telefoniczne, wchodzi w struktury Ku Klux Klanu. Jest tak przekonywujący, że sam Wielki Mistrz się w tym nie orientuje. Zdaję sobie sprawę z tego, że w tym filmie postacie są mocno przerysowane – czarni jednoznacznie dobrzy, biali, obrzydliwie źli. Kompletnie mi to jednak nie przeszkadza. Ten film ośmiesza wszelkiej maści fanatyzm, którego podstawą są jakieś wyssane z palca australopiteka, irracjonalne idee. Najgorsze jest jednak to, że pomimo kompletnego braku logiki, wciąż tysiące ludzi jest w stanie za nimi podążać, doprowadzając nie tylko do wzrostu nienawiści, ale także bezpodstawnej przemocy. I może film Spike’a Lee nie jest żadnym genialnym dziełem, to pozostaje niezwykle ważnym ostrzeżeniem, zwłaszcza w czasach, kiedy liberalizm umiera, zastępowany przez nieufność i populizm.

Przed tygodniem

Niecały tydzień temu Amerykańska Akademia Filmowa, wręczyła  swoje doroczne nagrody czyli Oscary. Kompletnie nie zgadzam się z ich werdyktem, ale widocznie Amerykanie wolą zobaczyć własne problemy w formie baśni („Kształt wody”), niż dostać prawdą prosto w twarz (jak w „Trzech bilbordach…”). Należy jednak wspomnieć, że wśród nominowanych filmów było też kilka innych wartych uwagi obrazów. Należałoby wspomnieć przynajmniej o dwóch z nich.

 

Pierwszym jest „Czwarta władza” (The Post) Stevena Spielberga z Meryl Streep i Tomem Hanksem w głównych rolach. Film pokazuje czym w państwie demokratycznym powinny być media. Jeśli naprawdę mają stanowić czwartą władzę, muszą być gotowe narazić się najwyższym kręgom politycznym. To nie zysk, a dobro publiczne powinno być motywem ich działalności. Niestety, w dzisiejszych czasach chyba już wszędzie media dalekie są od tego idealnego stanu, a my jako zwykli obywatele pozostajemy tylko pionkami w grze, która toczy się ponad nami.


Drugim filmem, który mocno przykuł moją uwagę był „Czas mroku”, z genialną kreacją Gar’ego Oldmana, który wcielił się w postać Winstona Churchilla. Wyglądał jak Churchill, mówił jak Churchill poruszał się jak Churchill. W tym filmie Oldman naprawdę był Churchillem. Jego starania zostały nagrodzone, otrzymał za tę rolę Złotego Globa i Oscara. „Czas mroku” opowiada o pierwszych tygodniach Churchilla na stanowisku premiera Wielkiej Brytanii. Film świetnie zrealizowany pod względem wizualnym. „Czas mroku” pokazuje jak niewiele brakowało, aby historia II wojny światowej, a co za tym idzie świata, potoczyła się zupełnie inaczej. Wystarczyłby inny wybór na stanowisko premiera, a doszłoby do rozmów z Hitlerem i już w 1940 roku nikt w Europie nie sprzeciwiałby się III Rzeszy. Warto o tym pamiętać, że czasami wystarczy odpowiednia osoba, w odpowiednim czasie na odpowiednim miejscu. Film polecam także tym, którzy nie specjalnie interesują się historią.

 


 

Trzy billboardy…

Jakiś tydzień temu, potrzebowałem zapełnić czymś kilka godzin. Wewwnętrzny impuls pchnął mnie do kina, na film „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Tytuł wydał mi się dość dziwaczny, acz intrygujący, no bo przecież cóż takiego, może znajdować się na bilbordach za Ebbing, Missouri? A kiedy przeczytałem, że film ten zdobył kilka Złotych Globów, w tym za najlepszy dramat, zaciekawiony, ale bez większych oczekiwań (nie czytałem żadnych recenzji, nie oglądałem trailera), zasiadłem w sali kinowej. Po jakiś dwudziestu minutach reklam, przerywanych nielicznymi zapowiedziami filmowymi, zaczął się w końcu seans. Już na samym początku widzimy trzy, zapuszczone bilbordy, które mija wielki, amerykański kombiak Okolica jakby znajoma, przypominająca trochę Góy Opawskie, albo Kotlinę Kłodzką, a później… I tutaj muszę przerwać tę opowieść, żeby nic nie spoilerować. Film, jest po prostu świetny i nie chcę nikomu odbierać niespodzianek, które przygotował reżyser. Z tego też powodu, nie wrzucam tutaj trailera, bo każda scena została tutaj odpowiednio zaprojektowana i każda jest tak samo ważna dla całości. Film, podejmuje dosyć ciężką tematykę, ale ostał skonstruowany tak, że wielokrotnie wybuchamy śmiechem. „Trzy bilbordy…” to mocna opowieść o nadziei, a właściwie jej braku, odwadze, rozpaczy, determinacji, o ludzkich słabościach i wielkiej sile. Jednym z największych atutów filmu są aktorzy. Frances McDormand to kobiece wcielenie Clinta Eastwooda. Po prostu rozwala. Solidnie zapracowała na Złotego Globa i będę jej gorąco kibicował w drodze po Oscara. Nie można także zapominać o roli Sama Rockwella (również Złoty Glob), niezrównoważonego policjanta, ale w takich rolach jest on doskonały. Zresztą, nie ma tutaj słabych ról. Obsada jest doskonała, podobnie jak scenariusz (kolejny Złoty Glob), czy reżyseria, za które odpowiedzialny jest Martin McDonagh, twórca naprawdę niezłego „Najpierw strzelaj, później zwiedzaj”. O mocy tego filmu świadczy też to, że mija tydzień, a on nadal siedzi w mojej głowie, czego nie odczuwałem już od bardzo dawna. Przy masie filmów i seriali, którą pochłaniam, to faktycznie coś niezwykłego. Ale film Martina McDonagha jest wyjątkowy. Przywraca nadzieję w kino, w którym film może być o czymś, ale wcale nie musi być nudny, może zmuszać do refleksji, nie będąc jednak przeintelektualizowany. Może połączyć poważne i dość tragiczne tematy, ze sporą dawką humoru. To taki film, w którym każda kolejna scena jest prawdziwą perełką. Mam nadzieję, że film ten otrzyma kilka Oscarów, bo gdyby nie nagrody i nominacje, z pewnością nie trafił by do naszych kin.

Sam Rockwell i Frances McDormand, oboje genialni

 

 

 

„Dunkierka”. To nie jest po prostu kolejny film o wojnie

Kiedy jakiś czas temu usłyszałem o tym, że Christopher Nolan, kreci film o jednym z ważniejszych epizodów II wojny światowej, poczułem lekkie zdziwienie. Jednak z drugiej strony Kurt Vonnegut, napisał „Rzeźnię nr 5”, książkę, w której jednym z ważniejszych elementów było bombardowania Drezna , które zresztą autor sam przeżył.  Powieść ta była bardzo mocną, ale jednocześnie dość  niezwykłą krytyką wojny. Więc może trzeba dać Nolanaowi szansę? Tak też zrobiłem i z niecierpliwością oczekiwałem premiery. I muszę przyznać, że warto było. „Dunkierka” nie jest kolejnym filmem o wonie. To dzieło naprawdę ważne. Film mocno antywojenny. Ale nie ma w nim epatowania okrucieństwem, drastyczne sceny są nieliczne, nie ma zbędnego patosu, górnolotnych słów, w ogóle bardzo niewiele tu dialogów. Nolan skupia się na tym, jak bez sensowna jest wojna i co potrafi zrobić z człowiekiem, który w chwili zagrożenia, czuje tylko, że jest w stanie zrobić wszystko, aby przeżyć. Film trzyma w napięciu niemal od samego początku, do ostatniej sceny. To nie tylko zasługa pomysłów reżysera, ale w dużej mierze przygniatającej muzyki, skomponowanej przez Hansa Zimmera. Ścieżka dźwiękowa, ale także zdjęcia, a pamiętać trzeba o tym, że oprawa wizualna u Nolana zawsze jest bardzo ważna, tworzą klimat napięcia, grozy, wywołują w widzu wewnętrzny dyskomfort. Świetnym patentem jest to, że trzy opowieści wzajemnie się przeplatają, co wpływa na wyjątkowość filmu. Dodatkowo jeszcze kolejne sceny nie zawsze rozgrywają się chronologicznie, zabawa czasem to jeden z ulubionych patentów tego autora. No i jeszcze jedno, nawet przez chwilę nie widać wroga (poza samolotami), natomiast atmosfera została tak zbudowana, że mocno odczuwa się jego ciągłą, zagrażającą bohaterom filmu obecność.

Myślę, że „Dunkierka” Christophera Nolana, przynajmniej dla mnie, będzie jednym z najważniejszych filmów wojennych. To bardzo poważny głos na temat tego, czym jest wojna i co robi z człowiekiem. Nolanowi udało się pokazać to o czym nigdy nie mówi patriotyczna propaganda, wojna to piekło i nikt z nas, pomimo wybujałych deklaracji, nigdy nie wie, jak się zachowa w ekstremalnej sytuacji, zwłaszcza, kiedy będzie zagrożone jego życie. „Dunkierkę” po prostu, trzeba zobaczyć.


Upadłe Królestwo

3000 lat temu, właściwie cała Europa była Królestwem Natury. Od momentu cofnięcia się lodowców, przyroda w nieskrępowany sposób, mogła rozwijać się na naszym kontynencie. Zwierzęta i rośliny żyły według rytmu, wyznaczanego przez zmieniające się pory roku. Jednak, wraz z przyniesieniem przez homo sapiens z Bliskiego Wschodu umiejętności rolniczych i budową cywilizacji, nastąpił powolny kres tego Królestwa. Ogromna ekspansja naszego gatunku, który postanowił czynić sobie Ziemię poddaną, sprawiła, że wspaniały mechanizm, jaki stanowiła przyroda, powoli zaczął szwankować. Dziś, niemal każdy zakątek Europy, został już zagospodarowany przez człowieka. Rośliny oraz zwierzęta podzieliliśmy na pożyteczne, czyli takie, które mogą nam przenieść jakiś zysk, oraz szkodniki, czyli te, które nie są nam do niczego potrzebne. Te pierwsze hodujemy, często doprowadzając do ich wynaturzenia, jeśli zaś chodzi o tę drugą kategorię, jeśli wejdą nam w drogę, bezwzględnie je tępimy. I chociaż nie dysponujemy wielką siłą fizyczną i właściwie jesteśmy dosyć delikatni, na naszej planecie, nie ma drugiego, tak okrutnego i bezwzględnego stworzenia. Jednak wbrew naszym działaniom, natura potrafi się przystosować do świata przekształconego przez człowieka.

 

 


O tym właśnie opowiada film „Królestwo”. Kontynuacja i jednocześnie zamknięcie francuskiego cyklu, na który składają się filmy „Mikrokosmos”, „Makrokosmos”, oraz „Ocean”. Film został wspaniale zrealizowany. Pod względem wizualnym, to niemal arcydzieło, które stara się pokazać, jak niesamowitym i doskonałym mechanizmem, jest świat przyrody. I chociaż część scen, realizowanych było przy współudziale oswojonych zwierząt, to sposób ukazania funkcjonowaniu ptaków, żubrów, czy wilków, momentami wręcz powala. To właściwie jedyna okazja do tego, aby móc tak blisko przyjrzeć się ich życiu, i zrozumieć że każdy organizm jest bezcenny.


Zastanawia mnie, optymizm autorów filmów. Studiując dzieje naszego gatunku, nie mam żadnych złudzeń. Dążymy do zagłady życia na Ziemi, za którą tylko my będziemy odpowiedzialni.

A tak wyglądało tworzenie tego niezwykłego dzieła:

 

 


Westworld

Stacja HBO po raz kolejny przypomniała, kto tak na prawdę rządzi w świecie seriali. Po takich produkcjach jak Prawo ulicy, Siedem stóp pod ziemią, Rodzina Soprano, Rzym, Dolina Krzemowa czy Gra o tron, stworzyli coś tak niezwykłego jak Westworld.  I chociaż sam pomysł jest mało oryginalny, w końcu to remake filmu z 1973 roku, to jednak, to co stworzyli, Jonathan Nolan i spółka, po prostu powala. Kiedy skończyłem oglądać ostatni odcinek, miałem wrażenie, że ktoś rozłupał mi czaszkę, a później zaczął gmerać w jej wnętrzu prętem podłączonym do prądu. Pomysł bardzo prosty i stary niemal jak samo Science Fiction. Akcja serialu ma miejsce w niedalekiej przyszłości, kiedy to, bogaci i sfrustrowani ludzie, mogą udać się do tajemniczego parku rozrywki, w którym mogą „pobawić się” w Dziki Zachód. Maja możliwość wyżyć się, strzelając do złoczyńców, którzy są androidami. Mogą także wcielić się w bandytę, który napada na farmerów (to też roboty). Dzięki wszechobecnym androidom, można zrobić to wszystko, czego zakazują nam ogólnie przyjęte normy społeczne. W tym parku, można wydobyć na zewnątrz, najbardziej skrywane instynkty, wyżyć się, bo ten świat to realna fikcja, a uszkodzone maszyny zawsze można naprawić.

Ale jeśli roboty, nad którymi się znęcamy, są tego świadome? W przeciwieństwie do nas naprawialne, wytrzymałe na ból, znacznie bardziej od nas silniejsze, a co najważniejsze, przewyższające nas inteligencją. Bilans jest oczywisty, nie mamy z nimi żadnych szans!

Od jakiegoś czasu popkultura, dosyć skutecznie, stara się przekonać nas, że największym zagrożeniem dla ludzkości są zombie. Nikt właściwie nie wie, czym właściwie miałyby być, ale kolejne filmy, komiksy oraz różnego rodzaju imprezy (marsze zombie), próbują nas przekonać, że nie ma przed nimi ucieczki, że już w krótce, nasi bliscy zamienią się w mózgożercze, nierozumne istoty, które, będę czyhały na nasze życie. Jednocześnie zapominamy o zupełnie realnym zagrożeniu, jakim dla homo sapiens jest  sztuczna inteligencja. A może AI już rozpoczęła walkę z ludzkością? Za nim uzyska fizyczną przewagę nad naszym gatunkiem, wykorzystuje naszą chęć do zabijania czasu prostą rozrywką i poprzez popkulturę próbuje odwrócić naszą uwagę od prawdziwego zagrożenia, czyli od siebie. A kiedy już uderzy, nie będziemy w stanie się jej przeciwstawić.

To jedna z wielu myśli, jakie narodziły się w moim umyśle po obejrzeniu Westworld. Inną myślą, która powstała jeszcze wcześniej, było pytanie, jakbym zachował się, gdybym znalazł się w takim miejscu? Myślę, że pękłyby wszelkie okowy wbijane mi przez społeczeństwo od chwili narodzin, a rządzić zaczęłaby mną natura naczelnych, wydobywając na zewnątyrz najgorsze instynkty. Postać grana w serialu przez Eda Harrisa, to właśnie ja i co najbardziej mnie przeraża jestem tego pewien w 100%.

Na szczęście taki park nie istnieje, a nawet jeśli, nie byłoby mnie na niego stać. Z drugiej jednak strony, przeraża mnie świadomość tego, że coś tak okropnego we mnie siedzi.