Kategoria: Diabolus in musica

Rockin' 1000

A wszystko zaczęło się w roku 2015 od tego, że mieszkańcy włoskiej Ceseny, chcąc zachęcić zespół Foo Figters do odwiedzenia ich miasta, zagrali wspólnie jeden z utworów kapeli, Learn to Fly.

Popularność nagrania w sieci (do dziś ponad 50 mln. odsłon) sprawiła, że projekt Rockin’ 1000 przeobraził się w zespół, w którym około 1000 muzyków gra wspólnie największych rockowe przeboje.

W 2016 r. zagrali swój pierwszy koncert. Muzyka jest wspaniałą formą sztuki, a Rockin’100 dowodzą, że wspólna pasja może prowadzić do rzeczy niezwykłych. Jak możemy przeczytać na stronie projektu:

„Bez rankingów, bez nagród, bez zwycięzców, bez przegranych: każdy może być tego częścią, publiczność lub członek „największego zespołu rockowego na ziemi”. Żadnych barier tutaj, wszystkie emocje są równe, ta sama intensywność. Razem możemy to zrobić.”  Kiedy słucham i oglądam relacje z ich występów, to czuję tą niezwykłą energię i mam ochotę stać się tego częścią, pokrzyczeć z innymi lub powalić w bęben. Bo w muzyce jest moc!

The Hu we Wrocławiu

Wczoraj miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w koncercie rockowego odkrycia roku, 2019, pochodzącego z Mongolii zespołu The Hu. Koncert miał miejsce we wrocławskim klubie Pralnia. Za nim jednak mongolscy rockmani weszli na scenę, jako ich suport wystąpił pochodzący z Teksasu Fire From The Gods. Nie znałem kapeli, ale kiedy zaczęli grać, to był to bezkompromisowy czad. Świetna energia i charyzmatyczny wokalista AJ Channer, który potrafi nie tylko porządnie się wydrzeć, ale także całkiem dobrze śpiewać.

Kiedy Fire From The Gods zeszli ze sceny musieliśmy dosyć długo czekać na The Hu. Gdy jednak zaczęli grać, można było im to wybaczyć. Chłopaki są naprawdę niesamowici. Na żywo tak samo dobrzy jak na nagraniach. Ta muzyka posiada ogromną moc. Daje siłę, która wraz z rytmem ogarnia całe ciało. Połączenie rocka z tradycyjnymi mongolskimi instrumentami oraz gardłowym zaśpiewem, potrafi naprawdę nieźle spustoszyć. Niesamowite jak chłopakom rozwinęła się kariera. Najpierw dwa bardzo dobre klipy na wrzucone youtube, później kilka festiwali a teraz światowa trasa koncertowa. Wszystko to jednak jak najbardziej zasłużenie. To wspaniała muzyka i nieznane nam, ale bardzo odświeżające podejście do muzyki rockowej. To była ogromna przyjemność poczuć tę muzyczną energię.

Okładki płyt w 2019 r. cz. 2

Wśród okładek płyt zdarzają się czasem takie, które można opisać po prostu jako „dziwne”. Zwłaszcza w muzyce metalowej jest kilka takich wątków, które często się przewijają, a są totalnie kiczowate.  Poniżej kilka okładek z zeszłego roku, które przynajmniej  dla mnie są „dziwne”

Okładki płyt w 2019 r.

Chociaż niezwykle rzadko zdarza mi się mieć w ręku płytę i słuchając muzyki korzystam przede wszystkim ze streamingu, to wciąż jeszcze okładki albumów mają dla mnie znaczenie. Nie tylko zachęcają lub odrzucają do tego by posłuchać muzyki, po prostu lubię zagłębić się w światy na nich wykreowane. Oto kilka takich, które w zeszłym roku szczególnie mi się spodobały:

Krótko o… płytach cz. 14

Lindemann – F & M

Najpierw w maju wyszła nowa, świetna płyta Rammsteina, a pod koniec listopada ukazał się krążek projektu firmowanego nazwizkiem wokalisty niemieckiego bandu, Lindemann zatytułowany F & M. Wydana cztery lata temu płyta spółki Lindemann – Tägtgrena, jakoś nie specjalnie przypadła mi do gustu. Lindemann śpiewający po angielsku to jednak nie to. No i muzycznie, te utwory były znacznie słabsze niż dokonania Rammstein czy Pain. Na F&M powrócił jednak do swojego rodzinnego języka i chociaż płyta nie jest najgorsza, to kiedy jej słuchałem miałem wrażenie, że to jakiś słabszy Rammstein. Lindemann ma tak charakterystyczny sposób śpiewania, że musiałby całkowicie odejść od stylistyki swojej macierzystej kapeli, aby nie być z nią kojarzony. Mimo wszystko, warto posłuchać.

Year of the Cobra – Ash and Dust

Pochodzą ze Seattle i w dwójkę tworzą niezwykły zespół. Ona, Amy Tung Barrysmith, gra na basie, on, Johanes Barrysmith na perkusji. I to wszystko. Ale nie trzeba nic więcej. Są świetni. Ich muzyka jest ciężka, chwilami wręcz przytłaczająca, ale też wspaniała w swojej prostocie. Oboje są świetnymi muzykami, którzy swoimi dźwiękami są w stanie całkowicie zapanować nad przestrzenią. No i do tego jeszcze wokal Amy, który doskonałym uzupełnieniem stworzonej przez nich muzyki. Ash and Dust to z pewnością jedna z najciekawszych płyt tego roku i jedno z moich najważniejszych odkryć.

Leonard Cohen – Thanks for the Dance

3 listopada minęły trzy lata od śmierci tego wybitnego artysty, a tu tak niespodzianka. W zeszłym tygodniu ukazała się jego najnowsza płyta Thanks for the Dance. Nie przepadam za grzebaniem w odpadkach tylko po to, żeby móc nieco zarobić. Zresztą Cohen niewiele tego pozostawił i materiału starczyło zaledwie na 29 minut. Płyta została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków, ja jednak pozwolę sobie nie zgodzić się z tymi opiniami. You Want It Darker była płytą wspaniałą, którą artysta pożegnał się z nami pozostawiając coś wyjątkowego. Thanks for the Dance, przynajmniej dla mnie była męcząca. Cohen deklamuje swoje wiersze, do których dołączona bardzo delikatne tło muzyczne, które niestety nie wydobywa z tych utworów drzemiącej w nich wielkiej siły.

A może to ja się mylę?

Krótko o… płytach cz.13

New Model Army – From Here

To z pewnością jedna z najlepszych płyt tego roku. Gdyby ktoś, nieznający muzyki rockowej, poprosił mnie o to żeby polecić mu jedną płytę, dzięki której mógłby zrozumieć czym jest ten gatunek muzyki, to spokojnie mógłbym mu wskazać From Here.  Bo rock to bunt, sprzeciw wobec zastanego świata, muzyka, która powinna tworzyć pęknięcie w sercu i zmuszać umysł do przewartościowania zastanej wiedzy. I właśnie to można odnaleźć w utworach z tej płyty. A trzeba jeszcze dodać do tego przejmujący wokal Justina Sullivana. Niesamowite jest to, że po 40 latach na scenie, można nagrać jeden z najlepszych krążków w swojej karierze. No i okładka, jest po prostu świetna.

Iggy Pop – Free

Free to płyta muzycznie dość wyważona, pełna melancholii, niemal filozoficznych tekstów, które najczęściej są przez Iggy’iego recytowane, wyszeptywane lub wymrukiwane. Płyta spokojna, a jednak wzbudzająca niepokój. Free to jeden z tych albumów, który nie kosi umysłu przy pierwszym przesłuchaniu, za to smakuje coraz lepiej z każdym kolejnym.

The HU – The Gereg

Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałem Yuve Yuve Yu mongolskiego zespołu The Hu opadła mi szczęka. Lubię klimaty metalowo etniczne, ale czegoś takiego jeszcze nigdy nie słyszałem. Połączenie tradycyjnej muzyki rodem z Mongolii z mocnymi, gitarowymi dźwiękami, wyszło naprawdę świetnie. A do tego ten niesamowity wokal. Na The Gereg mamy muzykę, która jest świeża i bardzo ciekawa. The Hu sprawił, że zacząłem poszukiwać zespołów pochodzących z Azji, grających mocną muzę i przyznać muszę, że stało się to niezwykłą i bardzo ciekawą muzyczną przygodą.

Bluesowe święto

W ostatnią sobotę miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w bluesowym święcie, jakim jest Rawa Blues Festival. To była prawdziwa, muzyczna uczta. Wśród wykonawców znaleźli się, The Daniel Castro Band klasyczny, piękny gitarowy blues. Danie Castro grał niemal magicznie. Chociaż największe wrażenie zrobił na mnie Victor Wainwright & The Train. To była prawdziwa petarda! Victor Wainwright szalał na scenie. To gejzer pozytywnej energii. To było coś niesamowitego. Kiedy później  na scenę wyszli najbardziej doświadczeni James Blood Ulmer Memphis Blood Blues Band feat. Vernon Reid, niestety pomimo wielkich umiejętności i doświadczenie, nie potrafili przebić się przez to, co stworzył Victor z kolegami. A na koniec wystąpiła, młodziutka, zaledwie 21 letnia Hannah Wicklund and The Steppin’ Stones. Dziewczyna pięknie śpiewała, nieźle wymiatała na gitarze, ale jakoś jej kompozycje mnie nie porwały. Niby fajne, bardziej rockowe niż bluesowe granie, ale w wolniejszych utworach, przynajmniej dla, było zbyt popowo. Bardzo cieszę się z tego, że wybraliśmy się na Rawę, to było bardzo pozytywne i przyjemne doświadczenie.