Krótko o… płytach cz.10

Sting – My Songs

A kiedy artyście brakuje pomysłów, zaczyna wracać do przeszłości. Przynajmniej taką możliwość mają muzycy. I tak niestety robi Sting, który już od dawna nie jest w stanie w swojej twórczości dorównać temu, co stworzył przed laty. Ostatnio wypuścił My Song, płytę z piętnastoma świetnymi utworami, w odświeżonej wersji. Nowe partie wokalne, topowi producenci, ale niestety, to tylko odgrzewane kotlety. Jeśli Sting tak bardzo potrzebuje inspiracji, to mógł przynajmniej pójść drogą Boba Dylana. Poszperać w cudzej przeszłości i przerobić to co stworzył ktoś inny, na swój, niepowtarzalny sposób. No ale to wymagałoby nieco pracy, a tak Sting w łatwy sposób nabija sobie mieszek.

The Raconteurs – Help Us Stranger

Jack White ponownie zwołał ekipę, aby wspólnie pobawić się rockiem. Efektem tej „zabawy” jest świetna płyta Help Us Stranger. Zespół The Raconteurs nie dokonuje żadnej rewolucji. Mało tego nie tworzy nic specjalnie nowego, za to wspaniale nawiązuje do tego, co już w tej muzyce było. Każdy z członków zespołu jest wyśmienitym muzykiem, chociaż i tak na plan pierwszy wysuwają się pomysły White,a. To płyta, która będzie cieszyć każdego miłośnika rock, bo jest to rock w najczystszej postaci. Bez udziwnień, bez ściemy, wypływający gdzieś tam z samego serca.

Ludovico Einaudi – Seven Days Walking

Seven Days Walking to niezwykły projekt włoskiego pianisty i kompozytora Ludvico Einaudi. Postanowił on skomponować i nagrać siedem płyt, z których każda kolejna wychodzi w miesięcznych odstępach (została jeszcze jedna). Przepiękny, hipnotyzujący fortepian, z dodatkiem skrzypiec, altówki i wiolonczeli. Muzyka wspaniała, w sam raz, jeśli chcemy oderwać się nieco od rzeczywistości. To muzyka subtelna, ale pełna emocji, która obezwładnia umysł, porywa go w zupełnie nowe rejony. Pozwala odetchnąć i zapomnieć o męczącej codzienności, przynosząc coś na kształt oczyszczenia, a może raczej pokrzepienia.

1000 razy Rage Against The Machine oraz 10 lat bloga

7 lipca we Frankfurcie odbył się dosyć niezwykły koncert z udziałem 1000 muzyków. Patrząc na klip, można stwierdzić jedno, wykonawcy świetnie się przy tym bawili

Właśnie dzisiaj mija 10 lat od mojego pierwszego wpisu na blogu. W końcu sierpnia 2009 roku poczułem chęć dzielenia się ze światem moim nań spojrzeniem i ku mojemu zdziwieniu wytrwałem aż do dzisiaj.

Zachód Słońca

Wczoraj wieczorem pojechałem wraz z Megi na Górę św. Anny. Miałem nadzieję na to, że nie tylko wybiegam psinę, ale uda mi się także zrobić kilka ciekawych fotek. Kiedy jednak tam przyjechałem, niebo wydało mi się niezbyt ciekawe. Jednak myliłem się, kilkanaście minut później byłem świadkiem wspaniałego przedstawienia.

Krótko o… serialach cz. 10

Pożegnanie z Teorią Wielkiego Podrywu

Niedawno, pożegnaliśmy bohaterów serialu Teoria wielkiego podrywu, jednego z najlepszych sitcomów w historii. Proste założenie, znane od czasu Przyjaciół, czyli grupa znajomych mieszkająca blisko siebie, zostało tutaj w bardzo twórczy sposób wykorzystane. Bohaterami serialu nie są piękni i przystojni, ale nerdzi (kujony), naukowcy, maniacy komiksów, filmów SF i komputerów. Spotykają się razem, żeby zagrać w D&D, potrafią porozumiewać się językiem klingońskim i znają na pamięć każdy fragment Gwiezdnych wojen. Ogromną zaletą Teorii… zawsze było przemycanie, w całkiem przystępnej formie ważnych teorii naukowych z fizyki, chemii, biologii czy psychologii. Niejednokrotnie zapisywaliśmy ich dziwaczne nazwy, aby później sprawdzić, czy coś takiego istnieje i okazało się, że każda z nich była prawdziwa. Zresztą gościnnie pojawiali się tam wybitni naukowcy, tacy jak astrofizyk i noblista George Smoot, fizyk teoretyczny Brian Greene, astrofizyk, populista nauki Neil de Grasse Tyson, profesor z inżynierii mechanicznej i astronauta Michael James Massimino, czy pełen dystansu do siebie Stephen Hawking. I szkoda tylko, że gdzieś od sezonu siódmego, sprawy naukowe zaczęły schodzić na dalszy plan, a serial stał się właściwie zwyczajną, komediową obyczajówką, przez co był miej interesujący. Teoria wielkiego podrywu to jednak przede wszystkim wspaniale wykreowani bohaterowie. Każdy z nich jest JAKIŚ i trudno sobie wyobrazić, aby kogokolwiek mogłoby zabraknąć. Dodatkowo kilka postaci pobocznych, wyrosło na równoprawnych bohaterów, najlepszym przykładem jest postać Amy.

Autorom serialu udało się całkiem zgrabnie go zakończyć. Nie będę jednak spoilerował, bo może ktoś jeszcze tego nie widział. Z jednej strony szkoda, że to już koniec, ale uważam, że lepiej jest zamknąć serial, kiedy jest jeszcze w formie, niż czekać na jego upadek. A jeśli są tacy, którzy nie znają Teorii wielkiego podrywu, to gorąco zachęcam do jego zgłębienia. Straszliwie wciągająca rzecz, ciężko przestać na jednym czy dwóch odcinkach.

Stranger Things – sezon 3

I chociaż uważam, że najlepiej, gdyby ten serial zakończył się na sezonie pierwszy, to i tak z wielką przyjemnością obejrzałem jego najnowszą, trzecią już odsłonę. Klimat lat 80-tych, filmów Spielberga i książek Kinga, do tego fajna muzyka, wspaniała scenografia i zdjęcia, no i świetnie grające dzieciaki. Sporo jest w nim nawiązań do kina z tamtego czasu. Tym razem jego twórcy zrezygnowali z mroku poprzedniego sezonu, w zamian mamy czystą, chociaż nieco przerażającą przygodę. Tranger Things to przede wszystkim świetna rozrywka w nieco oldskulowym stylu.

Krótko o… książkach cz. 17 Czyli co przeczytać podczas urlopu

Urlop to czas odpoczynku, ale także, a może przede wszystkim czas na nadrabianie zaległości książkowych. Są jednak takie chwile, kiedy przez umysł nie przejdzie nic poważniejszego. Warto wówczas siąść z jakąś lżejszą lekturą. Oto kilka, wypróbowanych przeze mnie pozycji

Vincent V. Severski, Odwet

Doskonała kontynuacja Zamętu. Wciągająca powieść szpiegowska o ludziach, którzy wbrew politykom, a może właściwie powinno się stwierdzić, że pomimo zabiegów polityków, stoją na straży ojczyzny. Oj zabrzmiało to strasznie górnolotnie i kiczowato. Książkę jednak naprawdę warto przeczytać, nawet jeśli nie zna się poprzedniej. A kiedy już się to zrobi, to bardzo ciężko będzie się od niej oderwać.

Frederick Forsyth, Fox

Forsyth to prawdziwy klasyk powieści szpiegowskich. Tym razem autor takich powieści jak Dzień Szakala, Akta Odessy, czy Afgańczyk, przenosi nas w świat szpiegostwa w sieci. Coraz bardziej uzależnieni jesteśmy od nowych technologii, a to sprawiło, że pojawiły się zupełnie nowe zagrożenia. Czytając tę książkę zaczęło przerażać mnie to, jak funkcjonuje świat. No niby wiem, że rządzi nim cynizm, chęć zysku, ale jakoś na co dzień, nie specjalnie o tym myślę. Czytają Foxa bardzo mi się to uwypukliło. Pozostaje mieć nadzieję, że istnieją tacy ludzie jak sir Adrian Weston, główny bohater powieści. Niestety, pod względem literackim książka jest dosyć toporna. Sporo powtórzeń, uproszczony, czarno – biały świat, nieco psują przyjemność z lektury. Na szczęście nie jest też zbyt obszerna, a czyta się ją wyjątkowo szybko.

Stephen King, Outsider

Podczas wakacji można także sięgnąć po inne popularne gatunki. Kryminał? Horror? To może Oudsider Stephena Kinga? Książka zaczyna się jak klasyczny kryminał, czyli jest zbrodnia, jest śledztwo. Klimat jak u Cobena, do którego zresztą King puszcza bardzo wielkie oko. Czyli kryminał, thiller, ale… No właśnie, ALE przecież to Stephen King.