Miesiąc: Sierpień 2012

Lato z… cz. 3 …radiem

Muzycznie, kończące się powoli lato, nie było aż tak monotonne, jakby to wynikało z poprzedniego wpisu. Duży wpływ na to miały rozgłośnie internetowe. Wystarczy zainstalować w komputerze niewielki programik i przestajemy być zależni od tego, co nam oferuje eter. Nareszcie mogłem uwolnić się od pewnej stacji radiowej, której redaktorzy są bezgranicznie zakochani sami w sobie, rozpływając się nad genialnością swoich prostacki żarcików, cmokając się wzajemnie po zadkach. Gdzie dobrą (czyt. prawdziwie rockową) muzykę puszczają jedynie „staruszkowie”, których audycje powoli są likwidowane, albo przerzucane na godziny nocne. Sieć dała mi prawdziwą, radiową wolność. Wystarczy, że włączę komputer i zdecyduję, jakiej muzyki chciałbym w danej chwili posłuchać. Możliwości są ogromne. Chcę czegoś prawdziwie mocnego, to odpalam DEATH. FM lub którąś ze stacji powstających pod marką CHRONIX RADIO. Mam ochotę na coś lżejszego, ale nadal gitarowego wystarczy włączyć BIG R’ RADIO. Wybór stacji nadających punk, jazz, bluesa, czy też muzykę klasyczną, jest ogromny. Rozgłośnie, które nadają muzykę, bez zbędnego gadania, z niewielką ilością reklam (albo i bez). Wśród tego muzycznego mrowia odnaleźć można prawdziwe perełki, jak chociażby BAOBAB, radio Jana Chojnackiego. To rozgłośnia, która zajmuje się przede wszystkim bluesem i rockiem. I chociaż jest tutaj trochę gadania, to dotyczy ono muzyki. Więc właściwie stanowi ważny do niej dodatek.

I chociaż lubię posiedzieć sobie w ciszy, to trudno mi sobie wyobrazić codzienne funkcjonowanie bez radia. Przyjemniej jest wykonywać swoje obowiązki przy muzyce. Zawsze oczywiści można zapuścić coś z własnych zbiorów, ale wiąże się to z problemem wyboru. Radio internetowe znacznie to ułatwia, wybieram tylko gatunek, a później już samo hula. Jest jeszcze jedna, bardzo ważna zaleta radia, zawsze można odkryć coś, czego wcześniej się nie słyszało.



Lato z…cz. 2 …muzyką

Czas wolny od pracy sprzyja temu, by w końcu nadrobić zaległości w lekturze, filmach, czy w muzyce. W końcu można delektować się tym, co powstaje dzięki pasji tworzenia. Wśród wszystkich naszych umiejętności, możliwość kreowania jest jedną z najwspanialszych. Spora ilość wolnego czasu sprawia, że można wówczas coś nowego odkryć, a czasami odnaleźć, coś, co się już wcześniej znało, ale jakoś zostało przez nas zapomniane, bądź też, do tej chwili, było z jakiś niejasnych powodów ignorowane. Tak właśnie, dzięki wakacyjnemu lenistwu, trzy lata temu odkryliśmy Boba Dylana, który wówczas stał się dla nas prawdziwym objawieniem. Poprzednie lato upłynęło nam w kołyszącym rytmie reggae. Natomiast ostatni miesiąc przeszedł pod znakiem jednej płyty „My Head Is an Animal” islandzkiego zespołu Of Monsters and Men.

Najdziwniejsze jest to, że ja tego typu rzeczy nie słucham. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam ten album. Te częste, chóralne „Hej!”. Kolejne przesłuchania (a było ich już naprawdę sporo) i jak dotąd, jeszcze mi się nie znudził, co jest tym dziwniejsze, że znajdujące się tam utwory są do siebie niemal bliźniaczo podobne. Coś jednak jest w tej muzyce. Jej pozytywne melodie, bardzo dobrze mnie nastrajają, odprężają, sprawiają, że coś we mnie zaczyna… tańczyć, a przecież ja za tańcem nie przepadam. A co tam, nie warto tracić czasu na rozpatrywanie tego, dlaczego ta płyta aż tak mi się podoba. Skoro mnie to zachwyciło,  po prostu należy się tym cieszyć, trzeba smakować, napawać się każdym dźwiękiem.




Lato z… cz. 1… Planetą Małp

Do tej pory filmy z cyklu „Planeta Małp” kojarzyły mi się wyłącznie negatywnie. Po pierwsze z kilkoma niezbyt przyjemnymi scenami z dzieciństwa, kiedy to (lata 80 – te), w polskiej telewizji emitowany był serial, z którego pamiętam tylko jakieś szkaradne małpiszony znęcające się nad ludźmi. Drugie, złe skojarzenie, to film Tima Bartona – świetnego reżysera, któremu czasami zdarzają się wpadki. Może to tak jest, że Barton, przyjmuje chałtury, by móc później realizować, bardziej ambitne pomysły. Faktem jednak jest, że ten film jest chyba jego największą wpadką. Moje nieprzychylne nastawieni do serii zmieniło się jednak podczas niedawnego pobytu w Czechach. Tak się akurat złożyło, że późnym wieczorem, jedna z czeskich stacji telewizyjnych pokazała pierwszą wersja „Planety Małp”. Późna pora i wcześniejsza wędrówka po górach sprawiły, że dosyć szybko odleciałem, ale moja żonka, która lubi wieczorem dłużej posiedzieć, obejrzała sporą część tego filmu, decydując, że „musimy zobaczyć Planetę Małp”. Po powrocie postarałem się o kolejne części serii, jednocześnie szukając informacji na temat filmu. Jak w większości przypadków dobrych i oryginalnych fabuł, film został oparty na książce. Literacka wersja, stworzona przez francuskiego pisarza Pierre’a Boulle’a, to przede wszystkim krytyka stosunków społecznych pierwszej połowy lat 60 – tych. Film, który powstał w 1969 roku to coś znacznie więcej. Powieść Boulle’a była bardziej fiction niż science. Gatunek posłużył mu jedynie do przekazania swoich przemyśleń i obserwacji, nie za bardzo przejmował się on tym, czy to, o czym pisze, miałoby jakiekolwiek uzasadnienie naukowe. W odmienny sposób do tematu podeszli twórcy filmu. Tutaj niemal wszystko zostało dokładnie przemyślane. W filmie można odnaleźć sporo odniesień do ówczesnego społeczeństwa. Pokazane zostały takie zjawiska jak rasizm i podziały społeczne, wyśmiano także amerykański imperializm.

Tutaj małpy wobec ludzi zachowują się tak, jak ludzie mają to w zwyczaju wobec zwierząt. Scena polowania i późniejszych pamiątkowych fotografia z trofeami jednoznacznie kojarzy się z białymi myśliwymi podczas organizowanych w Afryce safari.

Mimo tego, cywilizacja małp jest przedstawiona jako, stojąca wyżej niż ludzka, małpy nie mordują małp. To ludzie są tymi, którzy niemal zgładzili swoją planetę, doprowadzili do upadku własną cywilizację.

W filmie tym mamy do czynienia ze świetną charakteryzacją, która po przeszło 40 latach, nadal robi spore wrażenie, ale także niezwykłą muzyką oraz wspaniałymi plenerami. I chociaż tak wiele czasu upłynęło od momentu, kiedy film powstał, większość, spośród poruszonych w nim kwestii nadal jest aktualnych. Spory sukces komercyjny filmu sprawił, że zdecydowano się na kolejne części. W sumie w latach 70-tych powstały jeszcze cztery oraz serial telewizyjny. Niestety, żadna z nich, nawet nie zbliża się genialnością do pierwowzoru. Jeszcze tylko w części drugiej z 1970 r. „W podziemiach Planety Małp” widać, że jego twórcy próbowali w miarę ambitnie podejść do tematu. Odnajdziemy tutaj odniesienia do trwającej wówczas Zimnej Wojny i „wyścigu zbrojeń”. Film ten jednak nie powala, tak jak pierwowzór. Udało nam się także obejrzeć niemal komiczną „Ucieczkę z Planety Małp”, myślę, że komizm był raczej niezamierzony. Jedyna rzecz, która się autorom tego filmu udała, to odwrócenie sytuacji z pierwszej części, teraz to małpy trafiają na Ziemię i traktowane są niczym dziwaczna anomalia.

Jeszcze trudniejsza do strawienia była część kolejna „Podbój Planety Małp”, przerażająca wizja świata przyszłości, w którym oswojone małpy wzniecają krwawą rewolucję. Została nam jeszcze jedna część „Wojna o Planetę Małp”, jak czytałem, najbardziej pokręcona. Jakoś od dwóch tygodni nie możemy zmusić się do jej obejrzenia. Może jednak, z czystego obowiązku, by lato minęło nam na Planecie Małp, w końcu to zrobimy. Jedno jest pewne, po serial nie sięgnę.

Żal, że Hollywood przemielił tak świetny pomysł, jakim z pewnością był pierwszy film z cyklu, który śmiało można uznać za jeden z najważniejszych (i najlepszych) filmów SF w historii kina. Niestety, w kolejnych ekranizacjach niewiele (czym późnij tym mniej), możemy tej świetności odnaleźć. Jeśli w przyszłości miałbym powrócić na Planetę Małp, to tylko w jej pierwotnym kształcie, z 1968 r.



Na wulkanie

Przed milionami lat ziemia była bardzo niespokojna. Z kraterów wyrosłych z jej skorupy wydostawała się potwornie gorąca, płonąca lawa, niszcząca wszystko, co spotkała na swej drodze. Z jednej strony niszczycielska siła, z drugiej jednak należy mieć na uwadze, że to właśnie ta rozgrzana substancja, tworzyła krajobraz, którym dziś możemy się zachwycać. Dzisiaj, te dawniej nieprzychylne wszelkiemu życiu miejsca zmieniły się w prawdziwie zachwycające miejsce, zwane często Kariną Wygasłych Wulkanów (Pogórze Kaczawskie). Wśród znajdujących się tam wzgórz wyróżnia się szczególnie jedno, licząca 501 m.n.p.m. Ostrzyca w pobliżu wsi Proboszczów, nazywana także śląską Fudżijamą. Będąc w pobliżu warto przynajmniej na chwilę się tam zatrzymać. Wejście na to wzgórze nie zajmie zbyt wiele czasu, a droga, prowadząca po wykutych w skale schodach nie jest zbyt wymagająca. Za to nasz wysiłek zostanie wynagrodzony wspaniałym widokiem na Pogórze Kaczawskie, za którym dojrzeć można także Karkonosze. Góra ta ma wyjątkową siłę przyciągania. Jej charakterystyczny, niezwykły kształt sprawia, że nie sposób jej nie zauważyć, sprawia, że przejeżdżając w pobliżu trzeba się tam zatrzymać i spojrzeć na świat z jej szczytu.