Dzień: 26 października 2012

Soundtrack wg. Lao Che

 

Przed tygodniem ukazała się, długo przeze mnie wyczekiwana płyta Lao Che, zatytułowana „Soundtrack”. Kiedy przesłuchałem ją po raz pierwszy, miałem ochotę, jak najszybciej się jej pozbyć. Wyrzucić, zniszczyć, zapomnieć! No, ale przecież to jest moje Lao Che, więc sięgnąłem po nią ponownie i przyznać muszę, że z każdym kolejnym przesłuchaniem coraz bardziej się do niej przekonuję. „Soundtrack” to płyta „słuchawkowa”. Nie da się jej dokładnie poznać bez kompletnej izolacji. Najlepiej właśnie, jest wrzucić na uszy słuchawki, zamknąć oczy i oddać się dobiegającym z nich dźwiękom. A ich różnorodność jest tutaj naprawdę imponująca. Do tego jeszcze robiące ogromne wrażenie brzmienie poszczególnych utworów. No i to, co zawsze u tego zespołu było bardzo ważne, teksty. Spiętemu, w jakiś niezwykły sposób, udało się wyśpiewać myśli, które siedzą we mnie gdzieś głęboko. Facet ma niesamowity talent. W kilku zdaniach potrafi zawrzeć treści, które ktoś inny rozwlekł by na całkiem pokaźny tom.

„Soundtrack” to płyta trudna. Trzeba się w nią wsłuchać, a wówczas może na długo nami zawładnąć. Panowie z Lao Che pokazali klasę. Mogliby iść przetartym szlakiem, oni jednak wolą poszukiwać. I chociaż coraz mniej znajdziemy w ich muzyce klasycznego, rockowego instrumentarium, to jednak to, co chłopaki robią z syntezatorami mnie powala. Po pierwszym przesłuchaniu „Soundtracku” czułem się straszliwie rozczarowany, zawiedziony, zdradzony. Z każdym kolejnym przesłuchaniem, zbliżam się jednak do uwielbienia, do bliskiej religijności czci.