Miesiąc: Listopad 2012

Dwa lata z Megi

 

W ostatni czwartek minęły dwa lata odkąd w naszym domu zjawiła się Megi. W listopadzie 2010 r. była zaledwie małą, białą kulką, która błyskawicznie zawładnęła naszym życiem. I chociaż co kilka minut trzeba było biec po szmatę, bo psinka znów narobiła, to i tak dostarczyła nam całą masę radości, której właśnie tak bardzo potrzebowaliśmy. Jeszcze nieporadna, ale już pyskata, próbująca sterroryzować nas swoim ciągłym szczekaniem. Poświęciliśmy sporo czasu na to, aby ją poskromić, jednak co pewien czas, nasza psina przypomina nam o tym, że posiadamy władzę nad nią tylko dlatego, że ona nam na to pozwala.

Jakoś trudno mi sobie teraz wyobrazić życie bez Megi, tak samo zresztą jak bez naszych kotów (Dylana i Hektora). Bez porannych spacerów, które są doskonałe do tego, by się rozbudzić i przygotować do nowego dnia i tych wieczornych, często w półśnie, w magicznej mgle, lub pod cudownie rozgwieżdżonym niebem. To niesamowite uczucie wiedzieć, że jest ktoś, kto kiedy tylko wrócimy do domu, na sam nasz widok aż podskakuje z radości. Smutno by było bez psot naszych zwierzaków. Ich częstych gonitw, oberwanych tapet, rozlanej wody i domagania się pieszczot. Zwierzaki stały się bardzo ważną częścią naszego życia, właściwie to są one częścią mojej duszy.



 

 

 

Czeski czwartek

Wczoraj postanowiliśmy z Żonką zrobić sobie dzień czeski. Inspiracja przyszła wraz z informacją o tym, że jedna z opolskich restauracji („4Bas”), w tym tygodniu, będzie oferowała potrawy naszych południowych sąsiadów, przygotowane przez czeskiego kucharza.  Knedel, który zamówiliśmy rewelacyjny nie był (najprawdopodobniej z mrożonego gotowca), za to sos podany do niego był całkiem, całkiem. Po sytym obiedzie przyszedł czas na piwko, a wśród złocistych napojów, te czeskie są prawdziwie królewskie. Przyjemnie było tak sobie posiedzieć, słuchając czeskiego rocka, dyskutując i popijając chłodne piwo o gęstej pianie i wyrazistym smaku. Poczułem się niemal tak jak by to było lato, a my znów znajdujemy się w Pradze…

Rozmarzyłem się. Mam nadzieję, że w przyszłości częściej uda nam się zorganizować taki „czeski dzień” – popołudnie, podczas którego, przynajmniej na kilka godzin oderwiemy się od szarej rzeczywistości.




Wędrówka po Chinach

 

W Europie zapanowała prawdziwa moda na Chiny. Ludzi Zachodu zafascynowało Państwo Środka, jego szybki rozwój, kultura, przyciąga ich azjatycka egzotyka. W przeciągu dwudziestu lat, Chiny z zacofanego państwa, gdzieś na krańcu cywilizacji, stały się prawdziwą potęgą. Chińskie dokonania wywołują podziw i szacunek. Z państwa, które produkuje tandetę zalewającą świat, powoli zaczynają przekształcać się w wytwórcę technologii. Na razie głównie dzięki kradzieży, ale w przyszłości to Chińczycy będą wyznaczać trendy w rozwoju. To wszystko jeszcze, w bardzo przemyślany sposób jest wzmacniane przez chińską propagandę, której rzecznikami są liczne Instytuty Konfucjusza, mające za zadanie kreowanie odpowiedniego wizerunku tego państwa na świecie. Wiedza Europejczyków na temat Chin jest jednak dość powierzchowna. Widzimy je tylko poprzez takie miejsca jak Pekin czy Szanghaj, do tego dodać jeszcze możemy chiński mór, i jakiś rezerwat przyrody, z pandami. Mało kto ma możliwość wejrzeć w Chiny głębiej. Wciąż jest to państwo totalitarne, w którym przybysz z zewnątrz widzi tylko tyle, ile mu pozwolą.

Wszyscy miłośnicy Państwa Środka powinni przeczytać doskonałą książkę napisaną przez Liao Yiwu, „Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych.” Praca ta, to zbiór 28 wywiadów, z ludźmi, którzy według chińskich władz w komunistycznym społeczeństwie nie istnieją, z wykluczonymi. Z tymi, którzy w „bezklasowym” społeczeństwie znaleźli się na samym dole. Spotkać tutaj możemy muzyków ludowych, znachorów, ludzi chorych i tych, którzy z jakiś powodów narazili się władzy i zostali przez nią zniszczeni. Kolejne wywiady, to dowody na to jak potworny potrafi być totalitaryzm. Często pojawia się wspomnienie wielkiego głodu lat 60 – tych, wywołanego przez błędną politykę, który pochłonął miliony ofiar. Przerażają wspomnienia dotyczące grasujących w Chinach czerwonogwardzistów, którzy stali się narzędziem Mao w walce z wewnętrzna opozycją, a której działania przyczyniły się do kolejnych ofiar śmiertelnych. Nie można zapominać o tym, że władze chińskie i dziś nie dopuszczą do jakiegokolwiek nieposłuszeństwa i użyją wszelkich środków do likwidacji nieposłusznych, tak jak to miało miejsce w 1989 roku.

To wszystko jednak już wiedziałem. Dla mnie najciekawsze były obrazy z życia zwykłego Chińczyka, zmuszonego do egzystencji w tym nieludzkim systemie. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że pomimo totalnej kontroli, wszechobecnej propagandy i straszliwych represji, wśród zwykłych Chińczyków przetrwało tak wiele zabobonów.  Komunistom udało się zniszczyć przeważającą część kilkutysięcznej kultury, tożsamość prostego ludu jednak przetrwała. Często tak jest, że totalitaryzm, czy autorytaryzm, wyzwalają w ludziach podwójną osobowość. Te systemy kreują w objętych nimi społeczeństwach, swoistą schizofrenię. Doznawaliśmy tego przed 1989 r., wciąż czują to Irańczycy, od przeszło sześćdziesięciu lat doświadczają tego Chińczycy.

Liao Yiwu otrzymał w tym roku Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Wśród walczących o ten laur książek było kilka znacznie lepszych. Nagroda ta jednak należała się „Prowadzącemu umarłych”, przynajmniej z tego powodu, że może dzięki rozgłosowi, który się z nią wiąże, przynajmniej kilku spośród „chinolubów” sięgnie po tę pozycję i dzięki temu zacznie nieco bardziej krytycznie podchodzić do obiektu swojego uwielbienia.



Niezrozumiała nauka

Z pewnością niejednokrotnie zetknęliście się z zupełną nieprzystępnością tekstów naukowych. Panie i panowie zajmujący się nauką, tworzą jakby odrębną cywilizację. Żyją gdzieś daleko, posługując się nieznanym językiem. Najczęściej jednak pracują za publiczne pieniądze, zatrudnieni na państwowych uczelniach i w finansowanych z naszych podatków instytutach. Więc może jednak powinniśmy wymóc na nich, by wyniki swoich badań, musieli publikować, przynajmniej w jakiejś skróconej, bardziej ogólnej formie, po „ludzku”. Tak, żeby nawet taki laik jak ja, mógł się dowiedzieć, co takiego odkryli obserwując stonogi, czy mieszając różne substancje chemiczne. Znalazłem dziś bardzo ciekawy wpis autorstwa Jerzego Tyszkiewicza (matematyk i informatyk z UW), poruszający właśnie ten temat, na „Niedowiary. Blogu [szalonych] naukowców”. Zaproponował on, żeby naukowcy, którzy prowadzili badania za publiczne pieniądze, zobowiązani zostali do opublikowania wyników swoich badań, a przynajmniej ich streszczenia, w Wikipedii. To naprawdę świetny pomysł. Dzięki temu wiele bzdur pojawiających się w Wikipedii zostałoby wyeliminowanych. W końcu hasła, które się tam znajdują, stałyby się rzetelne i bardziej wyczerpujące, a z drugiej strony, wiele bardzo ważnych i ciekawych informacji, w końcu będzie dostępnych i co najistotniejsze zrozumiałych, a moja ciekawość świata, przynajmniej w pewnym stopniu zostanie nasycona. Szkoda tylko, że to jeden głos, zakopany gdzieś tam w intrenecie i ani ci, którzy mogliby o tym zadecydować, ani sami naukowcy nie są tym zainteresowani. Więc chyba niestety praca naukowców nadal pozostanie dla nas, zwykłych ludzi, wiedzą tajemną.




Największy twórca wszechczasów

Wprawiają nas w zachwyt płótna wielkich mistrzów. Na widok gotyckich katedr, klasycystycznych pałaców czy współczesnych wieżowców może zabraknąć nam tchu. Z przejęciem wpatrujemy się w efekty pracy grafików komputerowych. Wszystko to jednak blednie przy dziełach natury. Ona dawno już stworzyła wszystko to, co wymyśla człowiek. Nasze dzieła są jedynie, bardziej lub mniej udanymi imitacjami tworów natury. Nigdy nie było i nigdy nie będzie twórcy większego od natury. Góry, las, czy morze o wschodzie słońca, potrafią schwytać moje serce, ścisnąć je, pieścić. Zapachy, kolory, słoneczne światło, ptasi śpiew i szum drzew są w stanie obezwładnić mój umysł. W lesie czy w górach, staję się jej niewolnikiem, bezgranicznie oddanym wyznawcą. I szkoda tylko, że czasu brakuje na to by móc częściej z nią obcować.

 

 

 




Twardziel

Filmy o agencie 007, jak dotąd były gwarancją prostej, nieco schematycznej rozrywki. Trochę mordobicia, pościgi, wątek romansowy, jakieś fantastyczne gadżety, przyprawione aktualną sytuacją międzynarodową ( zimna wojna, innym razem terroryzm), a wszystko to, wstrząśnięte, niezmieszane. Był to pewny przepis na sukces finansowy dla twórców i prostą, niezobowiązującą zabawę dla oglądających. 50 lat i 23 filmy, w który sześciu aktorów wcielało się w tytułowego szpiega Jej Królewskiej Mości. Jakie czasy, taki Bond, i zgodnie z duchem czasu od 2006 roku mamy brzydkiego, drewnianego, mechanicznością ruchów i brakiem mimiki twarzy, mogącego konkurować z cyborgami z „Terminatora”, Daniela Craiga. Tak przynajmniej było w dwóch ostatnich filmach z serii. I tutaj nastąpiło wielkie zdziwienie, kiedy to wybrałem się na ostatnią odsłonę słynnej serii „Skyfall”. Blisko dwu i półgodzinne widowisko, w którym wcale nie dominują pościgi, wybuchy i inne klocki, z których dotąd konstruowano „Bondy”, chociaż i tych tutaj nie brakuje. Najważniejsza zmiana polega na tym, że pojawia się jakiś zmieniony Bond,  nie jest już super szpiegiem, który ratuje świat przed wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwami, jakby od niechcenia, pomiędzy drinkiem, a zaliczoną panienką. Ten „nowy Bond” jest po prostu stary, zmęczony, wypalony. Zyskał zupełnie nowy wymiar. Przestał być herosem, a stał się człowiekiem. Ale zabieg ten nie odbiera mu nic z męskości. Teraz staje się prawdziwym twardzielem, zaczyna zbliżać się do postaci, w które tak często wcielał się Clint Eastwood. I muszę przyznać, że Craig doskonale sobie z tym poradził. Przekonał mnie, był prawdziwie zużyty. Po raz pierwszy dowiadujemy się czegoś o prywatnym życiu super agenta, o tym skąd pochodzi. Zmianie uległ nie tylko Bond. Także jego przeciwnik nie przypomina tych dotychczasowych. Jego psychopatyczne postępowanie zostało w pewnym stopniu uzasadnione. Wszystko, co robi ma doprowadzić do zemsty, za okropną krzywdę, jaka została mu wyrządzona.

„Skyfall” jak dla mnie, to najlepszy z filmów o Bondzie, który nie pozwolił mi zasnąć w kinie przez 140 minut, a co najważniejsze, pozostawił niedosyt, który każe mi czekać na kolejną odsłonę cyklu.



Nie trzeba daleko szukać.

Czasami nie trzeba dalekich podróży, aby odnaleźć miejsce, które będzie miało w sobie coś interesującego. Mam to szczęście, że w pobliżu mojego domu jest ich całkiem sporo. Do najciekawszych z pewnością należy Góra Chełmska, popularnie nazywana Górą św. Anny. Wzniesienie to ma zaledwie 408 m. n.. p. m., ale to w zupełności wystarczy, aby wyróżnić się na płaskiej Opolszczyźnie. Wzgórze to porasta piękny bukowy las, sporo tutaj ptactwa, odnaleźć tu także można kilka, dość interesujących formacji skalnych, pozostałości zlodowaceń, oraz wulkanu, który stał w tym miejscu 27 milionów lat temu. W znajdującej się u stóp góry Żyrowej znajduje się wspaniały dziewiętnastowieczny pałac, który niestety, powoli zaczyna popadać w ruinę. Góra Chełmska, bez względu na pogodę, stanowi wspaniałe miejsce wędrówek.

Ja w szczególności uwielbiam zejść z głównej ścieżki i zapuścić się pomiędzy buki, gdzie czuję się tak, jakbym przemierzał kolejne sale, ogromnej gotyckiej budowli, w której filary zostały zastąpione przez dorodne pnie, a łuki sklepień, których barwa zmienia się w zależności od pory roku, zbudowane zostały z gałęzi. W tym lesie doskonale widać, co było inspiracją dla budowniczych przed stuleciami. Leśny oryginał jest jednak wspanialszy, monumentalny i lekki jednocześnie. Budowle z kamienia są martwe, leśna przestrzeń żyje, wciąż się zmienia. Za każdym razem jest tutaj inaczej. Godzinka w takim miejscu pozwala duszy odpocząć, przynosi przyjemne ukojenie i dodaje sił. I żal tylko, że jakiś czas temu zapadła idiotyczna decyzja o poprowadzeniu przez górę autostrady, co z pewnością tanie nie było (należało wryć się w skałę i droga przez to się wydłużyła), za to bardzo to miejsce okaleczyło. Nie moją jest jednak sprawą, co stało za tą dziwną decyzją tych, którzy ową drogę projektowali.

Na szczęście większość z tych niezwykłych zakątków Góry Chełmskiej ocalało i wciąż warto się tam wybrać, by to wspaniałe miejsce poznać.