Miesiąc: Sierpień 2018

Krótko o … płytach

Skoro od jakiegoś czasu krótko opisuję książki czy seriale, należałoby także nieco miejsca poświęcić na to, co dla mnie najważniejsze, czyli muzykę. Mam zamiar co jakiś czas napisać kilka zdań na temat ciekawych (moim zdaniem) płyt. Ostrzegam jednak, będą to głownie płyty metalowe, bo ten gatunek od bardzo dawna, dominuje wśród tego co słucham.

Rivers of Nihil – Where Owls Know My Name


I chociaż od premiery tej płyty minęło już przeszło pięć miesięcy, to od tamtej pory nie słyszałem nic, co by mnie bardziej poruszyło. Połączenie delikatnych dźwięków, z brutalnym łomotem. A do tego jeszcze saksofon, który znalazł się tutaj poza zwyczajnym dla gatunku instrumentarium. Okazuje się, że saksofon doskonale odnajduje się w tej muzyce będąc jej doskonałym uzupełnieniem. Fenomenalne kompozycje, które przenoszą nas w jakiś dziwny, tajemniczy, może nieco przerażający, ale jednak bardzo fascynujący świat. Płyta Where Owls Know My Name zachwyca mnie tak samo mocno, za każdym przesłuchaniem. To krążek, przy którym nie sposób się nudzić, wciąż odkrywając coś nowego.

 

Judas Priest – FIREPOWER


Prawdziwi ojcowie heavy metalu, którzy w przyszłym roku będą obchodzić swoje półwiecze, wydali niedawno swój osiemnasty album. I muszę przyznać, że jest to świetna płyta. Chociaż już dawno odszedłem od takiego grania, to coś mnie w tej muzyce poruszyło. Wszystko jest tutaj świetne. Kompozycje, brzmienie, popisy gitarowe, perkusja i wokal. Ten album już jest klasykiem. Powala od pierwszych, do ostatnich dźwięków. A dzięki redaktorowi Wojciechowi Mannowi, utwory z tej płyty zagościły także w eterze. Niesamowite jest to, że po tylu latach na scenie, wciąż można tworzyć tak wielkie dzieła.

 

Van Canto – Trust in Rust


A na koniec płyta, z którą mam spory problem. Zespół Van Canto, to sześciu wokalistów i perkusista, którzy wykonują metal a capella, czyli paszczowo, swoimi głosami naśladując wszystkie instrumenty (poza perkusją) i są w tym rewelacyjni. To jest ich siódmy album, a mój problem z tym krążkiem polega na tym, że po pierwszym przesłuchaniu byłem tą płyta mocno zawiedziony. Repertuar jest znacznie spokojniejszy niż na poprzednich krążkach, no i zmiana wokalisty prowadzącego nie przysłużyła się kapeli. Ale kiedy rozbrzmiewa Hells Bells z repertuaru AC/DC… czadzior! Trust in Rust to z pewnością propozycja dla tych, którzy nie do końca przekonani są do metalu, chociaż myślę, że i starzy wyjadaczom może się ona spodobać.

 

 

Krótko o… książkach cz. 5, czyli powrót Eberharda Mocka

Tradycją stało się, że pod koniec lata pojawia się kolejna książka Marka Krajewskiego, co cieszy mnie w szczególności, od kiedy autor powrócił do cyklu związanego z Eberhardem Mockiem. W książce Mock. Pojedynek przenosimy się do początku XX wieku, kiedy to bohater jest studentem filologii klasycznej. Będzie to dla niego moment przełomowy, który zadecyduje o jego przyszłości i uczyni z niego tego mrocznego policjanta, który sięga po ostre środki, w walce ze zbrodnią. Mock. Pojedynek, to także świetnie napisana opowieść o funkcjonowaniu niemieckich uniwersytetów na przełomie XIX i XX stulecia. Świat korporacji studenckich, konfliktów narodowościowych i intryg politycznych. Ze spotkania z autorem, w którym miałem przyjemność uczestniczyć kilka lat temu, wiem, że jednym z marzeń pana Krajewskiego, jest wydanie powieści uniwersyteckiej i po części właśnie w tej książce udało mu się to zrealizować. Jak dla mnie to jedna z najlepszych książek Marka Krajewskiego i żal tylko, że nie pisze on tak masowo jak Mróz, a więc przyjdzie mi czekać cały rok na kolejną książkę.

Krótko o… serialach cz. 2

Billions – sezon 3

Produkcja Showtimu, która potrafi zaskoczyć. I wciąż nie rozumiem tego, że przynajmniej w Polsce o tym serialu jest cicho. Jak dla mnie to jeden z najlepszych seriali jakie kiedykolwiek powstały. Śmiało można go stawiać obok House of Cards, Rodziny Soprano, czy pierwszych sezonów Homeland. Autorom tej produkcji, udało się utrzymać napięcie z poprzednich dwóch sezonów, wynikających z wojny pomiędzy biznesem a sprawiedliwością. Wprowadzili także kilka nowych ciekawych wątków i postaci. A do tego jeszcze spora dawka humoru. Billions to doskonała opowieść o przenikaniu się biznesu i polityki, a gdzieś tam po środku siedzi biedny, szary człowiek, który niewiele ma do powiedzenia, a który najbardziej odczuje wyniki rywalizacji tych kilku, którzy mają jakikolwiek wpływ na to co się wokół nas dzieje.

Fargo sezon 3

Serial, który obejrzałem z rocznym poślizgiem, czego mogę tylko żałować. I znów zaskoczenie. Historia rozwala i jeśli prawdą jest to, że powstała ona na bazie prawdziwych wydarzeń, w co trudno jest uwierzyć, to faktycznie, rzeczywistość pisze najlepsze scenariusze. W trzecim sezonie Fargo warto wspomnieć o dwóch (a właściwe trzech) kreacjach aktorskich. David Thewlis wcielił się w czarny charakter i zagrał postać odrażającą a jednak fascynującą. Ewan McGregor z kolei wciela się w dwóch skłóconych ze sobą barci i w obu przypadkach robi to bardzo sugestywnie. A sama historia? Cóż, żeby zbyt wiele nie zdradzić, nie zadziera się z siłami, których się nie zna. Opowieść wciąga i to mocno, trzyma w napięciu do ostatnich chwil i jeśli to historia prawdziwa, to nie chciałbym, żeby coś takiego mi się przytrafiło. A na koniec ważna, pozytywna informacja: będzie sezon 4!

GLOW sezon 2

Trykoty, fryzury trzymające się dzięki tonom lakieru do włosów i pop rock, czyli cudowne lata osiemdziesiąte. To wszystko można odnaleźć w genialnym serialu Netflixu GLOW. Olśniewające wrestlerki powracają, a przygotowywane przez nie show znów olśniewa. A przynajmniej bawi. I to jest największa zaleta tego serialu, naprawdę świetna zabawa w klimacie retro. I chociaż ten sezon jest wyraźnie słabszy od pierwszego, to i tak zabawa jest przednia. Myślę, że GLOW to doskonała propozycja na wakacyjny odpoczynek

 

 

 

Wyprawa do lasu

Od pewnego czasu, moim niedzielnym zwyczajem stały się poranne rowerowe wyprawy. Kiedy wszyscy odsypiają sobotnie popijawy, ja wsiadam na rower i korzystając z pustych dróg i ścieżek mogę napawać się porannym słońcem, wiedzą, że nic i nikt mi tego nie zepsuje. Spokój, cisza i śpiew lasu. Bo chociaż 95% rosnących tam drzew posadzili ludzie, to przyroda i tak sama zawłaszczyła sobie ten skrawek świata. Paprocie, krzewy, trawy, rosną sobie swobodnie, chociaż nikt ich tam nie sadził i nic sobie nie robią z tego, co zaplanowali sobie leśnicy. A do tego ten cudowny chór żywych stworzeń. Gdzieś za mną dzięcioł pracowicie stukał w zaatakowany przez „szkodnika” pień drzewa, kilkakrotnie poczułem na sobie cień przelatującego myszołowa, a w pewnym momencie pewien ciekawski trzmiel, postanowił sprawdzić, co ja tam tak sobie siedzę w jego lesie i przez kilka minut latał wokół mnie. Kiedy jednak przekonał się, że tylko siedzę, odleciał aby znaleźć coś znacznie ciekawszego. Gdzieś w pobliskich krzaczorach było także słychać dwie kłócące się sójki. Nie wiem, może chodziło im o to, czy tej zimy nie wybrać się w końcu za morze. No i jeszcze chór, ptasiej drobnicy, której udało się już odchować potomstwo i może w końcu cieszyć się zasłużonymi wakacjami. A gdzieś, pośród tego ptasiego jazgotu ja, niezapraszany gość, z którym las łaskawie dzieli się swoim pięknem. W tym momencie istniało dla mnie tylko to miejsce, jego kojąca siła i spokój, jego czystość oraz pobudzające wszystkie zmysły zapachy, dźwięki i kolory. I poczułem się jakbym był częścią tego miejsca, jakby moja dusza właśnie tam się zakorzeniła.

Ekosystem w butelce

58 lat temu, botanik David Latimer posadził w szklanym gąsiorze po kwasie siarkowym trzykrotkę. Od tamtej pory podlał ją jedyni dwukrotnie, przy sadzeniu, oraz po 12 latach. Jedyną rzeczą, która dostarczana jest roślinie, to światło słoneczne, dzięki, któremu może zachodzić fotosynteza. W ten sposób powstał całkowicie zamknięty, niemal niezależny od świata zewnętrznego ekosystem. A co najważniejsze, każdy może taki własny świat sobie stworzyć. Poniżej film instruktarzowy:

Krótko o… książkach cz. 4

Wakacje, zawłaszcza takie upalne, sprzyjają lekturze. W taki skwar nie da się zwiedzać, ciężko też zdobyć jakąkolwiek górę, a leżenie na plaży można przypłacić udarem. Zawsze jednak można skryć się w cieniu i oddać się lekturze. Oto kilka moich propozycji.

Yuval Noah Harari, Homo Deus. Krótka historia jutra.

Yuval Noah Harari kontynuując rozważania na temat Homo Sapiens (wcześniej napisał Sapiens. Od zwierząt do bogów), w swojej kolejnej książce zastanawia się nad przyszłością człowieka. Kreśli kilka możliwych scenariuszy dotyczących naszej przyszłości i niestety, żaden z nich nie jest zbyt optymistyczny, a niektóre, są w ręcz fatalne. I można się z z tezami autora zgadzać lub nie, myślę jednak, że lektura Homo Deus. Krótka historia jutra, zmusza do przemyślenia wielu spraw, w końcu to nie tyle zbiór informacji o kierunkach rozwoju nauki i techniki, to rozważania filozoficzne nad tym, do czego dąży Homo Sapiens.

To kolejna wspaniała biografia autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej. Tym razem jednak mamy do czynienia z sytuacją, kiedy to opowieść o życiu Krzysztofa Komedy staje się okazją do przedstawienia historii narodzin polskiego jazzu. Momentami miałem wrażenie, że Komeda odsuwa się gdzieś w cień, za to głównym bohaterem jest rewolucja jazzowa, która miała miejsce w Polsce na przełomie lat 50-tych i 60-tych. Wciąż przewijają się wielkie nazwiska Jan Ptaszyn Wróblewski, Wojciech Karolak, niedawno zmarły Tomasz Stańko, Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak i wielu innych, którzy na kartach książki mają zaledwie po 20, 30 lat i dopiero zaczyna się ich muzyczna kariera. To także opowieść o tamtych czasach, o krótkiej odwilży, o młodych ludziach, którzy chcą żyć normalnie, chcą tworzyć i cieszyć się życiem. Marzy mi się podobne kompendium wiedzy o tym co działo się pod koniec lat 70-tych w muzyce rockowej, to akurat coś co bardziej czuję, to m.in. właśnie taka muzyka mnie ukształtowała. Komeda. Osobiste życie jazzu, to wspaniała książka o bardzo ważnym zjawisko społecznym i kulturowym, które wydarzyło się w Polsce przeszło 50 lat temu.

Kryminały Marty Guzowskiej

Tropikalne temperatury nie zawsze sprzyjają poważnej literaturze. Więc jeśli ktoś chciałby coś znacznie lżejszego, proponuję kryminały Marty Guzowskiej. W kilku recenzjach spotkałem się z tym, że są to książki dosyć proste, że pisarstwo Guzowskiej to grafomania, mi jednak, na przekór krytykom, bardzo podobają się kryminały pani Guzowskiej i to (chyba jestem heretykiem), bardziej niż twórczość Mroza, czy pani Bondy. Może wynika to z tego, że akcja jej powieści mocno zahacza o archeologię, a przecież tak niewiele brakował, żebym sam został archeologiem i gdzieś tam w głębi, pozostał mi sentyment do tej dziedziny nauki. Oba cykle (o Simonie Brenner oraz Mario Yblu), sprawiły mi taką samą przyjemność i nie w ważna w nich jest sama intryga, która często jest dosyć prosta, ale to klimat, humor, zrywanie masek z nadęcia świata nauki, a zwłaszcza naukowców z tytułami, to sprawia, że książki Guzowskiej, tak dobrze się czyta. Jak dla mnie, to książki w sam raz na plażę, czy na hamak rozwieszony w cieniu rozłożystych dębów. Ale to oczy wiście moja własna, subiektywna opinia.