Krótko o… płytach cz. 22, czyli starzy wyjadacze dają czadu!

W zalewie plastikowej, tandetnej i mięciuchnej muzyki, która dominuje od jakiegoś czasu, zawsze można liczyć na starych mistrzów prawdziwego łomotu. I na szczęście nie tylko na ich stare nagrania, ale także na nowe wydawnictwa, którymi pokazują smarkaczom w jaki sposób można wyrazić swój gniew wobec świata.

Napalm Death – Throes Of Joy In The Jaws Of Defeatism

Tę kapelę uwielbiam od kiedy gdzieś na początku lat 90-tych usłyszałem ich album Scum. To jedno z tych uczuć, którego nic nie jest w stanie ugasić, no i sam zespół nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Lata mijają, panowie przekroczyli pięćdziesiątkę, a i tak nie rdzewieją. Wciąż grają mocną, szybką, bezkompromisową i zaangażowaną muzykę. Na tej płycie Napalm Death, zespół, który nie musi już nic nikomu udowadniać pozwolił sobie na sporo swobody. Poza zabójczo szybkimi, siekającymi słuchacza na drobne kawałki kompozycjami, mamy też chwile znacznie spokojniejsze. I wszystko to doskonale do siebie pasuje. A jak brzmi! Kiedy słyszę Marka Greenwaya, to mam wrażenie, że ten facet wykrzykuje za mnie cała zgromadzoną we mnie wściekłość. Jakież to odświeżające. Napalm albo darzy się bezgranicznym uwielbieniem, albo… no cóż tym mogę tylko współczuć.

Benediction – Scriptures

Piękne w tej płycie jest to, że zespół, który gra już przeszło 30 lat wciąż ma tę samą energię, a kiedy dodać jeszcze współczesne brzmienie musi wyjść muzyka, która powala. Przy zalewie popularnego obecnie black metalu cieszą takie, wręcz klasyczne, death metalowe kompozycje. Tu też jest szybko, ale ta muzyka nie przygnębia. Kolejne riffy i solówki porywają, perkusja przyspiesza bicie serca, a wrzask Dave’a Ingrama, który po 20 latach powrócił do zespołu, powala swoją siłą, którą słuchacz przejmuje zapominając o troskach dnia codziennego. Są jednak tacy, którzy narzekają, że Scriptures przypomina dokonania Banediction z lat 90-tych XX wieku. I co z tego? Mają na siłę udawać kogoś kim nie są? Grają to, co im zawsze najlepiej wychodziło, wbrew modom i trendom.

Sodom – Genesis XIX

Są pewne smaki dzieciństwa do których z przyjemnością się wraca. Dla mnie czymś takim jest muzyka niemieckiej formacji Sodom. To był chyba pierwszy zespół, którym wyszedłem poza kapele typu AC/DC, Iron Maidem czy Halloween. I chociaż Genesis XIX jest nieco spokojniejsza niż dwie płyty o których pisałem wcześniej, to i tak jest tu wystarczająco dużo mocy. Może nie jest to najlepszy album w blisko czterdziestoletniej historii zespołu i momentami brzmi trochę zbyt archaicznie, to i tak ze sporą przyjemności kilkukrotnie przesłuchałem ten pełen trashowego napier…a krążek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s