Paździerze 2011, czyli subiektywne podsumowanie minionego roku

Ledwie się spostrzegłem, a tu minęło już ponad trzysta sześćdziesiąt dni i kolejny rok dobiega końca. Nadszedł więc czas by podsumować mijający rok. Zaczynam więc moje coroczne wyliczanie rzeczy, które mnie zachwyciły, przyznając ten cudny kawałek paździerzowej płyty, w kolorze złoto – podobnym. Pragnę przypomnieć, że Paździerze przyznaję tym zjawiskom, które mnie w mijającym roku zaintrygowały, wzruszyły, być może w jakiś sposób na mnie wpłynęły, ale nie koniecznie w roku 2011 powstały.


Zacznijmy od pierwszej i zawsze dla mnie najważniejszej kategorii – KSIĄŻKA.

Jak zwykle trochę tego było, ale tylko kilka pozycji prawdziwie mnie powaliło. Pierwszym Paździerzem chciałbym wyróżnić Richarda Dawkins’a, za jego wspaniałą książkę „Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji.” To popularnonaukowe dzieło najwyższych lotów, biologia należy do tych dziedzin naukowych, na których kompletnie się nie znam, ale przyznać muszę, że tę książkę czyta się jak najlepszą powieść. Gdyby tak wyglądały podręczniki w liceum, to być może teraz dokonywałbym jakiś ważnych odkryć w tej dziedzinie.

Na uwagę z pewnością zasługuje także „1Q84” Murakamiego, książka o której już wcześniej pisałem. Niestety, tom pierwszy jest porywający, natomiast kolejne nieco nudzą – przyznaję więc półPaździerza.

Jak zwykle przerobiłem całkiem sporą ilość kryminałów, z których najbardziej ruszyła mnie norweska seria autorstwa Jo Nesbø. Świetnie napisane książki, czyta się je z prawdziwym przejęciem, a każda z nich zaskakuje do samego końca. Brutalny, brudny, męski kryminał – takie właśnie lubię najbardziej.

Na literackiego Paździerza zapracował sobie także Tomasz Kołodziejczak, za swój cykl „Dominium Solarne”, ale o tym już wcześniej pisałem. Do ważnych książek minionego roku muszę zaliczyć jeszcze dwie, których głównym bohaterem było państwo, Czechy. Pierwsza z nich to „Pepiki” Mariusza Surosza, w której autor pokazał dwudzieste stulecie poprzez pryzmat wybitnych Czechów. Książka ważna, nie tylko dlatego, że jestem czechofilem. Jej głównym atutem jest to, że pokazuje ona, iż poprzednie stulecie było wyjątkowo tragiczne dla całej Europy Środkowo – Wschodniej. Druga pozycja, to z kolei znakomita „Zróbmy sobie raj” Mariusza Szczygła.

Przejdźmy teraz do kolejnej kategorii Film i Seriale.

W ciągu roku oglądam taką masę filmów, że powoli zaczynam być coraz bardziej obojętny i coraz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć. Wśród tej całej masy znalazło się kilka całkiem interesujących obrazów. Już sam początek roku zaowocował świetnymi filmami, które walczyły o statuetkę Oscara (o nich jednak już pisałem).

Z pewnością na filmowego Paździerza zasłużyli sobie twórcy filmu „Super”. Wśród prawdziwego wysypu filmów o sperbohaterach – zresztą często filmów bardzo marnych, ten to prawdziwa perełka. Film, który pokazuje, że bohaterem może być każdy, że każdy może stanąć do walki ze złem i nie trzeba mieć żadnych supermocy, najważniejsze jest serce. Dodać do tego świetną, jak zresztą zawsze Alen Page i mamy hit.


Z pewnością na uwagę zasługuje szwedzki film „Nieściszalni”- obraz opowiadający o grupie muzycznych terrorystów, którzy wykorzystując przypadkowe przedmioty tworzą muzykę… i są w tym naprawdę świetni, zresztą posłuchajcie sami:


Nie mogę pominąć ostatniego Allena, którego recenzję odkładam już od dłuższego czasu. Krytycy piali z zachwytu, ja jednak, aż tak entuzjastycznie „O północy w Paryżu” nie przyjąłem. Chyba rzeczy, której mi tutaj najbardziej zabrakło, to oryginalność, przecież to klasyczny Allen i to na dodatek bez Allen, zamiast którego mamy usilnie go naśladującego (aż do przesady) Owena Wilsona, który pomimo ogromnej pracy jaką w to włożył Allenem nie jest. Ale poza tym film bardzo dobry. Pomysł jednak fajny, bohater filmu przenosi się do idealizowanych przez siebie lat 20 – tych. Sam zacząłem zastanawiać się, do jakiej epoki to ja bym chciał się przenieść, ale żadnej takiej, nie znalazłem. Jak dłużej o tym pomyśleć, to nie ma takiego czasu, w którym żyłoby się idealnie, więc chyba lepiej jest pozostać przy tym, co się już zna.

Przyznając Paździerze, nie mogę pominąć wspaniałego dokumentu „Wyjście przez sklep z pamiątkami” opowiadającego o streetarcie – film, który dał mi sporą dawkę pozytywnej energii, ale nie chcę się teraz o tym rozpisywać, bo mam w planach dłuższy wpis na ten temat.


Wspomnę jeszcze tylko o dwóch serialach, które zasłużyły sobie przynajmniej na półPaździerza – pierwszy z nich to „Gra o tron”, świetnie zrealizowana ekranizacja klasycznej już serii fantasy. Oglądając kolejne odcinki, aż ściskało mnie z żalu, że Amerykanie nie sięgnęli po naszego Wiedźmina, który pod każdym niemal względem przebija powieść Martina. Drugim serialem jest „Rodzina Borgiów”, serial który na uwagę zasługuje chociażby za ogromny przepych z jakim został zrealizowany. Udowadnia on też, że wystarczy sięgnąć do naszej przeszłości, bez żadnych elfów, goblinów, czarownic i innych potworów, by stworzyć porywającą opowieść.

Przejdźmy teraz do tej dziedziny sztuki, która najmocniej na mnie wpływa, dotykając głęboko mojej duszy, sięgając do umysłu – do muzyki.

W 2011 roku ukazało się sporo ciekawych płyt, ale tylko jedną uznałbym za prawdziwe odkrycie, to płyta „Gore” projektu R.U.T.A., płyta, która mnie powaliła, uderzyła we mnie swą olbrzymia energią i zmieniła nieco moje myślenie o muzyce. R.U.T.A., to muzyczny projekt, w którym w nieco uwspółcześnionej wersji przedstawione zostały oryginalne, buntownicze, chłopskie pieśni powstałe pomiędzy XV a XX wiekiem. Ta płytka to coś naprawdę niesamowite, punk grany na tradycyjnych ludowych instrumentach, teksty pełne bólu i siły oraz buntu przeciw istniejącym porządkom.


Muzycznym odkryciem roku można byłoby nazwać zasłuchiwanie się muzyką reggae i ska, dzięki której znacznie łatwiej udało nam się przetrwać paskudne lato (zimne i deszczowe). Bardzo miłą niespodzianka była nowa płyta Primusa „Green Naugahyde” oraz niedawno wydany album „Zadzwońcie po milicję” Big Cyca, zespołu, po którym nie spodziewałem się niczego dobrego. No ale płyta zawiera klasyczne utwory legendarnej wrocławskiej grupy Miki Mousoleum.

Największe muzyczne rozczarowanie, czyli antyPaździerz za 2011, dla Grabaża i Strachów, wydanie płyty z „największymi przebojami” po zaledwie trzech albumach studyjnych to spore przegięcie. Niestety pomysłów zabrakło a jakoś trzeba zarabiać, więc panowie odcinają kupony od tego co do tej pory zrobili.

A na koniec jeszcze podsumowanie bardziej osobiste. Przyznać muszę, że rok 2011 był znacznie lepszy od poprzedniego. Zdarzyła się kilka bardzo pozytywnych rzeczy, z których najważniejszą jest pojawienie się w naszym domu zwierzaków, bez których nie wyobrażam już sobie życia. Potrafią rozpogodzić nawet najbardziej pochmurny dzień, wciąż coś broją, ale robią to z wdziękiem, którego pozazdrościć by im mogła angielska arystokracja. A wszystko dzięki miłości mojej żonki do zwierząt. Dziękuję Ci Basiu!




Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s