Miesiąc: Styczeń 2020

The Hu we Wrocławiu

Wczoraj miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w koncercie rockowego odkrycia roku, 2019, pochodzącego z Mongolii zespołu The Hu. Koncert miał miejsce we wrocławskim klubie Pralnia. Za nim jednak mongolscy rockmani weszli na scenę, jako ich suport wystąpił pochodzący z Teksasu Fire From The Gods. Nie znałem kapeli, ale kiedy zaczęli grać, to był to bezkompromisowy czad. Świetna energia i charyzmatyczny wokalista AJ Channer, który potrafi nie tylko porządnie się wydrzeć, ale także całkiem dobrze śpiewać.

Kiedy Fire From The Gods zeszli ze sceny musieliśmy dosyć długo czekać na The Hu. Gdy jednak zaczęli grać, można było im to wybaczyć. Chłopaki są naprawdę niesamowici. Na żywo tak samo dobrzy jak na nagraniach. Ta muzyka posiada ogromną moc. Daje siłę, która wraz z rytmem ogarnia całe ciało. Połączenie rocka z tradycyjnymi mongolskimi instrumentami oraz gardłowym zaśpiewem, potrafi naprawdę nieźle spustoszyć. Niesamowite jak chłopakom rozwinęła się kariera. Najpierw dwa bardzo dobre klipy na wrzucone youtube, później kilka festiwali a teraz światowa trasa koncertowa. Wszystko to jednak jak najbardziej zasłużenie. To wspaniała muzyka i nieznane nam, ale bardzo odświeżające podejście do muzyki rockowej. To była ogromna przyjemność poczuć tę muzyczną energię.

Krótko o… książkach cz. 20

Craig Russell, Czynnik diabła

Czynnik Diabła to czarny kryminał retro, którego akcja toczy się w międzywojennej Czechosłowacji. Bohaterem powieści jest młody psychiatra Viktor Kosárek. Podejmuje on pracę w starym zamczysku, które jest jednocześnie miejscem odizolowania sześciu psychopatycznych morderców. Craig Russell stworzył fascynującą opowieść, której fabuła krąży wokół dociekań na temat natury prawdziwego zła. Zła, za którym nie stoi żadna nadprzyrodzona istota, tylko tkwi schowane w każdym z nas, czekając tylko na jakiś czynnik, które je aktywuje. Książka świetnie napisana, a jej zaletą jest także samo tło opowieści. Myślę, że nie bez przyczyny autor wybrał ten czas dla swojej książki, czyli krótką chwilę, za nim totalne zło opanowało Europę.

Robert Harris, Monachium

A o tym, jak doszło do przehandlowania Czechosłowację za cenę odsunięcia wojny, jak się zresztą okazało jedynie na dziesięć miesięcy, można przeczytać w książce Monachium Roberta Harrisa. Autor bardzo dobrze pokazał na czym polega polityka i dyplomacja. Sojusze są tylko tymczasowe, a liczy się doraźny, chwilowy interes poszczególnych krajów. Jedyną rzeczą, która mnie mocno tu raziła, to pokazanie Nevilla Chamberlaina, jako niezwykłego męża stanu, chociaż tak naprawdę jego działania nie były niczym innym jak haniebną kapitulacją wobec żądań prymitywnego szantażysty jakim był Hitler. Do czego to doprowadziło, dobrze wiemy.

Okładki płyt w 2019 r. cz. 2

Wśród okładek płyt zdarzają się czasem takie, które można opisać po prostu jako „dziwne”. Zwłaszcza w muzyce metalowej jest kilka takich wątków, które często się przewijają, a są totalnie kiczowate.  Poniżej kilka okładek z zeszłego roku, które przynajmniej  dla mnie są „dziwne”

Okładki płyt w 2019 r.

Chociaż niezwykle rzadko zdarza mi się mieć w ręku płytę i słuchając muzyki korzystam przede wszystkim ze streamingu, to wciąż jeszcze okładki albumów mają dla mnie znaczenie. Nie tylko zachęcają lub odrzucają do tego by posłuchać muzyki, po prostu lubię zagłębić się w światy na nich wykreowane. Oto kilka takich, które w zeszłym roku szczególnie mi się spodobały:

Červenohorské sedlo – Keprnik – Šerák i z powrotem

Dwa dni przed nowym rokiem wybraliśmy się w góry na Červenohorské sedlo by stamtąd ruszyć na Keprnik i Šerák. Pierwsze zaskoczenie to śnieg. Owszem spodziewałem się kilku centymetrów, ale tu było pół metra. Wystarczyło tylko zrobić niewielki krok od wydeptanej ścieżki, aby zapaść się po kolana. Dobrze, że przed wyjazdem zaopatrzyliśmy się w stuptupy, które doskonale sprawdziły się w tych warunkach. Kolejne zaskoczenie, to mgła. Już drugi raz idąc na Kpernik robiliśmy to przy słabej widoczności. W połączeniu ze śniegiem pokrywającym drzewa, dawało to dosyć męczący efekt dla oczu. Przede wszystkim zdjęcia, nie były takie jakby mogły być. Ale wyprawa i tak się udała. Przede wszystkim przyniosła nam sporo satysfakcji, no i w końcu można było się trochę poruszać po świątecznym obżarstwie.

Wschód Słońca nad Odrą

A dzisiaj, tak jak sobie to wcześniej zaplanowałem, wybrałem się nad Odrę. I znów lekki mróz (-4°C), sprzyjał wędrówce, spajając w swoim stalowym uścisku ziemię i błoto. Trafiłem niesamowicie, bo kiedy pojawiłem się na wale, akurat zza drzew zaczęło wyłaniać się Słońce. Niezwykle rzadko mam okazję podziwiać ten niezwykły spektakl. O tej porze roku zazwyczaj jestem w pracy lub do niej jadę, a o innych jeszcze śpię. Z tym większą przyjemnością smakowałem każdą chwilę wyłaniania się słonecznej tarczy. Taniec światła i kolorów. I nawet mróz mi w tym nie przeszkadzał. O tej porze roku jest tu mnóstwo ptactwa. Powitał nas myszołów, który zerwał się z jednego z rosnących na wale drzew. Wcześniej na polu widziałem biegnące cztery sarny, które musieliśmy spłoszyć naszym nagłym pojawieniem się. Były też całe stada kaczek pływające po rzece, a co jakiś czas nad nami przelatywało kilka kormoranów. Raz pojawiła się czapla, a na wodzie leniwie unosiła się para łabędzi. I pomyśleć, że moje wrodzone lenistwo, mogłoby mnie pozbawić tej niesamowitej przygody.

Poranek w lesie

Korzystając z bonusowego dnia wolnego i tego, że w końcu nie pada, wybrałem się dziś rano do lasu. Chciałem pojechać równo ze wschodem słońca, ale zanim udało mi się zeskrobać lód z szyb, słońce już wstało. Ale i tak warunki były niezłe. To był świetny pomysł, aby z samego rana wybrać się do lasu. I nie tylko ja tak sądzę, psinka była bardzo zadowolona z tego długiego spaceru. Jej drobne ciałko wręcz krzyczało: Nareszcie! Przy okazji zrobiłem kilka zdjęć. Nic rewelacyjnego, ale najważniejsze jest to, że w końcu ruszyłem się z domu Cisza spokój, świeże powietrze, nieco wysiłku fizycznego oraz trochę dźwięków i zapachów lasu. Czysta, niemal metafizyczna przyjemność.