Miesiąc: Marzec 2014

Makiaweliczny Spacey

Francis Underwood, główny bohater serialu „House of Cards”, genialnie zagrany przez Kevina Spacey”ego, to postać fascynująca, wręcz hipnotyzująca widza i do szpiku kości zła. Underwood, wraz ze wspierającą go żoną (Robin Wright) jest współczesnym spełnieniem idei Machiavellego. Ma jasny cel, którym jest władza i zrobi wszystko, aby go osiągnąć. W filmie jesteśmy świadkami politycznej wojny rozgrywanej przez głównego bohatera, momentami jednak, kiedy Spacey zwraca się bezpośrednio do nas, komentując zza czyiś pleców swoje postępowanie, ze świadka stajemy się jego powiernikami i wówczas już należymy do niego. Przez większość czasu trzymałem kciuki, chcąc aby Underwoodowi się udało, stając się jego cichym wspólnikiem. I nie zrażało mnie, że powoli odkrywane są kolejne fragmenty, jego mrocznej natury. Spacey wykreował „bestię” doskonałą. Drugi sezon „Hause of Cards” to prawdziwy serialowy majstersztyk, jaka szkoda, że to zaledwie 13 odcinków.



Zimo, nie wracaj!



W czwartek o godzinie 17:57 skończyła się zima. To była chyba najlepsza zima, jaką do tej pory przeżyłem. Niemal bezmroźna. Żadnych problemów z odśnieżaniem., a jakie oszczędności w wydatkach na ogrzewanie. No i jeszcze jedna sprawa, to że nie było mrozu i śniegu to tylko połowa szczęścia, najważniejsze, że przez ostatnie cztery miesiące było dość pogodnie. Rzadko o tej porze roku zdarza się aż taka ilość słonecznych dni. I jakoś w ogóle nie czuję żalu, że w tym roku nie było śniegu. Kiedyś już go widziałem, mam też sporo zdjęć, na których śnieg występuję, więc jeśli zatęsknię, zawsze mogę sobie popatrzeć.

Pomimo uroków tegorocznej zimy, żegnam się z nią bez żalu. Cieszę się na każdy ciepły dzień. Uwielbiam wiosenne ptasie wariactwo, zapachy i eksplozję zieleni. To pora roku, podczas której budzą się we mnie nowe siły. Już nie mogę doczekać się, kiedy ponownie to w sobie poczuję, gdy wyzwoli się we mnie nowa, twórcza moc. Więc krzyknę jeszcze tylko:

Żegnaj zimo i nie musisz wracać, z pewnością jest wiele przyjemniejszych  miejsc, więc tam sobie pozostań!



Heroiczni Grecy

W mijającym tygodniu zwabiłem żonkę do kina na film „300: Początek imperium”. Kontynuacje mają to do siebie, że zazwyczaj są niewypałem, ledwie cieniem pierwowzoru. Muszę przyznać, że druga część „300” zrobiła na mnie spore i to pozytywne wrażenie. To przede wszystkim, kawał świetnej rozrywki. Nie wiem, dlaczego, aż tak mnie to bierze, ale po wyjściu z kina czułem, że mógłbym dokonywać heroicznych czynów. Oczywiście oglądając ten film, trzeba pamiętać, że nie ma on nic wspólnego z prawdą historyczną. To tylko taka bajka, bardzo lużno oparta na prawdziwych wydarzeniach. Momentami zresztą wręcz groteskowa, zwłaszcza kiedy pojawia się pseudopatriotyczny patos. Wspaniałe są teksty o wolności i demokracji, prawdziwy demagogiczny majstersztyk, bardziej śmieszą niż denerwują. To chyba najgłupsze przemowy, mające zagrzewać do walki, jakie do tej pory pojawiły się w kinie. No i do tego ci dobrzy i szlachetni, chociaż tak nieliczni stawiają czoła z pozoru silniejszym, choć przepełnionym złem wrogom. Krew rozbryzgująca się po ekranie i wspaniała muzyka, a do tego wspaniała komiksowo – komputerowa konwencja, niezwykle mocno wpływają na wyobraźnię. A końcowe „War Pigs” Black Sabbath w odświeżonej wersji od kilku dni nie potrafi opuścić mojej głowy, czego zresztą wcale nie chcę. No i dodać muszę, że w tym filmie przysłowiowe „cojones” mają nawet kobiety, momentami chyba nawet większe niż faceci.

Jak wyczytałem w necie, komercyjny sukces filmu sprawił, że już zapowiedziana została kontynuacja. Tym razem twórcy filmu mają zamiar skupić się na postaci Kserksesa. Mam nadzieję, że jeśli faktycznie powstanie kolejna odsłona „300”, zaskoczy mnie ona tak jak „Początek imperium”.

Cóż, okazuje się, że czasami potrzebuję właśnie takiej prostej, męskiej rozrywki.



Dusza artysty

Czasami rodzi się w nas potrzeba tworzenia. Jakaś moc, która sprawia, że za wszelką cenę chcemy siebie wyrazić. Pozostawić jakiś wyraźny ślad naszego istnienia. Pragniemy wygłosić nasz sprzeciw wobec otaczającej nas rzeczywistości, albo też zachwyt nad światem. Chcemy wynieść poza naszą duszę, wściekłość, żal, smutek, dumę, radość. Dlatego też piszemy, gramy, malujemy. Działalność artystyczna może przybierać przeróżne formy, ma być po prostu nasza, to co tworzę jest przecież częścią mnie, moje dzieło, to właśnie ja. Ale jeśli tak, to nie wiem, co sądzić o tych, którzy są autorami licznych bohomazów na murach kamienic, filarach mostów, czy wagonach kolejowych. Widząc te ohydne bazgroły czuje tylko odrazę wobec ich autorów. Ostatnio jednak grupa prymitywów, mażących po ścianach wzbiła się na wyżyny debilstwa, niszcząc niezwykły mural, który od 4 lat zdobił mur przy warszawskim PKiN. Wspaniała wizja, ukazująca Chopina grającego na uciekających mu klawiszach fortepianu, została zamazana zielonymi bazgrołami. Warszawa nie należy do najpiękniejszych miast Europy, ale w ostatnich latach, dzięki coraz liczniejszym muralom, zaczęła być ciekawa. Niestety, są jednak tacy, którzy uwielbiają żyć w syfie i kiedy im ktoś go niszczy, muszą ten syf sami stworzyć. Cóż, autorom tego happeningu mogę tylko pogratulować głębokiego życia wewnętrznego i niezwykłej wrażliwości, o umiejętnościach i talencie nie wspominając.