Miesiąc: Luty 2014

Muzyczne poszukiwania

Był taki czas, kiedy to muzyka była dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy. Dziś już nie mam na jej punkcie takiego świra, moje życie wypełnia prócz niej wiele innych rzeczy, a kilka z nich ma dla mnie znacznie większe znaczenie. Wciąż jednak szukam rzeczy, które mogą mnie poruszyć. Wciąż, muzyka pozostaje tą dziedziną sztuki, która działa na mnie najmocniej. Kiedy więc znajdę odrobinę wolnego czasu przeczesuję portale muzyczne w celu odnalezienia czegoś świeżego. I na szczęście zdarzają się wspaniałe niespodzianki. Największym odkryciem w ostatnim czasie był zespół Van Canto. To niemiecka kapela grająca tzw. power metal, czyli jest szybko, dość mocno i z patosem. Niezwykłość tego zespołu polega na tym, że poza perkusją nie używają żadnych instrumentów. Wszystkie dźwięki, jakie odnaleźć można na ich płytach, tworzą „paszczowo”, czyli za pomocą własnych głosów. Brzmi to niesamowicie. Odkrycia dokonałem zupełnie przypadkowo. Po prostu rzuciła mi się w oczy okładka ich ostatniej płyty. Wydała mi się tak idiotyczna, że zapragnąłem posłuchać ludzi, którzy w ten sposób chcą zdobyć słuchaczy. To co usłyszałem powaliło mnie. To w większości utwory dobrze mi znane, ale zostały tak zaaranżowane, że wcisnęło mnie w fotel. Przesłuchałem wszystkie dotychczasowe płyty zespołu i jestem pod ogromnym wrażeniem. Wspaniałe uczucie, kiedy niespodziewanie odkrywa się coś nowego i do tego wybitnego.

 


Drugim odkryciem, jest węgierska kapela Superbutt. To także przedstawiciele mocniejszej muzy, tym razem jednak instrumentarium jest jak najbardziej tradycyjne, czyli perkusja, dwie gitary, bas i wokal. To przede wszystkim wokal mnie tak bardzo zaintrygował. Wyrazisty, mocny, bezkompromisowy. I chociaż zespół śpiewa po angielsku, to kiedy pojawiają się madziarskie wstawki robi się cudownie.

„Ameryka” na Śląsku

Piękna, właściwie wiosenna pogoda sprzyja wycieczka. I kolejny raz przyszło mi się przekonać o tym jak słabo znam najbliższą okolicę. Tym razem, celem naszej eksploracji była dolina Osobłogi. Pojechaliśmy do Pisarzowic, w pobliżu których znajduje się bardzo ciekawy budynek. A właściwie jego ruiny. To pozostałość po XIX wiecznym młynie parowym, wybudowanym według technologii pochodzącej ze Stanów Zjednoczonych, dlatego nazywany „Amerikon”. Po wojnie przejęty przez państwo, służył jako magazyn broni, a w latach 60 – tych, władze urządziły w nim punkt odbioru podatku w naturze. Przez pewien czas, jeden z budynków wynajmowany był przez fabrykę butów z Otmętu. Z czasem opuszczone, zaczęły szybko niszczeć, zamieniając się w całkiem malowniczą ruinę.

Dziś, nie wiedząc, czym budynek był w przeszłości, można by pomyśleć, że są to ruiny wielkiego pałacu. Liczne drzewa rosnące wokół, potęgują tylko to wrażenie, przypominając przypałacowe parki.. Warto przejść się po okolicy, albo przynajmniej posiedzieć nad rzeką, zwłaszcza w taki wspaniały dzień jak dzisiejszy.



 

 

 

 

 

Wiosna już jest

Dziś już nie jest tak wiosennie jak w ciągu poprzednich dwóch dni. Słońce ukryło się za grubymi, szarymi chmurami. Ja jednak wiem, że wiosna już nadeszła, a oto kilka dowodów:

 

 

 

 

 

 

 


Zew lasu

Od kilku dni czułem ogromną chęć by udać się na dłuższą wędrówkę po lesie. Kiedy dziś wstałem, piękny słoneczny poranek wzmocnił tylko to uczucie. Nie było wyjścia, musiałem mu się poddać. Zaraz po śniadaniu spakowałem więc aparat, wziąłem psinę i ruszyłem do lasu. Było wspaniale! Poranne rześkie powietrze, ciepłe promienie słońca i błękitne niebo. Kidy tylko minąłem pierwsze drzewa, przywitał mnie stukot kilku dzięciołów, zupełnie jakby ptaki te były werblistami, chcącymi w ten sposób przywitać mnie,  jednocześnie obwieszczając moje przybycie. Las rozbrzmiewał także radosnym śpiewem dziesiątków ptaków. A do tego jeszcze ten niesamowity zapach. Przez dłuższą chwilę byłem jakby odurzony. Wypełniła mnie ogromna radość. Poczułem siłę, o której już zapomniałem.



dobosze

 

 

Wawrzynek Wilczełyko – niezwykle niebezpieczna i rzadka piękność, którą bezwzględnie należy chronić

Straszne jest jednak to, że jak każdej roślinie chronionej prawem zagrażają jej studenci kierunków biologicznych, którzy muszą je wykopywać by tworzyć zielniki potrzebne im na zajęcia. I dlatego nie zdradzę, gdzie znalazłem ową roślinkę.

 

Dzikość serca

Wśród zdjęć nagrodzonych podczas tegorocznej edycji konkursu World Press Photo, jedno w szczególny sposób mnie poruszyło. Przedstawia parę wilków przemierzających śnieżne pustkowie. Moja fascynacja tym zdjęciem wynika chyba z zazdrości, jaka poczułem widząc nieograniczona wolność tych wspaniałych zwierząt. Przez tysiąclecia tępione przez ludzi mają jeszcze kilka enklaw, w których mogą żyć w zgodzie ze swoim instynktem, dzikie i zupełnie nieskrępowane.

Tak bardzo brakuje mi tej wolności w naszym świecie, w którym zależni jesteśmy od setek zobowiązań, często bezwolni, ale także bardzo zagubieni. Większość z nas żyje w niezgodzie z sobą samym, z własnymi pragnieniami, wbrew własnej duszy. Jak bardzo bym chciał wyzwolić dzikość z mojego serca, poddać się, jej nie zastanawiając się nad ewentualnymi konsekwencjami.






Polska brzydota

 Jeżdżąc po Polsce możemy podziwiać zapierające dech w piersiach miejsca: Puszcza Białowieska, Beskidy, Sudety, wspaniałe zamki i pałace Dolnego Śląska, starówki Wrocławia, Krakowa czy Zamościa. Niestety poza nimi są także miejsca wstrętne, odrzucające swoją brzydotą. Tak niestety wygląda większość polskich miast. I nie jest to brzydota powstała na skutek wojny, czy blisko półwiecza komunizmu. Brzydota współczesnej Polski zaczęła powstawać po 1989 roku, narastając na miejski organizm, który niedawno odzyskał wolność. Życie w estetycznym miejscu nie należy do priorytetów Polaków, którzy muszą zmagać się ze skutkami transformacji ustrojowej. Chcąc odciąć się od szarzyzny poprzedniej epoki, malują swoje siedziby w tzw. kolory pastelowe, czyli głównie odcienie różu, fiolet i żółci. A, żebyśmy mogli poczuć się pełnoprawnymi Europejczykami, niemal każda nadająca się do tego powierzchnia, „ozdobiona” została bilbordami, z których przemawia do nas cały luksus tego świata. Powstaje coraz więcej paskudnych budynków, którego autorzy (inwestorzy) wykazują się wyjątkową wręcz brakiem poczucia estetyki. Dobrze jeśli są po prostu nieciekawe, niestety każde miasto poszczycić się może jakąś architektoniczną maszkarą. Niestety, nasz kraj przypomina ogródek wypełniony krasnalami. Za analizę polskiej brzydoty, zabrał się w swojej najnowszej książce „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni”, Filip Springer. Przedstawił on w niej nie tylko to, co w naszej przestrzeni jest najgorsze, podjął także próbę wyjaśnienia, dlaczego tak się dzieje. Otaczająca nas przestrzeń jest okropna, dlatego, że większość z nas nie uważa za ważne. aby żyć w miejscu ładnym. Zresztą, przecież większość z nas nawet nie wie, na czym polega ład przestrzenny, nie posiada nawet odrobiny poczucia estetyki. Liczy się efekt, ważne jest to, że kiedy inni zobaczą naszą wannę z kolumnadą opadną im szczeny. 

 

 


Dzień Świstaka

Świszcz Phil mieszkający w Punxsutawney w Pensylwanii wyszedł dzisiaj ze swojej norki rozejrzał się i ujrzał swój cień. Zgromadzeni wokół jego siedliska mieszkańcy miasteczka wraz z tłumem turystów zamarli przestraszeni. Dla nich to, co zobaczył zwierzak, oznacza jedno, zima, która w tym roku dała im się wyjątkowo we znaki, potrwa jeszcze sześć tygodni. O zgrozo! Ale może, podobnie jak przed rokiem, Phil się pomylił. No bo skąd biedny gryzoń, obserwowany przez tysiące ludzkich oczu, może wiedzieć, że to co widzi jest akurat jego cieniem? A może to był cień masztu, na którym powiewa Gwiaździsty Sztandar? Albo mignął mu ogromny, kudłaty mikrofon, filadelfijskiej telewizji? Równie dobrze mogły go wystraszyć cylindry, tych dziwacznych ludzi, którzy postanowili przerwać mu słodką, zimową drzemkę.

Nie wiem, jak tam teraz jest w tej Pensylwanii. Faktycznie obecna zima przynajmniej w Ameryce przebiega wyjątkowo ostro. U nas na szczęście po tygodniu ustąpiła. Mamy właśnie odwilż i niech tak już zostanie, należy nam się jakaś rekompensata za zeszły rok.