Miesiąc: Kwiecień 2013

Wiosna, ejże ty !

Nareszcie jest zielono, a zieleń w tym roku, wydaje się być bardziej intensywna.  Nareszcie zewsząd dobiega ptasi śpiew, szczególnie głośny podczas porannych i wieczornych spacerów. Nareszcie zdarzają się chwilę, kiedy to zapach kwiatów i świeżej trawy, wzmocniony przez promienie słońca, po prostu obezwładnia. Po tak długiej zimie wszystko wydaje się być intensywniejsze, mocniejsze, wspanialsze.

Zwykle o tej porze roku następuje we mnie wybuch energii. Niestety, z jakiegoś trudnego do wyjaśnienia powodu, nic takiego nie nastąpiło. Mam wrażenie, że ostatnio zrobiłem się bardziej melancholiczny. Zamiast ognia, rozpierającej mnie siły, gdzieś wewnątrz mnie zagościł smutek. Może po prostu, wiosenny przypływ mocy jest w tym roku opóźniony jak i sama wiosna.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niedzielny spacer. Łabędzie na żerowisku

Nareszcie prawdziwie wiosenny spacer. Słonecznie, ciepło, ptasi śpiew i soczyście zielona trawa. Nie tylko ja cieszę się wiosną, radość odczuwają także zwierzęta. Zazwyczaj podczas moich wędrówek, udaje mi się zaobserwować pasące się sarny, czasem jakiegoś zająca. Dziś, ku mojemu zaskoczeniu miałem okazję spotkać żerujące łabędzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



P183 – Street Art po rosyjsku

 

P183, czyli niedawno zmarły, rosyjski artysta Paweł Puchow lub Paweł Andropow (w świecie street artu, tajemnica dotycząca tożsamości jest tak samo ważna jak dzieło), wielokrotnie pokazała jak niezwykła jest siła sztuki ulicy. Zazwyczaj ulotna, ale jak rozgrzany pręt, wypala piętno w umyśle, zmuszając do zastanowienia się nad tym, co właśnie się widziało. Sztuka, która z pozoru jest prosta, symboliczna, zmusza obserwatora do zastanowienia się, aż z upływem czasu zaczynają rysować się kolejne warstwy, nowe znaczenia. I za to właśnie uwielbiam tę formę wyrazu.



Gwiazda, która nigdy nie rozbłysła

Aby osiągnąć sukces nie wystarczy sam talent, potrzeba jeszcze mieć ogromne szczęście. Właśnie taka refleksja nasuwa się po obejrzeniu oscarowego dokumentu, „Sugar Man”. To opowieść o fenomenie popularności w RPA, amerykańskiego muzyka z początku lat 70 – tych, Sixto Rodrigueza, który poza tym krajem, był kompletnie nieznany. Sam zresztą nie zdawał sobie sprawy z ogromnej popularności, jaką cieszył się w Południowej Afryce. Film jest naprawdę świetnie zrobiony. Historia Rodrigueza i jego muzyki, stała się pretekstem do przypomnienia niechlubnej historii RPA, kraju autorytarnego, w którym muzyka była jednym ze sposobów sprzeciwu wobec reżimu, a Rodriguez był jej ikoną, popularniejszy tam niż Beatlesi, Elvis, czy Stonesi. Od kilku dni wsłuchuję się w piosenki Sixto Rodrigueza i wciąż nie mogę uwierzyć w to, że nie zrobił kariery. Niezła, łatwo wpadająca w ucho muzyka i świetne teksty. Często można usłyszeć opinię, że był lepszy od Boba Dylana, ale z tym nie mogę się zgodzić. W filmie uderza skromność muzyka, który musiał porzucić marzenia o sukcesie i mieszkając w Detroit, jednym z najbardziej dołujących amerykańskich miast, ułożył sobie zwyczajne życie, jako robotnik budowlany.

Zastanawia mnie ilu takich Rodriguezów, genialnych muzyków, przepadło w machinie przemysłu muzycznego, która podatna na chwilowe mody, mieli wciąż kolejne talenty, patrząc jedynie na zyski.



 

Niesamowity pechowiec

Codziennie dojeżdżając do pracy i z niej wracając, spędzam około godziny w samochodzie. Codziennie mijam te same domy, dziury w drodze i przydrożne drzewa. Nuda. Na szczęście są jeszcze audiobooki, dzięki czemu podróż samochodem przestaje być aż tak bezproduktywna. Puszczam sobie jakąś nieskomplikowaną lekturę, Forsyth, Ludlum, Le Carre, albo też szwedzki kryminał i od razu podróż staje się przyjemniejsza. Niekiedy wśród odsłuchiwanych książek zdarzy się prawdziwa perełka. Właśnie niedawno miałem okazję wysłuchać powieść „Callisto” autorstwa Australijczyka Torstena Krola. „Callisto” to bardzo ostra i zgryźliwa satyna na Amerykę. Ostrze swojego pióra, Krol skierował w amerykańską prowincję, próbując uchwycić mentalność, zwyczajnych mieszkańców „największego imperium” we współczesnym świecie. Główny bohater, Odell Deefus, totalny pechowiec, swym lotnym umysłem przypomina nieco Forasta Gumpa, jednak w przeciwieństwie do niego, za co by się Odell nie wziął, prowadzi go to, do katastrofy. Ale przecież bardzo często to właśnie tacy jak on, zaciągają się do armii i wyruszają z misją zaszczepiania demokracji ciemnym ludom. Zresztą, książka zaczyna się od tego, że główny bohater, ma taki właśnie zamiar, więcej jednak fabuły nie będę zdradzał.

Myślę, że książka ta nie spodobałaby mi się aż tak bardzo, gdybym ją osobiście przeczytał, a nie wysłuchał. Ogromną zaletą tego audiobooka był czytający ją Krzysztof Globisz. Dzięki niemu „Callisto” jest jedną z najlepszych książek audio, jakie przyszło mi wysłuchać. Zazwyczaj jest tak, że lektor tylko czyta, pan Globisz jednak poszedł znacznie dalej, starał się wcielić w każdą z odtwarzanych postaci, zmieniał akcent, ton głosu…, wszystko co robił było rewelacyjne. „Calisto” to prawdziwy popis aktorskiego kunsztu, w którym ten wybitny aktor potwierdził, tylko swoje mistrzostwo. Słuchanie tej książki stało się przyjemnością samą w sobie, i ze względu na lektora, wciąż nie mogę odżałować, że już się skończyła.

Dziś drogę do pracy uprzyjemniał mi Le Carre, jednak pomimo tego, że Leszek Teleszyński czyta bardzo dobrze, to jednak nie sprawia mi to już takiej radości jak słuchanie „Callisto”.




Starzy wymiatacze

Coraz trudniej we współczesnej muzyce odnaleźć coś porywającego. Setki młodych kapel, właściwie nie ma nic do przekazania. Nie potrafią wyrazić swoich emocji, tak jakby byli ich kompletnie pozbawieni. Grają muzykę, która jest nieudolną kopią tego co robiono w latach 70 – tych i 80 –tych. Muzyka powinna być powiązana z czasem, w którym powstaje. Każde dzieło tworzone jest na skutek zderzenia emocji twórcy z jego umiejętnościami oraz otaczającą go rzeczywistością. Stąd właśnie wynikają różnice w twórczości w poszczególnych dziesięcioleciach. Od kilku lat Zachód pogrążony jest w głębokim kryzysie, finansowym, ideologicznym, społecznym. Taki stan zazwyczaj wywoływał kolejna muzyczną rewolucję. Co dziwne, tym razem nic takiego się nie wydarzyło. Współczesne „technolódki”, pokolenie centrów handlowych, traktują świat jak wielki hipermarket. Nie zamierzają go kreować, samodzielnie do czegoś dochodzić, oni chcą kupować. Czy to będzie ideologia, czy muzyka, chcą wybierać spośród gotowych towarów, co najwyżej mieszając ze sobą, dopasowywać je jak elementy stroju. Stąd muzyka ostatniego dziesięciolecia jest coraz nudniejsza, brak w niej oryginalności, życia. Słyszymy tylko o kolejnych nurtach naśladowczych typu post – beateles, – punk, czy inny new metal, a ostatnia rewolucja w muzyce miała miejsce na początku lat 90 – tych, był nią grunge. Od tamtej pory jest coraz bardziej jałowo. Do wyboru mamy kolejne sztuczne, plastikowe, twory, kreowane przez wielkie wytwórnie, albo tzw. alternatywę, czyli dziwacznych ludzi, którzy nie posiadają wielkich umiejętności i są w stanie tworzyć jedynie smutne, wtórne dźwięki, nie mając właściwie nic do powiedzenia

Na szczęście są jeszcze starzy wymiatacze, którzy wciąż pokazują młodym, na czym polega tworzenie muzyki. Kilka miesięcy temu zrobił to Dylan, wspaniałą płytą „Tempest”, całkiem niedawno udowodnił to z kolei Nick Cave. Ostatnio zaś podobnie uczynił David Bowie, rewelacyjną „The Next Day”. To podróż przez przeszło 40 lat jego twórczości, wciąż słychać nawiązania, ale nie jest to wędrówka sentymentalna, to nie jest żaden zbiór pod hasłem „the best…”. Brzmieniowo jest jak najbardziej współcześnie, mam wrażenie, jakby Bowie chciał pokazać wszystkim ewentualnym naśladowcą, że z oryginałem nie mają żadnych szans, nikt lepiej nie zagra Bowiego, niż sam Bowie, więc ci, którzy chcieliby od niego zrzynać, niech lepiej poświęcą się poszukiwaniu swojej własnej drogi, stworzeniu indywidualnego stylu.


Słuchając starych mistrzów z wytęsknieniem czekam na kolejną rewolucję w muzyce, na coś co mną wstrząśnie, poruszy, zainteresuje, a jednocześnie stanowić będzie głos czasu.