Miesiąc: Maj 2019

Krótko o… płytach cz. 7 Jazzowe niedziele

W ostatni dzień tygodnia słucham wyłącznie jazzu, odkrywając często rzeczy wręcz niezwykłe. Dziś więc wyłącznie na jazzowo

Joel Ross – KingMaker

Wibrafon nie należy do instrumentów, z którymi mam często styczność. Tym bardziej przyjemnie mi było posłuchać płyty Joela Rossa, młodego, amerykańskiego wirtuoza. Płyta mocno osadzona w jazzie tradycyjnym, kolejne kompozycje są liryczne, pełne ciekawych rozwiązań, naprawdę interesujące. Lekko tylko zahaczają o inne style muzyczne, mocno trzymając się jazzowej ścieżki. KingMaker to nie tylko wspaniały Joel Ross, ale także Immanuel Wilkins (saksofon altowy), Jeremy Corren (fortepian), Benjamin Tiberio (kontrabas), Jeremy Dutton (perkusja) i Gretchen Parlato (wokal, gościnnie), muzycy, bez których ta płyta nie zabrzmiała by tak wspaniale.

Alfa mist – Structuralism

To bardzo ciekawy jazz, grany przez młodych, tym razem europejskich muzyków. Sporo interesujących dźwięków i świetne kompozycje. Muzyka, przy której można odpłynąć. Lekko kołysze, odrywa umysł od ciała i unosi w zupełnie nieznane krainy, otulając niezwykłymi dźwiękami.

Jazz Fest: The New Orleans Jazz & Heritage Festival

Przeszło 5 godzin naprawdę świetnej muzyki, od jazzu tradycyjnego poprzez blues, na nieco współcześniejszych dźwiękach kończąc Wspaniały klimat festiwalu i tylko żal, że nie można być tam na miejscu, aby móc na żywo napawać się tą wspaniałą atmosferą.

Krótko o… serialach cz. 9

Miałem ponarzekać na zamknięcie Gry o tron. Stwierdziłem jednak, że temat jest już za bardzo oklepany i ciężko tu dodać coś odkrywczego. Dla mnie to jedno z najgorszych zakończeń serialu obok finału Dextera oraz Jak poznałem waszą matkę. Chciałem także trochę ponarzekać na sam serial, ale co bym nie wymyślił i tak jest to jeden z najlepszych seriali jakie do tej pory został zrealizowany. Z jednej strony cieszę się, że to już koniec, chociaż nie o taki koniec przecież chodziło. A na pożegnanie z serialem warto posłuchać nieco muzyki:

Krótko o… książkach cz. 14

Cixin Liu, Piorun kulisty

Książka Piorun kulisty jest dowodem na to, że fantastyka to tylko opowieści o smokach, czarodziejach, elfach czy innych nieistniejących stworach, które toczą między sobą nieustanne wojny o panowanie nad światem. Cixin Liu w swoich książkach nawiązuje do najlepszych czasów gatunku, kiedy to poprzez fantastykę popularyzowano naukę, przedstawiając teorie naukowe, a nawet, pozwalano sobie na wymyślanie nowych rozwiązań, których ze względów technicznych nie można stworzyć, a które po kilkudziesięciu latach powoli stają się naszą rzeczywistością. Fantastyka, to także rozważania na temat wpływu zmian technologicznych na człowieka i społeczeństwo. I tak też jest w tej książce, w której główni bohaterowie starają się zgłębić tajemnicę pioruna kulistego, oraz znaleźć dla niego zastosowanie militarne. Znajdziemy tu sporo fizyki, ale przedstawionej w sposób bardzo jasny. Cixin Liu stara się także pokazać niebezpieczeństwo wynikające z wykorzystanie w wojsku nowych technologii. Z pewnością książka ta daleka jest od wspaniałej, epickiej wręcz trylogii Wspomnienie o przeszłości Ziemi, ale i tak warto poświęcić na nią swój czas.

Marek Krajewski, Dziewczyna o czterech palcach

Nie jestem wielkim fanem cyklu powieści o Popielskim. Może wynika to z tego, że nie posiadam lwowskich sentymentów, a i sama postać głównego bohatera wydaje mi się być kopią Mocka. Więc kiedy wrzuciłem do czytnika najnowszą powieść Marka Krajewskiego, zrobiłem to bez większego entuzjazmu. Czułem się nawet lekko zawiedziony, że wrócił on do swojego lwowskiego cyklu. Ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu książka dosłownie mnie wchłonęła. Dwa dni potrzebowałem, żeby przelecieć przez przeszło 400 stron tekstu. Krajewski odszedł nieco od kryminału i stworzył dosyć interesującą powieść szpiegowską. Wyprowadził także swojego bohatera ze Lwowa. Akcja Dziewczyny o czterech palcach toczy się na Polesiu, w Warszawie i Gdańsku. Brak tutaj przeintelektualizowanych teorii filozoficznych, za to mamy szachy, które stały się częścią intrygi. A do tego Popielski zostaje uwikłany w niezwykle ważne wydarzenia historyczne, wspomnę tylko, że część akcji toczy się w grudniu 1922 r., który był dosyć tragiczny dla naszego kraju. I chociaż intryga nie jest jakoś specjalnie skomplikowana, to z ogromną przyjemnością dałem się wciągnąć wyobraźni pana Marka. Nie jest tak krwawo, brudno jak w poprzednich powieściach, ale wciąż jest bardzo ciekawie. Książka w sam raz na deszczowe, wiosenne wieczory, jakich ostatnio mieliśmy sporo. A jesienią Marek Krajewski wyda kolejną część przygód Mocka, więc będę mógł zanurzyć się w moim ukochanym Wrocławiu.

Pomysł na Notre Dame

Francuska pracownia architektoniczna Vincent Callebaut Architectures przedstawiła swoją koncepcję odbudowy dachu katedry Notre Dame w Paryżu. Założenie bardzo mi się podoba, no bo po co odtwarzać, to co stworzyli średniowieczni mistrzowie, skoro nadarzyła się okazja, to może warto dodać coś swojego. Według pomysłu Vincenta Callebauta, dach katedry zostałby przekształcony w elektrownię słoneczną, a przeszklone poddasze zamieniono by w ogród. Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się ten pomysł. Więcej wizualizacji tutaj. Warto także obejrzeć inne pomysły tej pracowni.

A było tak pięknie

Kiedy patrzę za okno, za którym dominującym kolorem jest szarość, a do tego wieje i pada deszcz, to trudno mi uwierzyć, że to połowa maja. Gdzie jest słońce i błękit nieba? A przecież kwiecień był taki piękny! Nie pozostaje nic innego jak sięgnąć do folderu ze zdjęciami sprzed kilku tygodni by zarzucić sobie porządną dawkę wiosennej energii.