Miesiąc: Wrzesień 2014

Nagły powrót lata

Od kilku dni mamy jesień, a tu zupełnie tak nagle, bez ostrzeżenia, lato postanowiło jeszcze na kilka dni do nas zawitać. Zrobiło się słonecznie, ciepło i pogodnie. I niech tak już zostanie. Drzewa wciąż jeszcze zielone. Znów rozśpiewały się ptaki. Niestety, nie wiadomo jak długo to jeszcze potrwa, więc trzeba cieszyć się każdym słonecznym dniem. Brać przykład ze zwierząt i ładować akumulatory. Chłonąć zieleń trawy, błękit nieba, wyłapywać każdy, kolejny promień słońca. Wkrótce niestety pogoda się zmieni i tylko wspomnienie szaleństw w słońcu będą w stanie ogrzać umysł. Nagły powrót lata sprawił, że na dnie serducha powstała niewielka, niemal mikroskopijna kropla nadziei, a może tak już będzie do wiosny?

 

Megi nigdy nie traci okazji do harców:

 

 

 

 

 


Angolskie poczucie humoru

Ostatnio trafił się nam wieczór z angielskimi filmami komediowymi. Wszyscy wiedzą, że Angole mają dość specyficzne poczucie humoru, ale to sprawia, że nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać. I tak też był tym razem. Dzięki dwóm filmom, mogliśmy przeżyć dość niezwykłą przygodę z jednej strony były to podróże w czasie, z drugiej zaś piwna eskapada z inwazją obcych w tle.

„Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania”, trzech wyrzutków (nerdów), którzy przypadkiem odkryli tajemnicę podróży w czasie. Podczas wieczoru spędzonego w pubie odkrywają czasoprzestrzenną anomalię, która mieści się w toalecie, więc za każdym razem, kiedy tam wejdą przechodzą przez szczelinę w czasie lądując w bliższej, bądź dalszej przyszłości. Zresztą, każdy, komu zdarzy się korzystać z publicznie dostępnych toalet z pewnością odnosi wrażenie, jakby odbył podróż na zupełnie inna planetą, więc nie dziwi mnie pomysł scenarzysty, by właśnie tam umieścić bramkę w czasie. I jeszcze jedna rzecz, choć dość dyskusyjna, która w tym filmie mi się spodobała, to koncepcja zabijania twórców zaraz po stworzeniu przez nich najwybitniejszego dzieła i w ten sposób unieśmiertelnianiu ich. „Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania” może nie jest filmem wybitnym, to właściwie parodia gatunku (SF), ale przy tym bardzo dobra i całkiem niegłupia rozrywka.


Drugą angolską komedią tego wieczoru był film „Tu już jest koniec” (The World’s End). Za scenariusz filmu odpowiedzialny był jeden z lepszy brytyjskich komików Simon Pegg, który wciela się także w jedną z głównych ról, szalonego Gary Kinga. Wydawać by się mogło, że będzie to dość prosta i schematyczna opowieść. Gary King, który nigdy nie przestał być nastolatkiem, postanawia zwołać swoich kumpli z liceum, aby dokończyć piwny maraton , który rozpoczęli dwadzieścia lat wcześniej. Nie łatwo będzie ściągnąć dawnych przyjaciół, którzy dojrzeli, pozakładali garnitury i własne rodziny i w zupełnie inny sposób patrzą na życie niż przez dwiema dekadami. W końcu jednak prośbą, groźbą i podstępem, uda mu się ich zwabić do rodzinnego miasteczka. I cała piątka ruszy na podbój miejscowych pubów, ale i tym razem coś stanie im na przeszkodzie. Miasto i ludzie, których kiedyś znali są jacyś inni, jakby obcy… Nie będę dalej opowiadał filmu, bo naprawdę warto obejrzeć do. Dziełko to, ma też swoje przesłanie, może i naiwne, ale jednak zawsze bardzo aktualne.


Muszę przyznać, że dzięki tym filmom spędziliśmy całkiem przyjemny wieczór. Fajnie oderwać się od dość schematycznej kinematografii rodem z Hollywood. Miło być zaskakiwanym, a do tego była to spora dawka angielskiego poczucia humoru, które mi osobiście bardzo odpowiada.

 

22 wrzesień Dzień…

22 wrzesień to Dzień Bez Samochodu. Coraz trudniej jest nam funkcjonować bez tego, jakże ważnego wynalazku. Oczywiście można korzystać z alternatywy takiej jak na przykład rower, ale niestety, może się okazać, że do pracy jest zbyt daleko, a i pogoda nie zbyt często sprzyja takiej formie transportu, nie mówiąc już o ogromnym ryzyku podejmowanym przez rowerzystów, chcących jeździć po naszych drogach. Także korzystanie z transportu publicznego może nie być zbyt łatwe, coraz częściej jest on likwidowany, nawet tam, gdzie wydaje się nie ma to żadnego uzasadnienia ekonomicznego. I niestety, samochód często pozostaje jedynym środkiem transportu. Ważne jest tylko, żeby nie przesadzać i korzystać z auta wówczas, kiedy jest to niezbędne. Przecież przejście kilkuset metrów do sklepu może być bardzo korzystne dla zdrowia.

Dzisiejszy dzień poświęcony jest jeszcze jednej rzeczy. 22 wrzesień to także Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę Płacy. Myślę, że to akurat przyda się każdemu. Więc uwaga, stajemy przed lustrem i ćwiczymy!!!



Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 6

Kultura, także ta popularna wciąż sięga po wzorce antyczne. Nawiązania do starożytności odnajdziemy w architekturze, literaturze, a także w kinie. Co roku powstaje przynajmniej kilka filmów, których akcja toczy się w czasach starożytnych. Jedne lepsze, większość niestety gorsza. Przykładem takiego właśnie tworu jest film „The legend of Hercules”. Film wygląda, jakby trochę kosztował, ale i tak pełen jest niedoróbek. Raz mamy krajobrazy wygenerowane komputerowo, zaraz potem przenosimy się do prawdziwego lasu, który zresztą niewiele ma wspólnego z Grecją. Chyba, że twórcy filmu mają jakieś nieznane historykom informacje na temat klimatu sprzed 2500 lat. Część aktorów, zwłaszcza statystów jest nieco drewnianych, a niektórzy z nich kompletnie sobie nie radzą w scenach walki. No i do tego prostacka fabuła. Niby wiele się dzieje, ale mnie to kompletnie nie interesowało. Wypiękniony Herkules, jako heros jest nijaki, momentami wręcz słaby, nie ma w sobie nic z mitologicznego pierwowzoru. Półtorej godziny filmu stanowi prawdziwą męczarnię.


„Franklin Delano Roosevelt amerykański skurczybyk”, to chyba najgorszy, najbardziej debilny film, jaki przyszło mi oglądać. Wszystko tam było straszliwe, scenariusz, zdjęcia, montaż, efekty specjalne i aż dziwne, że w filmie tym można odnaleźć wielu znanych aktorów, którzy starają się wczuwać w odgrywane role, przez co, to wszystko staje się jeszcze bardziej groteskowe. Wilkołaki naziści i spisek na życie amerykańskiego prezydenta, który jest dokładnie taki, jak sugeruje tytuł, Franklin Delano Roosevelt to prawdziwy, amerykański skurczybyk. Wciąż trudno mi jest uwierzyć, że ktoś tracił czas i pieniądze na tworzenie czegoś tak odrażającego. Może w ten sposób, ktoś chciał uprać brudną forsę? Mam apel do producentów tego…”dzieła”, jeśli ponownie zdarzy się, że znów nie będziecie mieli co robić z kasą, skontaktujcie się ze mną.


Ostatni film w tej odsłonie, nie należy do tych, które nie po winny powstać. Wręcz przeciwnie, to film, który musiał powstać, tylko niestety, nie w tej formie. „Obrońcy skarbów” to najlepszy przykład na to, jak można zniszczyć temat, z pozoru nie do zniszczenia. Bo taka jest właśnie historia oddziału zapaleńców, próbujących odnaleźć dzieła sztuki, rabowane przez nazistów przez sześć lat wojny. Niestety, to, co powinno być opowieścią jak z filmu o przygodach Indiana Jonesa, stało się nieciekawym, fabularyzowanym dokumentem. I w niczym nie pomogła, naprawdę świetna obsada aktorska. Film, jest po prostu nudny. George Clooney, Matt Damon, Bill Murray, czy John Goodman, grali tak, jakby odtwarzali swoje dawne role, kompletnie nic nowego do tego filmu nie wnosząc. Do tego jeszcze przesadny patos, film przepełniony jest patriotyczną propagandą. Można byłoby wysnuć wniosek, że tylko Amerykanie są w stanie ocalić dziedzictwo kulturowe Europy, bo tylko oni znają jego wartość. Mogło powstać fascynujące sensacyjno  wojenne kino, zamiast tego mamy straszliwie ciągnący się wykład na temat odzyskiwania dóbr kultury rabowanych przez nazistów. Az żal środków, które pochłonął ten film.




Zaprzedałem duszę – Diabolus In Musica

Od dzisiaj zaczyna funkcjonować mój drugi blog zatytułowany „Diabolus In Musica”. W całości poświęcony jest on moim fascynacjom muzycznym. Znajdą się tam opisy zespołów oraz płyt, które wywarły na mnie swoje wyraźne piętno. Muzyka jest tą dziedziną sztuki, która działa na mnie najmocniej, dlatego postanowiłem znaleźć dla niej osobne miejsce. Będą to nie tyle recenzje ważnych dla mnie płyt, co przede wszystkim, jeśli mi się to uda uchwycić, emocje, towarzyszące obcowaniu z nimi. Wobec tego zapraszam do zapoznania się z ważnym fragmentem mojej duszy.

Dzień Bluesa

16 września, w dniu urodzin jednego z największych bluesmanów, BB Kinga (w tym roku już 89), polscy miłośnicy tego gatunku muzyki, obchodzą Polski Dzień Bluesa. W większych miastach można udać się na koncert, a tam, gdzie akurat jest to niemożliwe, zawsze można odpalić którąś z bluesowych rozgłośni jak „Radio Baobab” czy „Polska Stacja Bluesowa”.  Bez Bluesa nie byłoby rocka, soulu i wielu pochodnych, ale i sam gatunek ma wiele do zaoferowania. To muzyka duszy, pozwala wyrazić to, co najbardziej gnębi serce. Uwielbiam zarówno blues korzenny, ten, który powstał w delcie Missisipi, jak i ten współczesny. Coś jest w tych dźwiękach, co bardzo mocno mnie porusza. Więc skoro dzisiaj jest dzień bluesa, zamierzam oddać się słuchaniu tej muzyki.