Miesiąc: Październik 2009

Nowa Villa Diodati

W pobliżu szwajcarskiej miejscowości Cologny, nad samym Jeziorem Genewskim, znajduje się Villa Diodati. Miejsce to odegrało dość szczególną rolę w historii literatury. Z początkiem XIX stulecia przebywał tam lord Byron. Wraz z nim deszczowe lato 1916 roku w Villa Diodati spędzali Mary Shelley, Percy Shelley, John Polidori i kilka innych osób. By rozwiać nudę Byron zaproponował konkurs na najlepszą makabreskę. Rozpoczęły się dyskusje, na tematy fantastyczne, tak jak choćby to, czy elektryczność jest w stanie wskrzesić życie w martwych tkankach. Z samego pobytu w Villa Diodati nie pozostał żaden utwór literacki, ale dysputy, które wówczas miały miejsce musiały być dosyć inspirujące. Dwa lata po tym spotkaniu Mery Shelley publikuje dzieło pod tytułem „Frankenstein, czyli nowy Prometeusz”. W 1819 roku, inny gość Villi, John Polidori pisze opowiadanie „Wampir”, bez którego Stocker nigdy nie napisałby „Drakuli”.

A gdyby dzisiaj odizolować kilka osób by skłonić ich do stworzenia nowych dzieł, które będą inspiracją na kolejnych 200 lat. Na taki pomysł wpadł Chuck Palahniuk pisząc swoją powieść „Opętani”. Mamy tu odseparowane kilkanaście osób, które wciągu trzech miesięcy, mają stworzyć nowe arcydzieła, które odcisną piętno na współczesnej kulturze. Nie są to jednak zawodowi pisarze. Mamy tu przekrój amerykańskiego społeczeństwa, a każdy z bohaterów przeżył jakąś traumę. Każdy wnosi ze sobą jakąś straszliwą historię. Z założenia, to taki „Big Brather” z wyzszym motywem. Tylko jak się okazuje, zamknięci tam ludzie nie koniecznie o wyższych celach myślą. Dla nich liczy się tylko sława, sława, która przyniesie potężne zyski. I właśnie w tym momencie zaczyna się rzeźnia. Nie będę opisywał tego, co działo się w owej Nowej Villi Diodati, bo może ktoś po „Opętanych” zechce sięgnąć, więc nie będę psuł zabawy. Zacytuję tylko jeszcze autora, który tak uzasadnia napisanie tej książki:

Postanowiłem stworzyć nowy rodzaj horroru – opartego na rzeczywistym świecie. Bez nadprzyrodzonych potworów ani magii. To ma być książka, której nie będziecie chcieli trzymać przy łóżku. Książka, która stanie się zapadnią, bramą do najmroczniejszych miejsc. Do takich miejsc, do których tylko wy będziecie mogli wejść – sami – gdy ją otworzycie. Tylko książki mają tę moc.”

Myślę, że mu się to udało. Świat Palahniuka jest naprawdę zdrowo porąbany, tylko kiedy się zastanowić, jest on dziwnie podobny do tego, w którym żyjemy.


 

Bo w mieście jest wojna, wojna polsko – ruska

W końcu miałem okazję obejrzeć „Wojnę polsko – ruską”. Dobrze pamiętam jaką sensację wywołała w 2002 roku książka 18 letniej wówczas Doroty Masłowskiej. Książka była naprawdę świetna i wszelkie nagrody, które zgarnęła młoda autorka, były jak najbardziej zasłużone. Myślę, że Masłowska swoimi późniejszymi dziełami udowodniła wszystkim, że „Wojna…” nie była przypadkiem, że ma dziewczyna wielki talent. Wspomnę tylko jeszcze, że plotka głosi, jakoby miała teraz napisać dramat na zlecenie Muzeum Powstania Warszawskiego.

Wracając jednak do filmu. Muszę przyznać, że trochę się go bałem. Obawa ta wiązała się z tym, że nie potrafiłem sobie wyobrazić ekranizacji książki, której najistotniejszą częścią jest język. Myślałem, że reżyser podobnie jak to zrobił Kubrick z „Mechaniczną pomarańczą” poruszy jedynie temat bezsensownej przemocy, pomijając bogatą resztę. Jak się okazało niepotrzebnie. Xawery Żóławski świetnie wywiązał się z podjętego zadania. „Wojna polsko – ruska” to z pewnością jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat, i jedna z najlepszych ekranizacji powieści jaką przyszło mi obejrzeć. Było w tym filmie coś z teatru telewizji, z drugiej zaś strony można dopatrzeć się w nim podobieństwa do klipu. Reżyserowi udało się zachować wszystko to, co stanowiło o sukcesie książkowego pierwowzoru. Język, którego możemy posłuchać w każdym autobusie, w którym znajdzie się grupa nastolatków. Właściwie jego parodia, luz połączony z wulgaryzmami, w którym znajdziemy pseudo intelektualne wstawki. Kilka niezłych rozwiązań, jak choćby to, w którym pisząca swoją książkę Masłowska dyktuje głównemu bohaterowi, Silnemu co ma mówić. Do tego jeszcze świetna gra Szyca, choć przyznać muszę, że wszyscy aktorzy dobrze poradzili sobie ze swoimi rolami, no może z pominięciem Masłowskiej, która w filmie jest narratorem, ale może właśnie tak jest najlepiej. I jeszcze jeden plus, realizacja. Ciekawe zdjęcia, kilka zaskakujących efektów, wartka akcja i co w polskich filmach stanowi rzadkość, całkiem dobry dźwięk, może to i dziwne, ale słychać dialogi wypowiadane przez aktorów. Kto nie miał okazji zobaczyć „Wojny polsko – ruskiej” w kinie niech sięgnie po DVD, bo naprawdę warto. Myślę, że reżyserowi udało się stworzyć nie tylko obraz współczesnego polskiego nastolatka. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że ten, na pozór wyimaginowany, chory świat istnieje naprawdę. No tak, ale to przecież niemożliwe, żeby rzeczywistość była aż tak surrealistyczna, by świat ludzi był aż tak antyludzki. Więc może nasz świat to tylko zły sen, koszmar, z którego wkrótce się przebudzimy. Wszystko wskazuje jednak na to, że albo to wszystko dzieje się na serio, albo zapadliśmy w śpiączkę.

I na koniec fragment dedykowany mojej żonie – jej ulubienica, Natasza Blokus, dziewczyna naprawdę wymiata 🙂




Muzeum? Nuda!

Ostatnich kilka dni spędziłem w Krakowie. Była to podróż służbowa – wycieczka szkolna z moimi dzieciakami. Z tego typu wyprawami zawsze związane jest zwiedzanie muzeów. Dla mnie było to dość męczące, a co dopiero ma powiedzieć osiemnastolatek, który wychował się na mediach elektronicznych.

NUDA, NUDA i jeszcze raz NUDA!!!

Zakurzone eksponaty w brudnych gablotach. Oderwane fragmenty dawnej rzeczywistości, pozbawione jakiegokolwiek kontekstu. Tu grecka waza, obok fragment rzymskiej rzeźby, a nieco dalej mumia kota. Brakuje jednak opowieści. To tylko leżące zupełnie bez sensu przedmioty. A spróbuj tylko podejść zbyt blisko, zaraz osoba pilnująca danej sali zrobi ci awanturę. Trochę współczuję tym paniom. Wykonują jedno z najnudniejszych zajęć na ziemi. Muszą przez cały dzień sterczeć w sali wystawowej i pilnować zgromadzonych tam dóbr. Chyba bym oszalał. Ciekawe czy istnieje jakaś rotacja sal, bo stać ciągle w jednej, przez kolejnych 20 – 30 lat, byłoby prawdziwą torturą. Czy jedynym celem istnienia muzeów jest przechowywanie starych rzeczy? To po co w ogóle je wystawiać? Można by je załadować do skrzynek, a wówczas wszystko zmieściłoby się w jednym miejscu. Pozostałe budynki, które znajdują się najczęściej w najatrakcyjniejszych częściach miasta można by było sprzedać ze sporym zyskiem. I tylko Muzeum Powstania Warszawskiego odstaje o całe lata świetlne od innych polskich muzeów. Tam każdy przedmiot ma nam coś do powiedzenia. Zaangażowanie przewodników, sprawia, że możemy wczuć się w dramat powstańców. Nic dziwnego, że rezerwacji do tego muzeum trzeba dokonywać na kilka miesięcy do przodu. Pozostałe będą świecić pustkami, czekając, aż jakiś nauczyciel przyprowadzi kolejną znudzoną grupę uczniów, która już po kilku godzinach, nie będzie mogła sobie przypomnieć, co takiego zwiedzała.

A teraz, coś z zupełnie innej beczki…

„Witajcie ponownie. Zapraszamy na nasz program. Dziś dalszy ciąg przeglądu słynnych, historycznych śmierci. Na początek cudowna śmierć Dżingis Chana , zdobywcy Indii. Strzelaj w kalendarz Dżingis.

Masz pecha Dżingis ale miło, że wystąpiłeś. A oto wyniki.

Mamy dotychczasowe wyniki. Na pierwszym miejscu święty Szczepan i jego ukamienowanie. Potem król Ryszard III na polu pod Bosworth. Kapitalna śmierć. Następnie prześliczna Joanna d’Arc, dalej Marat w wannie, a potem w sztuce najlepszy kumpel Charlotty. Dalej Abraham Lincoln ze Stanów Zjednoczonych. Na miejscu szóstym Czingis Chan. I na końcu listy król Edward VII. Ponownie łączymy się z Wolfgangiem. Dziękuję. „

…a teraz

coś

z zupełnie

innej beczki…

Mija już 40 lat od kiedy to w brytyjskiej telewizji BBC ze swoim programem pojawili się panowie Graham Chapman, John Cleese, Eric Idle , Terry Jones, Michael Palin oraz Terry Gilliam, wraz ze swoim autorskim programem pt. „Latający Cyrk Monty Pythona”. To była prawdziwa rewolucja. Dzieło wręcz genialne. I pomimo że owi panowie nie mieli zamiaru poruszać tematów politycznych, doskonale ukazali (wyśmiali) społeczeństwo brytyjskie przełomu lat 60-tych i 70-tych. Od Pythonów dostawał każdy. Wyśmiewali wszelkie świętości i autorytety, obrywało się wojskowym, księżom, nauczycielom, mleczarzom, sprzedawcom w sklepach zoologicznych, królowej. Prześmiewczo podchodzili do dziejów Imperium Brytyjskiego, jak i do historii w ogóle. Ostro krytykowali ówczesne media. O ironio, chociaż byli wrogo nastawieni wobec popkultury, z czasem sami stali się jej ikoną. Po nich rozrywka już nigdy nie wyglądała tak samo. I za to należy się im ogromny szacunek. Za to i za mistrzostwo w posługiwaniu się absurdem. A… i za niezwykłe animacje Terrego Gilliama, któremu jako jedynemu spośród Pythonów, udało się w późniejszym czasie stworzyć coś wielkiego. I trochę żal, że dzisiaj brak godnych następców panów z „Latającego Cyrku”. Aż trudno uwierzyć, 40 lat, a nadal śmieszy. 40 lat i nie ma się dosyć, 40 lat i wciąż inspirują.

„Niektórzy urodzili się normalni, inni stali się normalni z biegiem lat. Od ludzi takich jak państwo czy ja, którym to szajba kompletnie odbiła, zależy czy tym biedakom uda się przezwyciężyć ich stan. Możemy zacząć od drobiazgów takich jak wytrzeszczanie oczu lub popiskiwanie. Potem możemy połowę ciała pomalować na czerwono, a drugą połowę na zielono i zacząć skakać w miednicy pełnej melasy.”






Polecam stronkę poświęconą „Latającemu Cyrkowi”, można tam znaleźć wiele ciekawych informacji na temat grupy, oraz część spośród Pythonowskich skeczów.


Inteligentne science fiction

Science fiction w kinie to nie tylko prosta, bezmyślna rozrywka w stylu „Transformersów”. Science fiction to również, albo nawet przede wszystkim, sposób na zadanie sobie ważnych pytań dotyczących rozwoju naszej cywilizacji. Poprzez science fiction, można również opowiadać o najważniejszych, problemach współczesności, o których w sposób bezpośredni trudno jest nam mówić. Tak było w przeszłości i jak się okazuje, tak jest i dziś. I oby tak było w przyszłości. Dowodem, że można tworzyć ambitne kino science fiction , jest film „Dystrykt 9”. Na ziemię, w pobliże Johannesburga przybywają kosmici. Ludzie wyznaczają im specjalną dzielnicę, która wkrótce zaczyna przypominać slamsy, dokładnie takie, jakie dziś możemy znaleźć w pobliżu wielkich miast Afryki czy Ameryki Łacińskiej. Ludzie nie rozumieją obcych, brzydzą się ich wyglądu, eksperymentują na nich, chcą zdobyć broń, którą tamci dysponują. Najbardziej przerażający w tym filmie jest realizm. Całość została zrealizowana w konwencji paradokumentu. Są wywiady ze świadkami opisywanych wydarzeń, reporterska kamera wkracza do dzielnicy obcych wraz z oddziałami, które mają za zadanie dokonać przesiedlenia obcych. Zdjęcie przypominają te, które znamy z Iraku, czy Afganistanu, kiedy to Amerykańscy żołnierze przeszukują chaty tamtejszej biedoty w poszukiwaniu terrorystów i broni. Realizm jest wręcz porażający. Myślę, że tak właśnie wyglądałoby spotkanie z pozaziemską cywilizacją, gdyby ta okazała swoją słabość. Dokładnie w taki sam sposób traktujemy przedstawicieli własnego gatunku, więc nie mielibyśmy żadnych oporów w stosunku do obcych.


Nagły atak zimy

Wczoraj, nasz piękny kraj został całkowicie zaskoczony przez zimę, która o tej porze roku raczej się nie zdarza. Zaskoczeni zostali drogowcy, energetycy, którym tym razem można wybaczyć brak przygotowania. Jeszcze tydzień temu mieliśmy pogodę jakby to było późne lato, lub wczesna jesień, a tu bez ostrzeżenia, śnieg, wichury, mróz. U nas (Opole), nie jest najgorzej. Głównie pada deszcz, czasem tylko zmienia się w deszcz ze śniegiem. Tylko ten przeraźliwie mroźny wiatr. Kiedy termometry wskazywały jakieś 2 stopnie w plusie, temperatura odczuwalna wynosiła zaledwie minus dziesięć. Wystarczyła chwila spędzona poza domem, by się przeziębić. Kiedy jednak widzę w sieci, co dzieje się w Małopolsce, w górach czy na Wybrzeżu to zaczynam doceniać listopadową aurę za oknem.

Wraz z pogorszeniem się pogody, nastąpiło pogorszenie nastroju. Mam totalny zjazd samopoczucia. Czuję się całkowicie pozbawiony sił. Kompletnie nic mi się nie chce, na niczym nie potrafię się skupić. Nie wróży to zbyt dobrze na najbliższe miesiące. Niewielką nadzieję rodzą tylko prognozy, które informują, że już w przyszłym tygodniu ma nastąpić ocieplenie i powrót „złotej jesieni”. Oby tylko się sprawdziły.


Nobel alternatywny.

W ostatnich dniach fascynowaliśmy się kolejnymi Nagrodami Nobla. Niektóre nic nam nie mówiły, inne, jak pokojowa przyznana obecnemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych (zupełnie za nic), wzbudziły sporo kontrowersji. Niestety, znacznie mniejszym zainteresowaniem cieszyły się tak zwane „alternatywne Noble” czyli Right Livelihood Award, nagroda ufundowana po raz pierwszy w 1980 roku, przez szwedzkiego pisarza Jakoba von Uexküll. Nagroda przyznawana co roku czterem osobom lub instytucjom „pracującym nad praktycznymi i godnymi naśladowania rozwiązaniami najbardziej pilnych wyzwań, przed którymi staje dzisiaj świat”. W tym roku otrzymali ją Kongijczyk Rene Ngongo za kilkunastoletnią walkę przeciwko dewastacji lasów tropikalnych i budowanie politycznego poparcia dla ich zachowania i prawidłowego wykorzystania. Nowozelandka Alyn Were za działalność przeciwko rozprzestrzenianiu broni jądrowej i za starania o zawarcie globalnej konwencji antyatomowej. Pracującą w Etiopii od 50 lat Australijkę Katherine Halin będącą lekarzem położnikiem, nagrodzono za wysiłki mające poprawić w Afryce warunki sanitarne dla rodzących kobiet. Każdy z laureatów otrzyma wraz z dyplomem nagrodę w wysokości 50 tysięcy euro. Natomiast David Suzuki, kanadyjski genetyk i działacz ekologiczny za upowszechnienie wiedzy na temat zmian klimatycznych na naszej planecie, otrzymał nagrodę honorową, czyli nie związaną z gratyfikacją pieniężną. Wcześniej nagrodą tą wyróżniano m.in. organizację Memoriał, za odwagę w szerzeniu prawdy historycznej, Komitet Matek Żołnierzy Rosji za zwrócenie uwagi na warunki w rosyjskich siłach zbrojnych oraz działania na rzecz zakończenia wojny w Czeczenii, Astrid Lindgren za uświadomienie praw dzieci i szacunku dla ich indywidualności, czyli są to osoby i instytucje, które w przeciwieństwie, do tych nagradzanych prawdziwym Noblem, poświęcają swoje życie na ulepszanie świata. Szkoda tylko, że tak mało mówi się o tej nagrodzie, bo na pewno inicjatywa, a zwłaszcza sprawy, którymi zajmują się laureaci owej nagrody, zasługują na szeroki rozgłos.

Jak już jestem przy Noblach alternatywnych, to należałoby wspomnieć jeszcze o tzw. Antynoblach czyli Nagrodzie Ig Nobla wręczanej na Uniwersytecie Harwarda, przez komisję w skład której wchodzą autentyczni laureaci nobliści. Nagrodą Antynobla wyróżniane są prace naukowe które „najpierw śmieszą, a później skłaniają do myślenia”. W tym roku nagrodę przyznano brytyjskim naukowcom, którzy udowodnili, że krowy posiadające imiona dają więcej mleka od bezimiennych. Wśród laureatów znalazł się też amerykański naukowiec, który analizował dlaczego niektórzy noszą czapeczki daszkiem do przodu, a inni daszkiem do tyłu. Najciekawszy był jednak akcent polski, czyli nagroda literacka przyznana irlandzkiej Policji za wypisanie ponad 50 mandatów dla pirata drogowego o nazwisku Prawo Jazdy. Nie wiem na ile idiotyzmy zasługują na wyróżnianie, ale jak poczyta się o głupotach, nad którymi potrafią pracować poważni naukowcy, marnując czas i ogromne środki finansowe, przysłowiowy nóż otwiera się w kieszeni.