Miesiąc: Styczeń 2013

Zombie atakują!!!

Od pewnego czasu można zaobserwować prawdziwą modę na zombie. Popkultura karmi się trupami, a te ożywione, w ostatnich latach stały się jej prawdziwymi ulubieńcami. Pojawia się coraz więcej filmów, książek, komiksów i piosenek, których bohaterami są chodzące trupy. Pozbawione mózgu, gnijące, napędzane żądzą pożerania tego, co żywe potwory. Aż strach otwierać drzwi, szafę czy iść do piwnicy, bo przecież nawet w lodówce, pośród znajdującego się tam jedzenia, może czaić się, czekające na mój mózg monstrum.

Skąd ta moda? Ludzie lubią się bać, a od kiedy wampir stał się zwyczajnym lowelasem, pozostał tylko żywy trup, którym przecież może stać się każdy z nas w wyniku epidemii wywołanej przez eksperymenty koncernów farmaceutycznych. Sam, osobiście już kilkakrotnie widziałem chodzące po naszych ulicach zombie. Kiedy robi się cieplej, późnym wieczorem, zazwyczaj podczas weekendu, powolnym, chwiejnym krokiem, suną żywe trupy. Pozbawione świadomości, próbują kontrolować, ruchy kończyn z trudem utrzymując równowagę. Jednak brak mózgu sprawia, że wychodzi im to bardzo niezdarnie. Czasami przystanie taki stwór oparty o ścianę którejś z kamienic, jęcząc coś w swojej nieludzkiej mowie, po czym rusza dalej, pozbawiony świadomości, pchany do przodu czystym instynktem.

Tysiące zombie, siedzi teraz w swoich domach przed telewizorami i bezmyślnie wpatruje się w ruchome obrazki, które tam się pojawiają. A później pójdą, do „zombie -świątyń”, gdzie będą wrzucać do koszyka liczne produkty, których w większości nie potrzebują. Właściwie każdy z nas jest zombie. Zupełnie bezmyślnie wykonujemy codzienne czynności. Obojętni na otaczający nas świat, pchani żądzą wyżeramy z niego wszystko, co znajdzie się w zasięgu. Miliardy bezrozumnych istot powoli, ale sukcesywnie niszczy planetę, na której żyją, aż w końcu stanie się jałowa jak oni.

Zombie stał się też symbolem ruchu Occupy Wall Street. Miał on być ilustracją bankierów z Wall Street, którzy bezmyślnie gromadzą kapitał, przemierzając i zarażając kolejne rynki, w ostateczności doprowadzając do ich zagłady.

 

Nie wiem, czy już stałem się zombie, czasami mam wrażenie, że zostałem już zainfekowany, w końcu, trudno zachować normalność, kiedy żyje się w zombie – cywilizacji.



Przygoda ze szczypiorem

W ostatnim tygodniu niemal znienawidziłem szczypior. I nie chodzi mi o to, że nagle przestał mi smakować. Nic z tych rzeczy. Nadal uważam go za wspaniały dodatek do twarogu, niezbędne uzupełnienie kanapek, czy sałatek. Sam jego kolor, cudownie świeży swoją zielenią, wzbudza sympatię (zwłaszcza o tej porze roku). Moja przygoda ze szczypiorem zaczęła się tydzień temu. Robiąc sobotnie śniadanie, postanowiłem skroić nieco szczypiorku do twarogu, tak dla smaku i koloru. Czynność, którą wykonuję automatycznie. Nagle jednak szczypior stawił opór, więc nacisnąłem nóż mocniej i w tej samej chwili poczułem, że ostrze wbija mi się w kciuk.  Dosyć głęboko wkroiłem się w palucha, który jakoś nieopatrznie wepchał mi się pomiędzy szczypior a nóż.  Ukrojony paluch w kuchni to przecież nic szczególnego. Po kilku dniach zaczął się zabliźniać i niemal już zapomniałem o zdarzeniu z ostatniej soboty. Aż do wczoraj. Postanowiłem zrobić żonce pyszną kanapkę, taką prawdziwie wiosenną. Rzodkiewka, sałata, ogórek i inne dodatki znajdowały się już na wieloziarnistej bułce, kiedy wpadłem na pomysł by urozmaicić ją jeszcze małym, ostrym, dodatkiem. Kiedy zabrałem się za krojenie szczypioru, nagle poczułem ból. Znów ukroiłem palucha. Dokładnie w ten sam sposób, i w to samo miejsce, w którym doskonale jeszcze można było rozpoznać ślad ostatniego cięcia.

I od wczoraj ze szczypiorem jesteśmy pogniewani. A on, okrutnik, zieleni mi się swoją soczystą świeżością, ja nie chcę na niego patrzeć. Z pewnością jeszcze długo, pamiętając co przytrafiło mi się w tym styczniowym tygodniu, nie sięgnę po niego, rezygnując z tego smacznego dodatku.



Dusze jak chmury

Każdy kolejny rok powinno zaczynać się od dobrej książki. A to właśnie mi się udało. Tą dobrą, a właściwie rewelacyjną książką był „Atlas chmur” Davida Mitchella. Mam nadzieję, że to zapowiedź rewelacyjnych lektur, jakie na mnie czekają w 2013 roku. „Atlas chmur” to książka niezwykła z wielu powodów. Autor przedstawia nam sześć odrębnych opowieści. Każda z nich pisana jest w innym stylem, właściwym dla epoki, w której toczy się akcja. Każda ma inną formę. Mamy tu pamiętnik, listy, przesłuchanie, i opowieść plemiennego gawędziarza. Można by pomyśleć, że jest to zbiór opowiadań, ale historie te się przeplatają, w dość ciekawy sposób zostały ze sobą połączony – autor listów z początku XX wieku wspomina w nich o lekturze pamiętnika z XIX stulecia, listy te z kolei przeczyta czterdzieści lat późnij dziennikarka, która zachwyci się wspaniałą symfonią, nie wiedząc o tym, że skomponował ją ten sam człowiek itd. Bohaterów poszczególnych historii coś ze sobą łączy, odnosi się wrażenie, że jakaś część ich dusz jest wspólna.

„Atlas chmur” to rozważanie na temat ludzi i stworzonej przez nich cywilizacji. To opowieść o namiętności i nękających nas rządzach. O chciwości, pożądaniu, ale także odwadze i przyjaźni. Mitchell próbuje pokazać, dokąd zmierza nasza cywilizacja, jakie mogą być konsekwencje niepochamowanego konsumpcjonizmu. I kiedy przyjdzie jej kres, ci którzy przeżyją zaczną ją powoli odbudowywać. Nic jednak nie powstrzyma ich przed popełnianiem tych samych błędów. Duszy ludzkiej nie można zmienić, ale to od nas zależy, która jej strona zwycięży. Każdy nasz czyn ma swoje konsekwencje i chociaż nie koniecznie je dostrzegamy, to mogą one mieć kluczowe znaczenie dla przyszłości.

W miarę wgłębiania się w książkę, coraz bardziej żałowałem tego, że wcześniej obejrzałem jej ekranizację. Świat wykreowany przez rodzeństwo Wachowskich był tak sugestywny, że niewiele zostało dla wyobraźni. Wizualnie film jest naprawdę świetny. Na jego plus należy także zaliczyć charakteryzację i grę aktorów, zwłaszcza Tom Hanks pokazał tutaj prawdziwe mistrzostwo. Ogólnie film znacznie słabszy od książki. Piękny pod względem wizualnym, ale brakuje tutaj głębi, którą odnajdujemy w pierwowzorze. Szkoda. Ekranizacja takiego dzieła była z pewnością wielkim wyzwaniem, któremu mało kto byłby w stanie podołać.



Wolność albo śmierć!

Przyznając Paździerze za rok 2012, jakoś nieopatrznie ominąłem jedną z najważniejszych i chyba najbardziej niezwykłych płyt minionego roku. A taką z pewnością jest „Na Uschod. Wolność albo śmierć” grupy (projektu) R. U. T. A. Już pierwsza płyta powalała – punk wykonany na instrumentach ludowych, z oryginalnymi pieśniami buntu sprzed wieku. Słuchając, aż chciało się chwycić zapaloną pochodnię i ruszyć na dwór lub plebanię, by paląc i niszcząc pozbyć się ucisku. Pomysł na płytę wręcz genialny, lecz kiedy usłyszałem o kontynuacji poczułem niechęć do takich pomysłów. Jednak ku, bardzo miłemu zaskoczeniu, druga płyta okazała się jeszcze lepsza. „Gore” była albumem dość trudnym. Surowość muzyki sprawiała, że z pewnością nie każdy był w stanie wysłuchać całości. Z „Na Uschod”, takich problemów już nie będzie. Muzycznie album ten jest ciekawszy, brzmieniowo znacznie bardziej przemyślany i dopracowany. Podróż na Wschód okazała się bardzo korzystna dla muzyki R.U.T.Y., w końcu tamte pieśni są znacznie bardziej melodyjne, niż nasza muzyka ludowa. Odnajdziemy tutaj melancholię znaną z ukraińskich dumek, ale smutek i żal, są tylko chwilowym nastrojem, dominuje jednak przede wszystkim bunt, prostota dźwięków i ogromna siła. I kiedy masz już dość szefa wyzyskiwacza, gdy złodziejskie podatki doprowadzają cię do rozpaczy, to udaj się wraz z ekipą R. U. T. – y na Uschod. Może ta muzyczna podróż, stanie się dla ciebie wentylem bezpieczeństwa, przez który ulecą nagromadzone w tobie złe emocje.


 

Zimowe harce Megi

Obserwując radość, z jaką moja psina przyjęła opady śniegu, od razu znika niechęć do zimy. W pamięci powracają długie godziny spędzone na śnieżnym szaleństwie. Też było bieganie, zdarzało się również tarzanie w śniegu. Do tego dodać należy jeszcze budowanie śnieżnych twierdz. Ach, to beztroskie dzieciństwo, niestety dzisiaj zima przynosi więcej zmartwień niż radości. Na szczęście są jeszcze spacery z Megi, dzięki którym udziela mi się psia radocha z rzeczy tak zwykłej a jednocześnie wspaniałej jak śnieg.



 

 

 

 

 

Dwanaście miesięcy?

Jaki będzie rok 2013? Co ważnego, wydarzy się w ciągu tych dwunastu miesięcy? Mam nadzieję, że będzie to rok ciekawy. Że w tym czasie uda mi się przeczytać jedną czy dwie książki, które mnie powalą, że będzie równie interesujący muzycznie jak poprzedni. Że uda mi się więcej czasu dobrze wykorzystać, by uczucie „marnowania” go, pojawiało się jak najrzadziej. Jestem otwarty na inspirujące wyzwania, których z pewnością nie zabraknie. Mam nadzieję, że uda mi się zmusić moja leniwą osobę do częstszego pisania, że codziennie wygospodaruję przynajmniej godzinę na czytanie. Obiecałem sobie także, że w każdą niedzielę udam się na długi spacer do lasu, do miejsca, które stanowi przecież tak ważną część mojej duszy, bez którego ciężko mi jest normalnie funkcjonować (pod warunkiem, że mi pogoda na to pozwoli – właściwie tylko deszcz jest w stanie mi w tym przeszkodzić). Mam także kilka pomysłów na bliższe i dalsze wyprawy (oj mocno przyciągają mnie Sudety), już rozpoczynam planowanie, tak żeby kiedy tylko się ociepli, ruszyć się z domu. Chciałbym także przestać być takim nerwusem, co będzie bardzo trudne, ale z pewnością jest do zrobienia, trzeba tylko nauczyć się bardziej nad sobą panować. Chcę być szczęśliwy i mam zamiar z całych sił o to swoje szczęście walczyć! I chociaż wróżką, ani też żadnym prorokiem nie jestem, to mam przeczucie, że rok 2013 r. będzie dla mnie i mojej rodzinki bardzo dobry. Może nie szczególnie się zaczyna, styczeń zapowiada się wyjątkowo ciężki, ale przecież sprostamy tym przeciwnością, by cieszyć się resztą wspaniałego roku, po prostu smakując życie. Delektując się każdym kolejnym dniem.



 „(…)w każdą niedzielę udam się na długi spacer do lasu, do miejsca, które stanowi przecież tak ważną część mojej duszy(…)”