Miesiąc: Grudzień 2012

Paździerze 2012 cz.2

Filmy, te fabularne jak i seriale, stanowią dla mnie przede wszystkim rozrywkę. W ciągu roku pochłaniam ich taka masę, że trudno by mi było je wszystkie wymienić. Zlewają się w jedną masę, tak, iż w głowie mam tylko bezładny mix obrazów. Nie tworzą żadnej sensownej fabuły, nie potrafiłbym ich przypisać do odpowiedniego tytułu, jest tego zdecydowanie zbyt wiele. Ale czasami zdarza się coś wyjątkowego, coś, co przeżywam przez kolejne tygodnie, a czasami i miesiące po obejrzeniu. Takim filmem jest z pewnością „Planeta Małp”, o której zresztą już wcześniej pisałem. Późno obejrzany i doceniony, film wciąż robiący ogromne wrażenie, pomimo tego, że upłynęło przeszło czterdzieści lat od jego powstania. Niestety, później powstały kolejne części, które całkowicie zepsuły pierwotne założenie i dziś filmy te kojarzą się głównie, jako kiepskie S-F, co w stosunku do pierwowzoru jest dość niesprawiedliwe. Żaden film obejrzany w tym roku nie utkwił we mnie tak głęboko.

Kolejnym ważnym filmem obejrzanym w mijającym, 2012 r., jest dokument „Śmietnisko”. To opowieść o brazylijskim artyście Vikim Muni, którego specjalnością jest budowanie reprodukcji znanych dzieł, z materiałów niemalarskich. Artysta ten, który osiągnął spory sukces w Stanach, postanowił powrócić do rodzinnej Brazylii i wraz ze zbieraczami śmieć na ogromnym śmietnisku w Rio de Janeiro zaczyna budować, z tego, co znajduje się w tym miejscu, ogromne reprodukcje, cenionych obrazów. „Śmietnisko” to opowieść o sztuce, ale to przede wszystkim historia brazylijskiej biedoty. To kronika życia slumsów wielkiej metropolii. To również film o sile sztuki, o tym jak może ona wpłynąć na życie zwykłych ludzi, zainspirować do tego by walczyć o odmianę własnego życia. To pozytywny przykład na to, że warto walczyć, że nawet w totalnej beznadziei istnieje szansa na to, że los można odmienić. Vikim Muni, to przykład artysty zaangażowanego, który pomimo komercyjnego sukcesu, stara się zmieniać świat, a w projekcie „Śmietnisko” mu się to udaje.


Od pewnego już czasu seriale (oczywiście nie wszystkie), okazują się bardziej wartościowe, ciekawsze i oryginalniejsze od filmów fabularnych. Do moich ulubionych należy „Dexter”. W świecie pełnym psychopatów, aż marzy się o tym, by istniał taki, który zajmuje się „pozbywaniem” pozostałych. Sądziłem, że „Dexter” powinien zakończyć się na sezonie 4. Okazuje się, że nad tym serialem pracują prawdziwi fachowcy, po średnim 5 sezonie, stworzyli naprawdę świetną serię szóstą. Nie dość, że kolejne odcinki przez cały czas trzymały w ogromnym napięciu, to jeszcze ostatni odcinek sprawił, że z niecierpliwością czekam, aż będę mógł obejrzeć ciąg dalszy perypetii specjalisty od krwi pracującego w Departamencie Policji Majami. Na szczęści już jest kolejny sezon, więc wkrótce moja ciekawość zostanie zaspokojona.

Wśród seriali na uwagę z pewnością zasługują jeszcze „Alfred Hitchcock przedstawia” oraz brytyjski „Sherlock”, ale o nich już pisałem.


Muszę przyznać jeszcze „Paździerza” specjalnego dla programu „Tygodnik Kulturalny” w TVP Kultura, który stał się bardzo ważnym punktem naszego niedzielnego popołudnia. Po kilka filmów, książek i płyt sięgnąłem właśnie dzięki temu programowi i jakoś trudno mi już wyobrazić sobie koniec tygodnia, bez podsumowania kulturalnego.

 

Na koniec została mi chyba najtrudniejsza kategoria – muzyka. Najtrudniejsza, dlatego, że w tym roku ukazało się tak wiele dobrych płyt, że trudno jest wskazać tych kilka najlepszych. W 2012 roku przecież powrócił zespół Dead Can Dance, bardzo dobre płyty wydali Voo Voo, Korpiklani, Fear Factory i Soulfly, więc jak tu dokonać wyboru. Już na samym początku roku odkryłem muzykę, która mnie powaliła, to Roberto Delira & Kompany z niewielką płytką „Zabobon”, na której udowodniono, że punk i folk, kiedy się je połączy i odpowiednio zaaranżuje, może mieć siłę rażenia przynajmniej kilku ton dynamitu. Zresztą ten sam człowiek, Robert Jaworski odpowiedzialny był za jeszcze jedną płytę, która bardzo często rozbrzmiewała w moim domu w 2012 roku. Chodzi mi „Totalną wiochę” Żywiołaka. Kapelka ta pokazała, że nie zamierza zamykać się jedynie w kręgu duchów i stworów słowiański i potrafi doskonale odnaleźć się także i w innej tematyce.


Jedną z najważniejszych płyt tego roku jest z pewnością „Tempest” Boba Dylana. Pokazał on prawdziwe mistrzostwo, o którym młodsi mogą tylko pomarzyć. Doskonałe kompozycje, świetne teksty, Dylan pozostaje jednym z najgenialniejszych muzyków w historii rocka.

Na szczęście pojawiają się dużo młodsi następcy. Jednym z nich bez wątpienia jest Jack White, który wydał w tym roku naprawdę świetny album „Blunderbuss”. Płyta ta królowała przez kilka miesięcy, a i tak wciąż wydaje mi się bardzo świeża. White jest obecnie jednym z najlepszych gitarzystów i z pewnością jeszcze nieraz namiesza na rockowej scenie.

Nie mogę zapominać o jeszcze jednej płycie, którą pomimo ciągłego słuchania, jakoś do tej pory mi się nie znudziła „My Head Is an Animal” islandzkiej kapeli Of Monsters and Men. Nie mam pojęcia dlaczego ta płyta, aż tak mi się podoba i nie będę tego dociekał.

A na koniec jeszcze dwa Paździerze, które należą się polskim twórcą. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie płyta „Old is gold” nagrana przez T.Love. Nie spodziewałem się, że Muniek i koledzy są w stanie stworzyć coś tak poruszającego. Wystarczyło powrócić do korzeni rocka, bez żadnych udziwnień. Perkusja, gitary i wokal, w zupełności wystarczą, kiedy ma się coś do powiedzenia. T.Love stworzyli jedną z najlepszych płyt w historii rodzimego rock’n rolla, więc teraz została im już tylko emerytura. Mam jednak nadzieję, że album ten to dopiero początek i T.Love jeszcze niejednokrotnie nas zaskoczy.


Drugą zaś płytą, zasługującą na szczególną uwagę jest „Królestwo” zespołu Hunter. Energetyczne, świetnie skomponowane utwory z niezłymi tekstami, mocna i poruszająca, aż chciałoby się usłyszeć to wszystko na żywo. Kto wie, jeśli nadarzy się okazja, to może w 2013 roku skonfrontuje się odczucia jakie „Królestwo” we mnie wzburzyło na jakimś koncercie.

 

A jaki będzie ten nowy, 2013 rok? Wróżką nie jestem i trudno mi cokolwiek przewidywać, ale mam nadzieję, że przynajmniej tak dobry jak ten, który właśnie się kończy. Mam kilka planów, sporo jest jeszcze rzeczy powstałych w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy, z którymi dotąd nie dane mi było się zapoznać. Z pewnością pojawi się także jakaś niespodzianka, odkrycie, coś, co  mnie powali, zachwyci i tego właśnie sobie i wszystkim, którzy czytają mój blog życzę.



Paździerze 2012 cz. 1

Przełom grudnia i stycznia to czas podsumowań. Tak jak w poprzednich latach postanowiłem przyznać symboliczne „Złote Paździerze” tym rzeczom, zjawiskom, które w jakiś sposób na mnie wpłynęły. Zostały dłużej w mojej głowie, zmusiły mnie do refleksji, wzruszyły, z jakiś powodów, po prostu mi się spodobały. Oczywiście jest to wybór jak najbardziej subiektywny.  Wśród wyróżnionych mogą się też znaleźć rzeczy starsze, które powstały przed 2012 r., ale właśnie wciągu ostatnich dwunastu miesięcy je poznałem, bądź dopiero w tym czasie doceniłem.


Jaki był rok 2012 ? Dla mnie, był to rok dobry. Bywały chwile (zwłaszcza latem), które nazwałby rewelacyjnymi, ale ogólnie, do całości 2012, najlepiej pasuje określenie „dobry”. Po raz kolejny przekonałem się, że nie trzeba dalekich podróży by odnaleźć miejsca piękne i fascynujące. Takim właśnie obszarem stała się Kotlina Jeleniogórska i okolice, a właściwie Sudety w całości. Jeszcze przez wiele lat będę odkrywał tajemnice tych miejsc, a i tak zawsze zostanie coś do poznania. Przyznać muszę, że i te dalsze wyjazdy, były dość inspirujące, zwłaszcza Brugia, w której byłem zdecydowanie zbyt krótko oraz wybrzeża Kornwalii.

Literatura należy do moich największych namiętności. Niewiele rzeczy potrafi tak mocno wpłynąć na umysł i duszę jednocześnie, jak dobra książka. Sporo w tym roku przeczytałem, niestety jednak, żadna książka nie przewróciła mojego świata. Chociaż i tak uważam, że czas spędzony na lekturze nie był stracony, większość z nich to książki bardzo dobre. Czytanie zawsze stanowi dla mnie jedną z przyjemniejszych form spędzania wolnego czasu.

Na pewno jedną z najlepszych książek 2012 rok, przynajmniej dla mnie jest „Miedzianka. Historia znikania” Filipa Springera. Książka, która udowadnia, że dzieje nawet niewielkiego miasteczka, gdzieś na krańcu świata, mogą być fascynujące, pod warunkiem, że pojawi się zdolny kronikarz. Opowieść ta, była dla mnie ciekawa także przez to, że czytałem ją, znajdując się w odległości jakiś 20-30 km od opisywanego w książce miejsca.

Z pewnością literacki Paździerz należy się jeszcze Vincentovi V. Severskiemu za „Nielegalnych”, książkę, która udowodniła, że również nad Wisłą, można tworzyć dobrą literaturę sensacyjną i to opartą na naszych realiach. Już nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie jej kontynuacja.

Spore wrażenie zrobiła na mnie również książka Jacka Dukaja, „Wroniec”. Tak się złożyło, że miałem okazję, powieść tę wysłuchać, w postaci audiobooka czytanego przez świetnego Jana Peszka, co z pewnością w dużym stopniu wpłynęło na jej przyjęcie. Genialny był już sam pomysł, ukazania tak tragicznego wydarzenia jak stan wojenny, poprzez pryzmat dziecięcej wyobraźni. Początkowo można byłoby pomyśleć, że jest to po prostu bajka dla dzieci, jednak mroczna tematyka tej opowieści, przedstawiającej jedną z najciemniejszych kart naszej współczesnej historii sprawiała, że książka ta stała się fascynująca i nieco przerażająca. „Wroniec” to rzadki przykład tego, że na tematy trudne, można mówić w sposób niekonwencjonalny, bez zniechęcającej patyny, odrzucającego patosu i stania na baczność. Nie mówię, że to nie jest ważne, ale o rzeczach istotny trzeba opowiadać także w sposób atrakcyjny, by najpierw zapoznać potencjalnego odbiorcę z samym tematem, zaciekawić go, a dopiero następnym krokiem, przynajmniej u części z nich będzie głębsze poznanie.

Chciałbym wyróżnić jeszcze jednego pisarza, o którym wcześniej nie pisałem, a którego dwie książki przeczytane w tym roku, nieco namieszały w mojej głowie. Chodzi mi o Marka S. Huberatha, którego „Gniazdo światów” i „Miasta pod Skałą” uprzyjemniły mi wakacyjne wieczory. Zwłaszcza ta pierwsza zmusiła mój rozleniwiony umysł do myślenia. Wielowątkowa, zaskakująca, fascynująca, wspaniała, a co najważniejsze, trzymająca w napięciu, aż do ostatniego słowa. W obu zachwyca erudycja, wiedza oraz wyobraźnia autora. Ciekawość zżera mnie na myśl, co też może znajdować się w niedawno wydanej książce Hubaratha „Portal zdobiony posągami”, ale to już zostawiam sobie na rok 2013.




Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 3

Jednym z podstawowych praw rządzącym w Hollywood jest „prawo odgrzanego kotleta”. Po co ryzykować inwestycje w coś nowego, niesprawdzonego? Szkoda czasu i środków, skoro można sięgnąć po coś, co już dało zarobić. I stąd tak częste, nowe wersje starych filmów. Gorzej, jeśli te stare ma zaledwie kilka lat. Tak właśnie zrobiono z kolejnym Spider-Manem. Jedynym powodem, dla którego powstał „Niesamowity Spider-Man” jest kasa. Po konflikcie z dotychczasową obsadą, ktoś postanowił ją „odświeżyć” i zacząć całą historię od początku. A żeby film sprzedał się wśród gówniarzy, Piter Parker zostanie przeniesiony do liceum. Nawet efekty specjalne nie były w stanie uratować filmu. Zbyt podobny do pierwowzoru, nie ma szansy na to by powtórzyć sukces Batmana stworzonego przez Christophera Nolana, który przede wszystkim dokonał kompletnej dekonstrukcji opowieści o Mrocznym Rycerzu. „Spider-Man pojawił się przede wszystkim zbyt szybko.

 

Nie od dziś wiadomo, że historia jest prawdziwą kopalnią pomysłów, że wystarczy się tylko trochę w niej zagłębić, by odnaleźć gotowy filmowy scenariusz . Co się może stać, kiedy zrobi się to bardzo pobieżnie, możemy zobaczyć w filmie „Abraham Lincoln łowca wampirów”. W tej opowieści okazuje się, że jeden z najważniejszych amerykańskich prezydentów, w zemście za śmierć matki, postanawia mordować wampiry, a jego orężem, używanym przeciwko krwiożerczym potworom, jest wielka siekiera. W końcu jednak porzuca rolę łowcy wampirów, zostaje politykiem, a później prezydentem, który jednak zmuszony będzie stoczyć ostateczna bitwę z nieśmiertelnymi, wspierającymi zbuntowane południe, w wojnie secesyjnej. Film ten mógłby się stać natchnieniem dla naszych twórców. Kto wie, może już ktoś pracuje nad scenariuszem porywającej opowieści o Stefanie Czernieckim, który walczy z zalewającymi arcychrześcijańską Rzeczpospolitą, hordami szwedzkich zombie. Ktoś inny wklepuje w swoim komputerze plan przyszłego serialu „Piłsudski pogromca czerwonych wilkołaków”. A może ja sam spróbuje stworzyć opowieść o Wałęsie, który uwalnia Ziemię spod władzy kosmitów. „Abraham Lincoln łowca wampirów”, to film wyjątkowo kiepski i aż trudno mi uwierzyć w to, że producentem tego dziwacznego obrazu jest Tim Burton. I jeszcze, żeby to była komedia, pastisz, ale twórcy tego filmidła bawią się w historię alternatywną, udając, że mogłoby to się zdarzyć na poważnie. Oby takich filmów powstawało jak najmniej.

 

W ostatnim czasie zdarzyło mi się obejrzeć jeszcze jeden film, który moim zdaniem, nigdy nie powinien powstać, to „S. Darko”. I znów kategoria „odgrzewane kotlety”. W 2001 roku powstał, być może nieco pogmatwany, ale naprawdę świetny „Donie Darko”. Minęło 10 lat i ktoś ubzdurał sobie, że jeśli zrobi dalszy ciąg, to coś na tym zarobi, a jego dzieło, podobnie jak pierwowzór, stanie się kultowe. No i jak się okazało, co z pewnością zaskakujące nie jest, nic z tego nie wyszło. Film zrobiony zupełnie bez pomysłu. Powtórzone, właściwie żywcem przeniesiono z części pierwszej motywy, sprawiły, że wieje straszliwą nudą. Pierwowzór wciągał, z przejęciem zastanawiałem się, co zaraz się stanie. Tu wszystko było oczywiste. „Donie Darko” był filmem zamkniętym i nie potrzebował kontynuacji. Mam nadzieję, że film „S. Darko” okazał się finansową klapą. Za tak nieudane produkcje powinno wyznaczyć się dotkliwą karę.



To były święta!

To się nazywa świętowanie! Postanowiliśmy sobie zorganizować święta, bezstresowe, czyli tylko Żonka, ja i zwierzaki. Bez sztucznych uśmiechów w gronie rodzinnym, bez szopek i nerwów. To były nasze święta. Piękne, pełne śmiechu, naszych ulubionych potraw. Święta leniwe, ale i wesołe. Przez te dwa dni mogłem odpocząć, pozytywnie się naładować. To jedne z najlepszych świąt, jakie przeżyłem i za takimi będę teraz tęsknił.

Tych kilka dni uprzyjemniały nam dźwięki bluesa, które zagościły u nas dzięki nagłej fascynacji Basi harmonijką oraz emitowanemu właśnie przez TVP Kultura serialowi „Historia Bluesa”.

Wieczory z kolei zajął nam serial przygotowany przez BBC „Sherlok”. Klasyczne opowieści Conan Doyle’a podane we współczesnym sosie. Sherok na miarę naszych czasów. Genialny socjopata, jednak nie żaden superbohater jak w ostatniej hollywoodzkiej ekranizacji. Film świetnie zrealizowany, no i co najważniejsze, każdy wciągający odcinek trwa około 1,5 godziny. Polecam każdemu, kto ma już dosyć naszpikowanych efektami filmów z Ameryki, a jednocześnie, nie specjalnie ma ochotę na skandynawski chłód przepełniony problemami społecznych. Klasyka kryminału w najlepszym wydaniu. Wystarczy przytulić się do ukochanej, otworzyć browarka i oddać się przyjemności oglądania.

Te wspaniałe święta dobiegły końca, ale na szczęście zostało nam jeszcze kilka dni wolnego i mamy zamiar kontynuować to nasze świętowanie, w końcu należy jeszcze godnie przywitać nowy rok.



 

Zimo wróć!!!

Nie przypuszczałem, że tak bardzo będę chciał powrotu zimy. Wszystko to za sprawą niżu znad Szkocji, który przyniósł zimny wiatr i opady deszczu. Wczorajszy śnieg zamienił się w błoto, szarość otoczenia, za sprawą delikatnej mgły, zlała się z sinym kolorem nieba. Kidy patrzę na świat za oknem, zaczynam tęsknić za mrozem, bo przecież wystarczyło ciepło się ubrać i można było udać się na długi spacer. Dziś pogoda uwięziła mnie w domu, a najbardziej nieszczęśliwa z tego powodu jest nasza psina. No bo, jak to, pan nie idzie do pracy i nigdzie nie wychodzimy? W tak paskudny dzień jak dzisiejszy, cała moja dusza, umysł, ciało, krzyczą:

ZIMO WRÓĆ!!!!!




…i po końcu świata

I po końcu świata. Nie wiem, który raz koniec świata przeżyłem, ale z pewnością jeszcze kilka kolejnych mnie czeka, aż w końcu, z zaskoczenia, przyjdzie ten jedyny, którego żaden jasnowidz nie zapowie. I można zastanawiać się, co to będzie, meteoryt, superwulkan, czy nieuleczalny wirus, ale cokolwiek się zdarzy, z pewnością będziemy zaskoczeni. A może koniec świata będzie wyglądał tak:

 

Cóż, nie byłoby to takie najgorsze, to jak powrót do dzieciństwa, kiedy to marnowało się godziny, grając w prymitywne gry na atarynce, które wydawały się być szczytowym osiągnięciem naszej cywilizacji. Oj, wiele się zmieniło i z doświadczenia wiem, że trudno jest prognozować, jak będzie wyglądał świat za lat dwadzieścia. Ale to już zupełnie inna opowieść.



Emeryci nie do zajechania

Pogoda za oknem nie zachęca do uśmiechu. Na taki dzień jak dzisiejszy, szary, zimny i deszczowy w ramach profilaktyki antydołowej można zastosować albo dobrą książkę, albo film. Nasz wybór padł na drugą część „Niezniszczalnych” i jak się okazało to był prawdziwy strzał w dziesiątkę. Dawno już tyle się nie śmiałem. Stallone po raz kolejny zebrał swoich leciwych już kumpli, którzy jakieś dwadzieścia lat temu rządzili kinem akcji i stworzył świetne widowisko. Chyba najmocniejszą stroną filmu jest poczucie humoru. Każdy z występujących w filmie aktorów (Norris, Lundgren, Schwarzenegger, Statham, van Dame), parodiuje grane przez siebie przed laty postacie. Co chwila pojawia się jakieś odwołanie do filmów, które na przełomie lat 80 i 90 oglądaliśmy z wielkim przejęciem na VHS-ie. Kolejne sceny są tak nierzeczywiste, że aż piękne. Czym większy absurd, tym jest śmieszniej, a zabawa staje się wspanialsza. W filmie tym znajdziemy wszystko, co w dobrej sensacji być powinno, wybuchy, strzelaninę, mordobicie, pościgi, bez zbędnej gadaniny, a wszystko to dzieje się w zawrotnym tempie.

„Niezniszczalni 2” to idealna propozycja , na dłużącą się niedzielę.