Miesiąc: Luty 2013

Psycho patyczny twórca

Współczesne książki, filmy czy gry komputerowe przepełnione są okrucieństwem. Opisują najokropniejsze zbrodnie, które człowiek mógłby wyrządzić innym. Ich bohaterami są przeróżni, krwiożerczy psychopaci, w których postępowaniu trudno dopatrzyć się choćby cienia ludzkich emocji. Zastanawia mnie, co, poza oczywistą chęcią podążania za pewnym trendem, skłania twórców do wymyślania tego rodzaju historii. Czy przypadkiem, nie jest tak, że przynajmniej część z nich, właśnie w ten sposób realizuje skrywane głęboko, swoje najokropniejsze pragnienia? Poprzez twórczość udaje im się wyładować, zmuszając do popełniania zbrodni bohaterów swoich dzieł. Dzięki temu nie stają się psychopatycznymi mordercami, w zamian są „twórcami – psychopatami”.

W ten właśnie sposób ukazany zostaje w filmie „Hitchcock” mistrz suspensu. Film, który pokazuje zmagania tego wielkiego reżysera, podczas kręcenie jego największego dzieła „Psychozy”. Musi on walczyć z wytwórnią, która nie wierzy w jego pomysł, z własnymi słabościami, ale także z czymś, co do tej pory siedziało w nim gdzieś głęboko, a ujawnia się podczas pracy nad filmem. Ciekawy jest także zabieg reżysera Sachy Gervasiego, który stworzył film o Hitchcocku, tak jakby to był kolejny odcinek serii „Alfred Hitchcock przedstawia”. Wyszło naprawdę ciekawie. I jeszcze jedna ważna rzecz, w filmie tym została ukazana ogromna rola żony Hitchcocka, Almy Reville, która była ogromnym motorem napędowym działań wielkiego twórcy. Ale tak to już jest, niewiele byśmy znaczyli bez tych naszych kobiet, to one dają nam skrzydła, to dzięki nim jesteśmy zdolni do rzeczy wielkich. Film „Hitchcock” wart jest polecenia również ze względu na kreacje aktorskie. Odtwórca tytułowego bohatera, Anthony Hopkins, pomimo charakteryzacji, w niewielkim stopniu przypomina Hitchcocka, za to mówi i porusza się dokładnie tak jak pierwowzór. Już po kilku minutach, przestaje drażnić ta dziwna maska, zrobiona z twarzy Hopkinsa. Gesty, dykcja – przecież to jest Hitchcock. Doskonale także wypadła Helen Mirren, która wcieliła się w rolę jego żony.


Znacznie gorzej wypada drugi film o wielkim reżyserze „Dziewczyna Hitchcocka”. Tutaj Hitchcock został pokazany, jako stary satyr obsesyjnie pożądający aktorki Tippi Hedren, która otrzymała główną rolę w jego filmie „Ptaki”. Ten Hitchcock nie wzbudza sympatii. To człowiek zgorzkniały, tyran, człowiek głęboko zakompleksiony, który potrafi okrutnie zemścić się, kiedy jego pragnienie nie zostaje spełnione.


Oba filmy warto jednak obejrzeć przynajmniej po to, aby zobaczyć jak powstawały dwa klasyczne już dzieła, które z pewnością należą do tych najważniejszych w światowej kinematografii. Zobaczyć w nich możemy geniusz Hitchcocka, który w historii odrzucanej przez innych potrafił dostrzec wielki potencjał.



Dziki Zachód wciąż żywy

Western, jeden z najstarszych gatunków filmowych, to opowieść o zmaganiu dobra ze złem w scenerii amerykańskiego Dzikiego Zachodu. Z pozoru proste, dwubarwne historie przekształciły się z czasem w próbę analizy ludzkich zachowań. Ciężkie  warunki, z jakimi muszą zmierzyć się kolonizatorzy, kapryśny klimat, nieprzyjaźnie nastawieni tubylcy, oraz pospolici przestępcy, którzy uciekają na nowe ziemie przed ręką sprawiedliwości, to wszystko sprawia, że bohaterowie poddani zostają ciężkiej próbie, po przejściu, której nic dla nich nie będzie już takie samo. Już dawno westerny przestały być filmami czarno – białymi. Zmiany przyniosły przede wszystkim takie filmy jak „Tańczący z wilkami” i „Bez przebaczenia”. Teraz ten „dobry” bardzo często ma wiele brudu za kołnierzem, ale dzięki temu, że jest człowiekiem, a nie herosem, staje się nam bliższy i chętniej kibicujemy jego zmaganiom. Z przejęciem oglądałem seriale ”Hatfields & McCoys” i „Deadwood”, pełne przemocy, ale także mówiące wiele o nas, ludziach. Dziki Zachód to tylko dekoracja, nasz świat wiele od tamtego się nie różni. Uwielbiam współczesne westerny, a z pewnością do najlepszych z nich zaliczyć należy ostatnie dzieło Quentina Tarantino „Django”. Jak to u Qentina mamy do czynienia z prestiżem, jego własną wersją gatunku. Przerysowanymi, wręcz komiksowymi scenami przemocy, komicznymi postaciami, które obowiązkowo w westernie pojawić się muszą. Tarantino rozprawia się nie tylko z westernem, ale także z historią Ameryki, w którą krwawo wpisało się niewolnictwo. Prawie trzy godziny i ani jednej zbędnego dialogu, trudno wyobrazić sobie ten film, bez którejkolwiek sceny. „Django” to dzieło skończone, film właściwie perfekcyjny. Świetny scenariusz i jak zawsze u Tarantino, niesamowita muzyka, ale przecież to jedna z cech jego filmów, muzyka stanowi ich integralną część, jest równie ważna jak scenariusz, dekoracje czy aktorzy. No właśnie, aktorzy, w „Django” mamy kilka prawdziwie genialnych kreacji. Największy jest z pewnością Christoph Waltz, który wcielił się w rolę łowcy głów, dr Kinga Schultza, który całkowicie przyćmił głównego bohatera, granego przez Jamie Foxx’a. Swój kunszt aktorski zaprezentowali także Samuel L. Jackson w roli demonicznego, zdradzieckiego służącego, czy Leonardo DiCaprio, który był idealny grając znudzonego dandysa.

I najprawdopodobniej Tarantino nie otrzyma Oskara, dla mnie jednak jest to film roku i trudno mi wyobrazić sobie, konkurenta, który zrobiłby na mnie większe wrażenie, chociaż z drugiej strony, z przyjemnością taki film bym obejrzał.



Co „TO”?

Niedawno ukazała się wyczekiwana przez mnie, nowa płyta formacji Strachy Na Lachy zatytułowana „To”. Niestety, płyta straszliwie mnie rozczarowała. Po jej przesłuchaniu w mojej głowie pozostało pytanie „Co To?” Mam ogromny szacunek do twórczości Grabaża, ale „To” co stworzył wspólnie z kolegami chyba jest pomyłką. Może kontrakt wymagał nagranie czegoś, albo pieniądze były im niezbędne by móc pozapłacać rachunki? Już dziwna okładka, skłaniała do ostrożności. Płyta totalnie mnie znudziła. Jest na niej kilka dobrych utworów, tak mniej więcej do połowy, całkiem przyjemnie się jej słucha, ale później zaczyna być coraz gorzej. Mam wrażenie, jakby tych kilka ostatnich kawałków zostało zrobionych na siłę, aby czymś wypełnić miejsce. Zresztą już od jakiegoś czasu można zauważyć, że Grabaż nie ma pomysłów, no bo czemu miały służyć dwie płyty z samymi coverami – no chyba, że chodziło o „łatwą kasę”. Szkoda, bo jego teksty, zwłaszcza pisane dla Pidżamy kiedyś bardzo mi pomogły. Utwory Pidżamy dały mi sporo siły i ułatwiły walkę z dołem, można powiedzieć, że mam mały dług wobec ich autorów. Może to tylko chwilowy kryzys i za rok, albo dwa Strachy wydadzą płytę, która wejdzie do kanonu polskiego rocka. Tego przynajmniej Grabażowi i spółce życzę.

Poniżej najlepszy utwór z płyty „To”. Mam wrażenie, że poprzez ten wpis stałem się jego bohaterem.




Świat to piekło. World Press Photo 2013

Oglądając zdjęcia nagrodzone w ostatniej edycji World Press Photo, trudno jest oprzeć się takiemu właśnie wrażeniu. Większość wyróżnionych prac prezentuje konflikty zbrojne, ich ofiary, czy ludzi „wykluczonych”, których życie w niczym nie przypomina standardów wykreowanych przez seriale telewizyjne. I nawet w kategorii Natura, odnaleźć możemy zdjęcia, w których człowiek znęca się nad zwierzętami. Widocznie organizatorzy konkursu stawiają sobie za cel, budzenie sumień Zachodu, zadowolonego z własnego dobrobytu i nie koniecznie chcącego słuchać o tym, co dzieje się w innych regionach świata. Bo przecież dobrze wiem, że nasza planeta, nie jest aż tak piekielnym miejscem, jakby można wywnioskować na podstawie zdjęć konkursowych. Zresztą i wśród nich można odnaleźć na to dowody.



 

 

Pola, lasy, łąki…

Nagłe ocieplenie, połączone z deszczem, które zaskoczyło nas w zeszłym tygodniu, sprawiło, że jakiekolwiek wędrówki stały się wręcz nieprzyjemne. Tony błota, jakie powstało po błyskawicznych roztopach i siąpiący deszcz sprawiły, że nie tylko trudno byłoby w spacerze odnaleźć jakąkolwiek przyjemność, ale przede wszystkim chodzenie po rozmokłej ziemi, stało się wręcz niemożliwe. Na szczęście ostatnio pogoda się nieco wyklarowała, chwilami nawet pojawiało się słońce, więc korzystając z okazji ruszyłem do lasu i na pobliskie pola. Mam to szczęście, że całkiem niedaleko mojego domu, znajduje się kilka ciekawych miejsc i tylko od mojego nastawienia zależy, czy będzie to wędrówka wśród drzew, czy będą to skałki Góry Chełmskiej, stary kamieniołom,  a może brzeg Odry.  

 

 

 

zawsze czujna

 

 

nigdy nie wiadomo kogo spotka się na szlaku

 



Znikające wydawnictwa

To, że Polacy nie czytają wiadomo już od dawna. Efekty tego można zauważyć, a właściwie usłyszeć, w każdym sklepie, urzędzie, czy w autobusie, kiedy to ludzie o bardzo skromnym zasobie słownictwa chcą przekazać innym jakąś odkrytą przez siebie mądrość. Cena książek, którą w zeszłym roku podbił jeszcze podatek vat, sprawia, że coraz mniej ich się sprzedaje. Książka powoli staje się towarem luksusowym, coraz trudniej dostępnym i droższym. Spadająca sprzedaż powoduje, że zaczynają bankrutować kolejne wydawnictwa. Najpierw PIW, chociaż tutaj wina leży w dużej mierze po stronie zarządzających Instytutem, którzy nie byli w stanie przystosować się do nowych warunków, jakie zaistniały po 1989 roku. Od kilku miesięcy wiadomo także o wycofaniu się z Polski firmy Weltbild, właściciela wydawnictwa Świat Książki. Jeszcze nie wiadomo, co stanie się z wydawnictwem, które stało za wieloma wydawniczymi przebojami, zawsze dbając o jakość swoich produktów. W zeszłym tygodni z kolei wydawnictwo Słowo / Obraz Terytoria ogłosiło upadłość. Jak się okazuje nawet oficyna, która specjalizowała się w podręcznikach akademickich, nie jest w stanie utrzymać się na rynku, jak wiadomo, studenci z książek raczej nie korzystają. Być może przetrwa, jako wydawca e-booków, które powoli stają się coraz ważniejszym elementem naszego rynku wydawniczego. Czytanie w tej formie jakoś szczególnie mi nie przeszkadza, jednak zdecydowanie wolę książkę papierową.

Dla mnie książki są artykułem pierwszej potrzeby. Książka jest podstawowym źródłem wiedzy, a także stanowi ulubioną rozrywkę, więc naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, sytuację, w której byłaby ona dla mnie niedostępna. Z czasem sytuacja na rynku wydawniczym powinna się ustabilizować, może także, dzięki usługom abonamentowym, zarówno nowości, jak i klasyka będą powszechnie dostępne w sieci. Z pewnością czeka nas wiele zmian, ale książki nie znikną, dla wielu pozostaną, bezcennym narzędziem ich rozwoju.



 

 

 

Kto następny? Czy książka przetrwa?

Świstak przepowiada

Każdego roku 2 lutego (już od 1887 r.), w amerykańskim miasteczku Punxsutawney, świszcz o imieniu Phil, przepowiada jak długo jeszcze potrwa zima. Jeśli wychodząc z norki zobaczy on tego dnia cień, oznacza to, że zima potrwa jeszcze sześć tygodni, a kiedy go nie ujrzy, zwiastuje to rychłe pojawienie się wiosny. I właśnie wczoraj, Phil został brutalnie wyrwany z zimowego snu i jak twierdzą świadkowie nie odnalazł swojego cienia. Ku radości zgromadzonej gawiedzi obwieszczono prędkie zakończenie zimy. Rewelacje te potwierdził także ukraiński kuzyn Phila, świstak Tymko z Charkowa. Jakie było moje zdziwienie, kiedy rano odsłoniłem okno i zamiast zwiastunów zbliżającej się wiosny, dostrzegłem swój własny cień, wyraźnie rysujący się na białym śniegu. Czyżby świstaki zagrały nam na nosie?