Kategoria: seriale

Krótko o… serialach cz. 4

Westworld – sezon 2

Kiedy obejrzałem pierwszy sezon tego serialu byłem zachwycony i chociaż chciałem, żeby skończył się na tych dziesięciu odcinkach, to z drugiej strony byłem bardzo ciekaw, w jaki sposób państwo Jonathan Nolan i Lisa Joy pokierują dalszą historię. I muszę przyznać, że się nie rozczarowałem. Tu dopiero zaczęła się jazda. Hosty walczą o wolność. Ale czym jest wolność? Każdy odcinek ogląda się z rosnącym napięciem, a kiedy przychodzi finał wiemy, że następny sezon będzie jeszcze ciekawszy.

 

Zadzwoń do Soula – sezon 4

Tak właśnie Jimmy McGill zmienił się w Saula Goodmana. W tym sezonie Jimmy będzie musiał sobie poradzić z rocznym zakazem wykonywania zawodu adwokata i będzie to robił na swój, jak zwykle, bardzo kreatywny sposób. Każdy kolejny sezon jest świetny i jak dotąd jakość serialu nie spada. Bob Odenkirk jest fantastycznym aktorem. Ciekawe na jak długo autorom serialu starczy jeszcze pomysłów? Jedyne zastrzeżenie jakie mam to, to, że ciężko oglądać aktorów, którzy w wyraźny sposób postarzali się od czasu Breaking Bad, a grają osoby o kilka lat młodsze.

 

House of Cards – sezon 6

A na koniec coś, czego nie polecam, czyli zamknięcie tak świetnie rozpoczętego serialu jakim jest House of Cards. Już od sezonu 4 widać było, że twórcom brakuje pomysłów, a kiedy jeszcze musieli zmierzyć się z realizacją serialu bez Kevina Spacey’ego, po prostu nie dali rady. Pomimo kilku błyskotliwych pomysłów, większość serialu to straszliwie męcząca dłużyzna. I tak właściwie wszystko kręci się wokół Franca Underwooda. A kiedy po koszmarnej scenie finałowej, pojawiły się napisy końcowe odczułem wielką ulgę, że to już koniec. Ja dotrwałem do końca, a wiem, że sporo osób podarowało sobie po pierwszych odcinkach.

Krótko o… serialach cz. 3

Homeland – sezon 7

Kiedy w 2011 r. pojawił się serial Homeland, była to prawdziwa rewelacja. Wzbudzał emocje, fascynował i wywoływał dyskusje. Jednak siódmy sezon tego serialu, to zdecydowanie produkcja, która nigdy nie powinna powstać. Już poprzedni sezon był męczący, ten jest po prostu straszny. Pełno tu błędów, nielogicznych ciągów zdarzeń i do tego przeokropna Claire Danes w roli głównej bohaterki, Carrie Mathison, byłej agentki CIA. Całość jest wyjątkowo męcząca i jak pierwsze sezony serialu z fascynacją pochłaniało się odcinek za odcinkiem, tak przy jego siódmej odsłonie, ciężko jest wytrzymać do końca odcinka. Wyjątkowo nie polecam. Niestety, ma powstać jeszcze jeden sezon, miejmy jednak nadzieję, że zgodnie z zapowiedziami, będzie to już zamknięcie serii. A może na koniec uda im się przywrócić serialowi blask i świeżość pierwszych sezonów?


 

Rozczarowani

Jeśli ktoś lubi humor i stylistykę Simpsonów, koniecznie musi zobaczyć najnowszą produkcję Matta Groeninga, twórcy tej legendarnej serii, czyli serial pt. Rozczarowani. I mogę zapewnić, oglądając tę kreskówkę, nie będzie rozczarowany. To taka antybaśń, która dosyć mocno wyśmiewa się z filmów typu Gra o tron i ogólnie wszelkich opowieści z gatunku pseudośresniowiecze-fantasy. Główna bohaterka, księżniczka Bean pije i się łajdaczy, a towarzyszy jej w tym elf gamoń oraz minidemon, którego wszyscy biorą za gadającego kota. Rozczarowani to przede wszystkim świetna rozrywka.


 

Dolina krzemowa – sezon 5

Serial nadal bawi, chociaż brakuje w nim jednej z kluczowych postaci (Erlicha Bachmana), motyw przewodni, czyli praca nad „nowym internetem” wydaje się nieco naciągany. Jednak wciąż pełno w nim inteligentnego humoru, a wszystko to w realiach Doliny Krzemowej, czyli miejsca, w którym wykuwa się przyszłość. Autorzy pokazują w krzywym zwierciadle funkcjonowanie korporacji, krytykując przy okazji ich drapieżność i krótkowzroczność. A postać Gavina Belsona, to prawdziwe mistrzostwo. Gorąco polecam, sam raz by rozgrzać się śmiechem w zimne jesienne wieczory.


Krótko o… serialach cz. 2

Billions – sezon 3

Produkcja Showtimu, która potrafi zaskoczyć. I wciąż nie rozumiem tego, że przynajmniej w Polsce o tym serialu jest cicho. Jak dla mnie to jeden z najlepszych seriali jakie kiedykolwiek powstały. Śmiało można go stawiać obok House of Cards, Rodziny Soprano, czy pierwszych sezonów Homeland. Autorom tej produkcji, udało się utrzymać napięcie z poprzednich dwóch sezonów, wynikających z wojny pomiędzy biznesem a sprawiedliwością. Wprowadzili także kilka nowych ciekawych wątków i postaci. A do tego jeszcze spora dawka humoru. Billions to doskonała opowieść o przenikaniu się biznesu i polityki, a gdzieś tam po środku siedzi biedny, szary człowiek, który niewiele ma do powiedzenia, a który najbardziej odczuje wyniki rywalizacji tych kilku, którzy mają jakikolwiek wpływ na to co się wokół nas dzieje.

Fargo sezon 3

Serial, który obejrzałem z rocznym poślizgiem, czego mogę tylko żałować. I znów zaskoczenie. Historia rozwala i jeśli prawdą jest to, że powstała ona na bazie prawdziwych wydarzeń, w co trudno jest uwierzyć, to faktycznie, rzeczywistość pisze najlepsze scenariusze. W trzecim sezonie Fargo warto wspomnieć o dwóch (a właściwe trzech) kreacjach aktorskich. David Thewlis wcielił się w czarny charakter i zagrał postać odrażającą a jednak fascynującą. Ewan McGregor z kolei wciela się w dwóch skłóconych ze sobą barci i w obu przypadkach robi to bardzo sugestywnie. A sama historia? Cóż, żeby zbyt wiele nie zdradzić, nie zadziera się z siłami, których się nie zna. Opowieść wciąga i to mocno, trzyma w napięciu do ostatnich chwil i jeśli to historia prawdziwa, to nie chciałbym, żeby coś takiego mi się przytrafiło. A na koniec ważna, pozytywna informacja: będzie sezon 4!

GLOW sezon 2

Trykoty, fryzury trzymające się dzięki tonom lakieru do włosów i pop rock, czyli cudowne lata osiemdziesiąte. To wszystko można odnaleźć w genialnym serialu Netflixu GLOW. Olśniewające wrestlerki powracają, a przygotowywane przez nie show znów olśniewa. A przynajmniej bawi. I to jest największa zaleta tego serialu, naprawdę świetna zabawa w klimacie retro. I chociaż ten sezon jest wyraźnie słabszy od pierwszego, to i tak zabawa jest przednia. Myślę, że GLOW to doskonała propozycja na wakacyjny odpoczynek

 

 

 

Krótko o… serialach

Zdarza się, że podczas zaplanowanego od dawna urlopu pogoda robi psikusa i zamiast rozpieszczającego nas słońca, mamy wk…jącą ulewę. I co robić by uratować tych kilka dni wolnego od pracy. Tu z pomocą przychodzą różne kanały sreamingowe. A niech pada, niech obrywają się chmury, wypluwając z siebie całe masy wody. Przecież zawsze można w tym czasie dać się pochłonąć jednemu z dziesiątków, fascynujących seriali. A o to kilka przykładów:

Happy!

To nie jest serial dla każdego. Niepoprawny politycznie, chwilami wręcz niecenzuralny, ale do tego zabawny (czarny humor), nieprzewidywalny, a przez to bardzo ciekawy. Łowny bohater, Nick Sax (grany przez Christophera Meloni), jest fantastyczny. Happy! To ekranizacja komiksu, którego nie chcesz pokazać swoim dzieciom, chociaż samemu nie przegapisz nawet jednej strony. I taki właśnie jest ten serial, w sam raz na wieczór, kiedy zmęczone dzieciaki w końcu pójdą spać.

Altered Carbon

Najdroższy serial wyprodukowany przez Natflixa. I to widać, wizualnie wspaniały. Nie wiem, dlaczego fantasy jest popularniejsze od cyberpunka, który bliżej dotyka rzeczywistości. Mało tego, pokazuje ewentualne, negatywne skutki, rozwoju naszej cywilizacji. I właśnie tego dotyka ten serial. No, ale bajki zawsze lepiej się sprzedawały od pesymistycznych przepowiedni. Serial posiada świetny klimat

Piraci

Nie do końca rozumiem fascynację serialem Wikingowie, które w warstwie fabularnej jest dosyć niedopracowany, liczne dłużyzny, sprawiają, że oglądam go zawsze nieco go przewijając. Za to udało mi się znaleźć serial kostiumowy, który mnie zafascynował, pomimo tego, że jako historyka bardziej interesują mnie czasy o  których opowiadają Wikingowie. To brytyjski serial Piraci. Zrealizowany z wielki rozmachem, w końcu XVII wieczne galeony, to jakby nie było, okręty robiące znacznie większe wrażenie niż normańskie drakkary. A do tego jeszcze karaibskie klimaty. I fabuła, która rozwija się z odcinka na odcinek, bez zbędnego przedłużania. W ciągu czterech sezonów dostajemy zamkniętą, bardzo fascynującą opowieść, a kiedy kończy się ostatni odcinek z jednej strony jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani z historii, którą pochłonęliśmy, chociaż zostaje mały niedosyt, że nie spotkamy już więcej kapitana Flinta i Johna Silvera. Tutaj nawet (zwłaszcza) czarne charaktery są fascynujące. Bardzo polecam, jeden z najlepszych seriali jakie oglądałem.

Za co uwielbiam „Twin Peaks”?

Kiedy przeczytałem gdzieś, że David Lynch przymierza się do nakręcenia kontynuacji  Twin Peaks, jednego z najbardziej niezwykłych seriali w historii telewizji poczułem radość połączoną z ekscytacją. Jednak kiedy zacząłem się nad tym zastanawiać, pojawiły się obawy. Po co grzebać, w czymś, co jest już doskonałe? Kontynuacja po 25 latach, przecież to nie może się udać. A tak, w ogóle po co odgrzewać dość leciwe kotlety? Zamiast odcinać kupony od sukcesu sprzed lat, może w końcu Lynch nakręci znów coś nowego. I kiedy z końcem maja, pojawiły się pierwsze odcinki z ogromną niepewnością, pełen sceptycyzmu, zasiadłem do oglądania. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze. Dziwaczne dialogi, powolna kamera, sceny podczas których właściwie nic się nie dzieje i efekty sprzed ćwierćwiecza. Jednak już przy trzecim odcinku, czułem się całkowicie pochłonięty tym, co dzieje się na ekranie. Miałem wrażenie, że to nie są nakręcone po 25 latach nowe odcinki, ale odkryty niedawno trzeci sezon zrealizowany zaraz po dwóch poprzednich, tylko z postarzałymi aktorami. Właściwie wszystko, klimat, muzyka, sposób realizacji, było takie jak dawniej. I powróciło uwielbienie dla twórczości Lyncha. Jedną z największych zalet filmu jest Kyle MacLachlan, tutaj w podwójnej roli Dale Cooper i Dougiego Jonesa. To naprawdę rewelacyjny aktor i z pewnością, bez niego nie byłoby Twin Peaks. Świetne było także to, że Lynch powrócił do tak wielu motywów i postaci ze starego serialu. Zresztą to właśnie ta galeria oryginałów i szaleńców, przyczyniły się do sukcesu filmu. I kiedy skończyłem oglądać ostatni odcinek, z jednej strony czułem się bardzo usatysfakcjonowany, Lynch nie tylko nie zepsuł legendy, ale dodał do niej kolejny, bardzo ważny element. Z drugiej jednak strony, miałem poczucie niedosytu, tych 18 odcinków, to dawka uzależniająca, po której pozostaje ogromny głód. Więc za co tak bardzo uwielbiam Twin Peaks?

za klimat, czyli atmosferę tajemnicy i niezwykłości!

za muzykę!

za niesamowite postacie, każdy tam jest wyrazisty, po prostu jakiś!

za poczucie humoru!

za brak schematu, który pozwoliłby przewidywać z czym wyskoczy Lynch!

za to, że nawet kilkukrotne obejrzenie, nie pozwala zrozumieć!

za to, że pragnę wracać do Twin Peaks!


Moje seriale cz. 2

Netfilix po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczył. Mindhunter to wyreżyserowany przez mistrza thrillerów Davida Finchera, serial opowiada o próbie stworzenia przez FBI profili psychologicznych przestępców, poprzez badania prowadzone na sprawcach najbardziej przerażających zbrodni w Stanach. Postać głównego bohatera Holdena Forda jest inspirowana prawdziwą postacią jednego z najsłynniejszych profilerów, Johna Douglasa. Serial bardzo mocno wciąga, kiedy nagle skończył się ostatni, dziesiąty odcinek, trudno było uwierzyć w to, że to już. Świetnie zbudowane postacie, scenariusz pozbawiony dłużyzn, i naprawdę dobra realizacja i chyba największą wadą serialu jest to, że trzeba będzie wytrwać rok, zanim pojawi się kontynuacja. Warto obejrzeć Mindhunter, chociaż by po to by zadać sobie pytanie o korzenie zła, tego pierwiastka, który jest w każdym z nas.


Tuż przed świętem Helloween, miała premiera drugiego sezonu Netflixowego hitu sprzed przeszło roku Stranger Things. I chociaż nie było tu już nic zaskakującego, w końcu to kontynuacja, to miło było ponownie przenieść się w lata 80-te, czyli do czasów dzieciństwa. I chociaż przez pierwsze odcinki akcja dosyć powoli się rozkręca, ale później, jak już akcja się rozkręci jest naprawdę nieźle. Podoba mi się też to, że serial stał się nico mroczniejszy. Autorzy serialu wyjaśnili kilka tajemnic, takich jak historia Jedenastki, nieco więcej opowiedzieli też o tamtej stronie. Realizacji rewelacyjna. I jak denerwuje mnie Winona Ryder, tak dzieciaki grają rewelacyjnie. Wadą jest jednak to, że serial jest taki krótki, to zaledwie dziewięć odcinków, które bardzo szybko się kończą. Na pocieszenie pozostaje wiadomość o tym, że będzie sezon trzeci.


Moje seriale cz.1



Kiedy wszyscy emocjonują się kolejnymi odcinkami siódmego sezonu Gry o tron warto czasem w kontrze, poszukać czegoś innego.  Oto kilka moich typów i wcale nie twierdzę, że są one w czymś lepsze. Po prostu, są to seriale, na które warto poświęcić swój czas.

Zadzwoń do Saula sezon 3

To obok Hause of Cards i Stranger Things jedna z najlepszych produkcji Netflixa. Spinn off świetnego Breaking Bad, który skupia się na losach pobocznych postaci tego serialu. W trzecim sezonie powoli zaczyna się rodzić Saul Goodman, chociaż Jimmy McGill (w tej roli niesamowity Bob Odenkirk), próbuje jeszcze postępować właściwie, ale dzięki swojemu starszemu bratu, powoli ewoluuje w stronę cwaniaka, jakim później będzie jako Saul. Relacje pomiędzy braćmi są dowodem na to, że z rodzina najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Mamy tutaj kilka ciekawych zwrotów akcji. A przy okazji możemy poznać losy Mika, który przysłużył się głównemu bohaterowi Breaking Bad, a także w jaki sposób swoje narkotykowe imperium zbudował Gustavo Fring. Serial mocno wciąga, ale niestety, każdy sezon to jedynie 10 odcinków.

Starzy bogowie powracają, czyli „Amerykańscy bogowie” sezon 1

Duszą współczesnego człowieka zawładnęła kasa, media, internet, zastępując religię. Właściwie stały się bogami. A co z tymi, którym dawniej ludzie oddawali cześć? Może jeszcze gdzieś dogorywają? A może szykują się do ostatniej wojny o władzę nad ludzkim sercem? Taką właśnie sytuację przedstawił w swojej świetnej książce „Amerykańscy bogowie” Nail Gaiman. Ten sam tytuł nosi serialowa ekranizacja tej książki. Świetnie zrealizowany serial, są chwile, kiedy niektóre ze scen robią piorunujące wrażenie. A do tego bardzo dobra kreacja Iana McShane’a, który wcielił się w najważniejszego z nordyckich bogów. Podobnie jak książka, serial jest doskonałą zabawą z różnymi mitologiami, do których tak często w swojej twórczości sięga Gaiman. Niestety, serial „Amerykańscy bogowie” to tylko osiem odcinków i właściwie jest to zaledwie wprowadzenie do czegoś większego, wstęp do wojny starych bogów o ludzką duszę.

GLOW sezon 1 powrót do przeszłości

A jeśli komuś czegoś brakuje w drugiej dekadzie XXI wieku, zawsze może przenieść się w czasie. A możliwe jest to, za sprawą serialu GLOW (znów produkcja Netflixa), którego akcja rozgrywa się na początku kolorowych i kiczowatych jednocześnie, lat 80-tych XX wieku. Okropne fryzury, jeszcze gorsze ubrania i przesadny makijaż doprawiony brokatem, to wszystko, podobnie jak kanciaste samochody i naprawdę świetna muzyka znalazły się w tym serialu. A opowiada on o próbie stworzenia pokazów kobiecego wrestlingu. Jest zabawnie, ale co najważniejsze, nie głupio. Świetnie dobrani aktorzy, a klimat tamtej epoki oddany został na tyle dobrze, że odnosi się wrażenie, że serial powstał właśnie wówczas. Moim skromnym zdaniem GLOW to prawdziwa, serialowa perełka.