Miesiąc: Listopad 2013

Szczęśliwe życie w Szczęśliwej Ziemi

Z pewnością każdy z nas ma marzenie, którego spełnienie, przynajmniej w naszym mniemaniu, zagwarantowałoby nam szczęście. Co bylibyśmy w stanie poświęcić by mogło się ono spełnić? Duszę, przyjaźń, wolność…? A gdyby można było spełnić je bez jakichkolwiek wyrzeczeń? Myślę, że w takim wypadku, każdy poszedłby na to bez chwili zastanowienia. Tak właśnie zrobili bohaterowie najnowszej książki Łukasza Orbitowskiego „Szczęśliwa Ziemia”. Czworo przyjaciół dorastających w anonimowym, dolnośląskim miasteczku Rykusmyku, poświęca kumpla by móc spełnić swoje pragnienia. W życiu jednak nie ma nic za darmo. Kapryśna, tajemnicza siła, spełnia ich życzenia, ale w bardzo przewrotny sposób. Każdemu z nich spełnia się wypowiedziane życzenie i każdy z nich z pewnością wolałby, żeby to nigdy nie nastąpiło. Wydaje nam się, że samo spełnienie marzenia, sprawi, że nasze życie będzie szczęśliwe. Okazać się jednak może, iż jego konsekwencje są dla nas nie do zniesienia. To co dla nas jest szczęściem, dla innych może stanowić spory kłopot. No i pamiętać trzeba także o tym, że wszystko ma swoje miejsce i czas, więc jeśli pojawi się nie spełniając tych warunków, zamiast szczęścia może przynieść klęskę.

„Szczęśliwa Ziemia” to książka, od której nie sposób się oderwać. Mamy w niej do czynienia z kilkoma fascynującymi opowieściami. Już sam obraz Polski ostatnich 30 lat jest bardzo ciekawy, zwłaszcza, że z autorem łączy mnie rok urodzenia i co za tym idzie, dosyć podobne doświadczenia. I chociaż skończyłem czytać ją przed dwoma tygodniami, wciąż tkwi mi ona głęboko w głowie.


Pierwszy śnieg

Kiedy dziś o poranku wyjrzałem przez okno, na widok kilkucentymetrowej warstwy białego puchu, w myślach wyrwało mi się szpetne przekleństwo. Zaczęło się. Nic już nie odwoła zimy. I znów czekają nas problemy z dojazdem do pracy, ciągłe zimy i wzrost wydatków na ogrzewanie.

Gdy jednak wyszedłem z psem na poranny spacer, zapomniałem o tym wszystkim. Patrząc na oszałamiającą, szczerą radość mojej psiny, spowodowaną nagłym pojawieniem się śniegu, trudno było myśleć o złych stronach zimy. Przez chwilę miałem wrażenie, że Megi zwariowała. Skakała, w szaleńczym tempie robiła wiraże w śniegu, by przez chwile się w nim potarzać, a później sprintem biec przed siebie. Przez krótką chwilę miałem ochotę do niej dołączyć. Nie przepadam za zimą, ale może nie będzie tak źle. Oby tylko nie było jak podczas poprzedniej, trzy miesiące bez słońca. Wówczas trudno jest wytrzymać a w głowie zaczynają się dziać dość nieprzyjemne rzeczy.

Później wyszło słońce i stopiło śnieg. Teraz, przynajmniej do kolejnych opadów, zima ustąpiła.



Inne niesamowite zdjęcia śniegu znajdziecie tutaj

Opowieść trwa dalej

Kiedy kilka tygodni temu dowiedziałem się o tym, że w krótce ukaże się nowa książka Andrzeja Sapkowskiego, poczułem niepokój. Z pewnością wpływ na to miała nieudana „Żmija”. Wciąż jeszcze pamiętam jak męczyłem się by dobrnąć do końca, bo jeśli nie przez sympatie dla autora, to przynajmniej za względu na wydane na książkę pieniądze, chciałem ją dokończyć. Wiadomość, że będą to nowe przygody wiedźmina wcale mnie nie uspokoiła. Pomyślałem, że komuś zależy jedynie na kasie, dlatego ożywia uśmierconego przed laty bohatera. Pomimo tych obaw, gdy tylko ukazała się książka musiałem po nią sięgnąć. W polskiej popkulturze nie ma bardziej wyrazistej i lepiej skonstruowanej postaci niż Wiedźmin. To nie tylko książki Sapkowskiego, białowłosy pogromca potworów stał się bohaterem komiksów, filmu (nieudanego) i gier (zresztą naprawdę udana, już nie mogę doczekać się trzeciej części).

Muszę przyznać, że Sapkowskiemu udało się wyjść zwycięsko z próby powrotu do Wiedźmina. Najważniejsze, aby przetrwać początek książki (tak około 1/3), później akcja nabiera rozpędu i jest coraz lepiej, tak, że kiedy kończymy czytać, chcemy tylko więcej. Brakowało mi w zasadzie dwóch rzeczy, dużej dawki humoru podszytego sarkazmem, co było cechą charakterystyczna dotychczasowych historii Sapkowskiego oraz licznych odwołań do współczesności. Pomimo tych mankamentów wyszło znacznie lepiej niż się spodziewałem. Sapkowski jest w całkiem niezłej formie i ma nadzieję, że możemy spodziewać się kolejnych opowieści o Geralcie z Rivii. Nie rozumiem tylko niechęci wydawnictwa wobec e-booków. Piraci i tak zdigitalizowali „Sezon burz”, a przez upór i niezrozumienie zmian, które ostatnio zachodzą i wydawcy jak i sam autor przynajmniej kilka złotych stracili.

Kto Wiedźmina ceni niech po „Sezon burz” sięgnie, a kto z postacią łowcy potworów jeszcze się nie zetknął, niech lepiej zacznie od wcześniejszych historii z wiedźmińskiego świata.



Listopadowe zachody słońca

Dni są coraz krótsze, jednak wczesne zachody słońca mają jedną zaletę, wypadają akurat podczas popołudniowego spaceru z moją psiną, a to oznacza, że mogę częściej niż do tej pory je obserwować. A stanowią one niezwykle piękne zjawisko, oczywiście pod warunkiem, że dzień nie był zbyt pochmurny.



 

 

 

 

 

 

 

 

Wieczorne spacery z psem

Każdego wieczoru w okolicach godziny 22 wychodzę na ostatni spacer z Megi. O tej porze roku, te krótkie wędrówki, mają swój specyficzny klimat. Jak tylko wyjdę przed moją kamienicę muszę przedostać się przez gęstą mgłę, której źródłem są kominy pobliskich budynków. Tak się akurat składa, że właśnie o tej porze moi sąsiedzi po raz ostatni przed snem, dokładają do pieców, wrzucając do ich rozgrzanych trzewi węgiel, drzewo, papiery i plastiki. Ta mieszanka komponuje się w wyjątkowy fetor, przez który staram się jak najszybciej przedostać. Nie zawsze jest to jednak możliwe, czasami brak wiatru sprawia, że smród i mgła są wszędzie. Niskie temperatury sprawiły, że zniknęły zombie, tak charakterystyczne dla cieplejszych miesięcy, starające się chwiejnym krokiem, dotrzeć do swoich siedzib, sunąc od jednej krawędzi chodnika do drugiej. Wydają przy tym przedziwne dźwięki, coś pomiędzy jękiem, śpiewem, a bełkotliwą recytacją, w tylko im znanym języku. Czasami, kiedy wyjdę poza zabudowania, mogę poobserwować gwiazdy, co swoja drogą bardzo lubię, jednak liczba bezchmurnych nocy jest na tyle niewielka, że zdarza się mi to niezwykle rzadko.

Wieczorny spacer pozwala mi się wyciszyć. Chłodne powietrze doskonale studzi umysł po intensywnej lekturze, czy emocjonującym seansie filmowym, powoli przygotowując się do snu.



 

Mordują książkę!

W kraju, w którym 60 % ludzi nie sięga po książkę ( w tym 34 % osób z wyższym wykształceniem), a zaledwie nieco ponad 11 % można uznać za zdeklarowanych czytelników (przeczytali przynajmniej siedem książek w ciągu roku), państwo próbuje wprowadzić regulacje, narzucające ich wysokie ceny. Wszystko za sprawą ustawy, która powstaje pod naciskiem lobby księgarskiego, wprowadzającej stałą cenę na nowe książki, która obowiązywałaby przez 18 miesięcy od jej ukazania się. W ten sposób zniknęłyby promocje prowadzone przez portale internetowe, które pozwalają kupić je znacznie taniej. Dodatkowo księgarze, próbują nakłonić ustawodawcę, do regulacji zakazujących sprzedaży podręczników w internecie. Za cenę ratowania księgarń, książka stanie się dobrem luksusowym. Sprzedaż spadnie, a księgarnie i tak, w końcu trzeba będzie zamknąć. Kiedy słyszę o podobnych pomysłach, w głowie zaczynają rodzić mi się teorie spiskowe. Zaczynam odnosić wrażenie, że ktoś robi wszystko, aby społeczeństwo było durne, bo głupcami jest łatwiej manipulować. W dzisiejszych czasach nie potrzeba palić książek, wystarczy narzucić ich wysoką cenę, a informacja i wiedza będzie dostępna dla nielicznych.



Ludzkie cechy

W sobotę można było znaleźć informację o awarii systemów jednego z większych polskich banków oraz sieci bankomatów. Z pewnością wiele osób, które nie mogły skorzystać z ich usług było wściekłych z bezradności. A co gdyby nagle z jakiejś tajemniczego powodu przestała do nas docierać elektryczność? Wówczas nie tylko nie można byłoby wypłacić pieniędzy. Przestały by działać komputery, nie byłoby ogrzewania, zaczęłaby się psuć żywność w nieczynnych lodówkach. Ja nawet książki czytam w wersji elektronicznej, więc musiałbym przeprosić się z ich tradycyjną wersją. Spora część ludzi pewnie nie potrafiłaby sobie poradzić w nowych warunkach, z tych, którzy by przetrwali, zaczęłyby wychodzić najgorsze cechy. Człowiek należy do nielicznych zwierząt, dla których najważniejsze jest jego własne dobro. Aby mógł przetrwać zrobi wszystko, niszcząc każdego, kto spróbuje mu w tym przeszkodzić, nie zważając na wcześniejsze więzi czy uczucia. Na Ziemi nie ma chyba drugiego, tak samolubnie wyrachowanego stworzenia.

Kiedy przestanie istnieć cywilizacja i zacznie się walka o przeżycie, ważność stracę religia, moralność, humanitaryzm. Nasz gatunek jest zdolny do najokropniejszych czynów, co już wielokrotnie dowodziliśmy. Współcześni twórcy często sięgają po ten motyw, próbując dywagować, co się stanie, gdy nastąpi kres naszej cywilizacji. Pisze o tym Cormac Mc Carthy w swojej wyśmienitej „Drodze”. Jeszcze bardziej przerażająco przedstawione to zostało w komiksie „Żywe Trupy”, w którym najbardziej przerażające są nie zombie, a właśnie ludzie.

To oni są prawdziwymi potworami, gotowymi do najbardziej przerażających okrucieństw. Jest coś straszliwego w naszym gatunku. Chyba tylko wśród naczelnych, najważniejsze jest nie dobro grupy (gatunku), ale poszczególnej jednostki. Człowiek to prawdziwe monstrum, z którym żaden potwór nie może się równać, temu zresztą zawdzięczamy to, że udało nam się zawładnąć niemal całą planetą. Zresztą nie trzeba końca świata, my działamy właśnie w ten sposób przez cały czas.

Jest jednak w ludziach jedna cecha, która rodzi nadzieję, nasza chęć tworzenia. Umiejętność kreowania, jest najwspanialszą umiejętnością naszego gatunku.