Kategoria: film

Biały Dom(ek) z kart

„House of Cards” to z pewnością jeden z najlepszych seriali w historii . Początkowo Netflix, który jest odpowiedzialny za jego produkcję zarzekał się, że zostanie on zamknięty sezonem drugim. Jeśli tak by się stało, to moment, kiedy bezwzględny polityk Frank Underwood (grany przez Kevina Spacey’ego) zdobywa urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, byłby doskonałym zakończeniem. Serial można byłoby wówczas uznać za arcydzieło. Ogromny sukces sprawił, że twórcy serialu nie odpuścili i wkrótce po ostatnim odcinku drugiego sezonu, zaczęli prace nad kolejnym. I muszę przyznać, że pomimo mojego początkowego sceptycyzmu, trzeci sezon „House of Cards” jest całkiem udany. Przede wszystkim, prezydentura Underwooda okazuje się bardzo trudna, walczyć musi nie tylko z opozycją republikanów, ale także przestaje go wspierać go własna partia. Underwood to jednak prawdziwa polityczna bestia, która nie poddaje się, a kiedy zostaje otoczona, staje się śmiertelnie niebezpieczna. Duża część filmu to głębsza analiza związku Franka z Claire (doskonała Robin Wright), teamu, który stworzył prezydenta Underwooda. Frank jest tutaj jeszcze bardziej demoniczny, coraz częściej widzimy go bez maski, przestaje wobec ludzi, zwłaszcza tych z najbliższego otoczenie, cokolwiek udawać. Ludzie są dla niego jedynie narzędziami, które mają mu umożliwić utrzymanie władzy. Przy końcu serialu widzimy go wciąż triumfującego, ale stojącego nad przepaścią. Wszystko wskazuje na to, że za rok, okaże się, że Biały Dom Underwooda jest zbudowany z kart i większy wiatr po prostu go zdmuchnie.

I chociaż trzeci sezon „House od Cards” nie jest pozbawiony wad i niedoróbek (nieścisłości) scenariuszowych, to po jego obejrzeniu trudno mi jest znaleźć coś, co byłoby w stanie tak mocno mnie wciągnąć. Większość produkcji, które są nam serwowane jest po prostu nudna.


Wachowscy – wzloty i upadki

W 1999 roku wówczas bracia Wachowscy, zaskoczyli świat filmem „Matrix”. Filmem, który był nie tylko naszpikowanym efektami specjalnymi klipem, ale stawiał bardzo istotne pytanie, czy przypadkiem nie śnimy naszego życia? Świetna mieszanka filozofii, buddyzmu i fantastyki naukowej. Znajdziemy tutaj odniesienia do anime jak i do cyberpunku. Po 16 latach, film wciąż robi ogromne wrażenie, nie tracąc nic ze swojej oryginalności. „Matrix” doczekał się kontynuacji w postaci dwóch filmów, oraz animacji, ale niestety, mam wrażenie, że, była to tylko próba skorzystania na komercyjnym sukcesie części pierwszej. Jak dla mnie można byłoby się bez nich obejść.


Później pojawiła się ekranizacja jednego z najlepszych, antysystemowych komiksów autorstwa Alana Moore’a, „V jak vendetta”. Niestety zabrakło tutaj niepowtarzalnego, mrocznego klimatu, który posiadał komiks dzięki rysunkom Davida Lloyda. Ale mimo to udało im się zachować treść opowieści, chociaż całość nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia jak oryginał. Mimo tego znam takich, którzy z komiksem nie mieli nic do czynienia, za to film, zmusił ich do przemyślenia kilku spraw.


Kolejnym filmem zrealizowanym przez Wachowskich był „Speed Reacer”. Nie oglądałem, więc trudno mi jest coś więcej o samym filmie napisać. Został on jednak bardzo źle przyjęty przez krytykę, ale także przez widzów, uniemożliwiając zwrot poniesionych przez wytwórnię kosztów. To pierwsza poważna klęska Wachowskich.

W 2012 roku ukazał się zrealizowany przez (już wówczas nie braci, a rodzeństwo) Wachowskich „Atlas Chmur”. To ekranizacja wspaniałej książki Davida Mitchella o tym samym tytule. Tym razem Wachowscy ponieśli klęskę na własne życzenie. Atlas chmur” to książka, której właściwie nie da się zamknąć nawet w trzygodzinnym filmie. Jest w niej zbyt wiele wątków, a jeśli coś się pominie lub skróci, całość przestanie mieć sens. Może serial, mający naprawdę zdolnych scenarzystów by podołał, albo gdyby Wachowscy wybrali tylko jeden z motywów. A tak, sami skazali się na porażkę. Mimo to film ma kilka mocnych stron. Jest naprawdę dopieszczony wizualnie. Tu Wachowscy pokazali prawdziwy kunszt i możliwości własnej wyobraźni. Również aktorsko jest on bardzo udany. Kreacje Tony Henksa, Halle Berry, Jima Broadbenta, czy Doona Bae, mogą zachwycić, stanowiąc jednocześnie ogromną zaletę filmu. Niestety, bilans filmu jest bardzo niekorzystny, jest on straszliwie męczący dla widza. A szkoda, bo książka należy do najważniejszych, z jakimi miałem do czynienia.


Kilka dni temu mogłem obejrzeć ostatnie dzieło rodzeństwa Wachowskich, „Jupiter: Intronizacja”.  Po pierwszym tygodniu wyświetlania, film został ogłoszony klapą roku. Moim zdaniem trochę niesłusznie. Złe oceny „Jupiter: Intronizacja” wynikają chyba głównie z tego, że wszyscy oczekują nowego „Matrixa”. Najprawdopodobniej Wachowscy już nigdy czegoś tak odkrywczego i świeżego nie stworzą. Myślę, że nie prędko Hollywood wyda na świat, coś na miarę „Matrixa”. „Jupiter” trzeba traktować jako filmową baśń, opowieść o kopciuszku, który nagle zyskuje ogromny wpływ na świat. Film jest czasami dość naiwny, ale przecież właśnie takie są baśnie. Nie będzie on stanowił przygody intelektualnej, ale za to bardzo dobrze się go ogląda. To całkiem niezłe widowisko, w tworzeniu, których Wachowscy okazują się być prawdziwymi mistrzami. Podejrzewam, że jeśli ktoś inny stałby za tym filmem, to nie tylko nie byłoby problemu ze zwrotem sporych kosztów produkcji (176 mln $), ale film przyniósłby całkiem niezły dochód.


Pomimo porażek Wachowskim wciąż udaje się znaleźć ludzi, którzy w nich wierzą, mając nadzieję na to, że powtórzy się sukces „Matrixa”, który zarobił na czysto przeszło 400 tys. dolarów. Jeszcze w tym roku ma się ukazać stworzony przez nich serial „Sense8”, którego bohaterami maja być ludzie o zdolnościach parapsychicznych. Miejmy nadzieję, że tym razem uda się im odnieść sukces, chociaż myślę, że będzie trudno. Od kilku lat seriale są na wyższym poziomie niż filmy fabularne, więc jeśli Wachowscy nie zaoferują czegoś nie tylko ciekawego, ale przede wszystkim oryginalnego, to poniosą kolejną porażkę, z której mogą się już nie podnieść.

300 filmów w 4 minuty

Jak obejrzeć 300 filmów. Nic prostszego, wystarczy dysponować kilkoma wolnymi minutami i prześledzić poniższy filmowy kolaż. Ważne jest jednak to, by głośno nastawić dźwięk, bo dopiero wówczas całość robi wrażenie.


 



Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 7

Dawniej marka Arnold Schwarzenegger oznaczała, że czeka nas kawał dobrego kina sensacyjnego. Niestety, od kiedy Arnie powrócił z nieprzymusowej odsiadki w polityce, filmy z jego udziałem są coraz gorsze. Tak właśnie jest z filmem „Sabotaż”, historią elitarnej jednostki do walki z narkotykami, której dowódcę gra Schwarzenegger. Film dość brutalny i najgorsze jest to, że brutalność ta niczemu nie służy. „Sabotaż” to nie tylko kiepski scenariusz i słabiutka reżyseria, ale przede wszystkim wyjątkowo kiepska, wręcz drewniana gra głównego bohatera (John „Breacher” Wharton, w którego wcielił się Arnold Schwarzenegger). „Sabotaż”, to najlepszy przykład na to. Że do pewnych rzeczy nie powinno się powracać, a jeśli już, to trzeba bardzo poważnie przemyśleć, jak to zrobić, by nie niszczyło to wypracowanej wcześniej pozycji. Jakby tego było mało, film został dość kiepsko zrealizowany, naprawdę fatalny montaż. Reżyser David Ayer, kreowany jest na prawdziwą gwiazdę współczesnego kina akcji, ale mam wrażenie, że jego główny patent polega jedynie na dużej liczbie brutalnych scen, wybuchów, jednak w warstwie fabularnej, film został kompletnie położony.

Jesteśmy coraz bliżej stworzenia sztucznej inteligencji, dzięki czemu przestaniemy być jedynymi inteligentnymi istotami na planecie Ziemia. Jednak możliwości, jakie miałaby taka sztuczna inteligencja przewyższałyby zdolności zwykłego człowieka. A co z uczuciami, empatią i całą masą uczuć oraz ukształtowaną przez tysiąclecia etyką? A gdyby, do takiego superkomputera przenieść świadomość człowieka? Gdyby zachował całą wiedzę, pamięć i uczucia konkretnej osoby? Czy byłby to jeszcze człowiek, czy może już tylko bardziej skomplikowana maszyna? Ten fascynujący temat postanowili poruszyć twórcy filmu „Transcendencja”. Operator filmów Nolana, Wally Pfister postanowił zostać reżyserem, ale zabrakło mu narracyjnej pomyślności i sprawności swojego kolegi. Miał być poważny, film o czymś, no i w sumie jest, ale, no właśnie, ale. Film pomimo świetnego tematu i zatrudnienia Johnny’ego Deppa i Morgana Freeman’a, jest po prostu nużący i naprawdę bardzo trudno jest dotrwać do jego końca. Postacie są płytkie, sytuacje, w których reżyser stawia swoich bohaterów, mało wiarygodne i chyba tylko strona wizualna, sprawia, że film ten da się oglądać.

Marka Bruce Willis, od jakiegoś już czasu nie jest gwarancją udanego filmu. A „Książę” jest chyba najgorszym, w jakim aktorowi przyszło zagrać. To straszliwe filmidło, swoim nazwiskiem firmuje także John Cusack. Nie wiem, czy to za sprawą pieniędzy, czy też po prostu panowie nie otrzymują już lepszych propozycji, bo film ten jest wyjątkowo nieudany. Pomysł zerżnięty z „Uprowadzonej”, ale niestety, nie dodano tutaj nic nowego. Mamy tylko bezsensowne mordobicie, które po jakiś 20 minutach przestaje interesować. Cały film jest dość schematyczny i z powodzeniem jesteśmy w stanie przewidzieć następujące po sobie sceny. Film próbuje nawiązać do kina akcji z lat 80-tych, ale zabrakło przede wszystkim przekonywującego głównego bohatera. Jason Patric, kompletnie się tutaj nie sprawdził. Przez takie niedopracowane dziełka, gatunek będzie wciąż straszył, jak świeżo wykopane zwłoki.



Angolskie poczucie humoru

Ostatnio trafił się nam wieczór z angielskimi filmami komediowymi. Wszyscy wiedzą, że Angole mają dość specyficzne poczucie humoru, ale to sprawia, że nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać. I tak też był tym razem. Dzięki dwóm filmom, mogliśmy przeżyć dość niezwykłą przygodę z jednej strony były to podróże w czasie, z drugiej zaś piwna eskapada z inwazją obcych w tle.

„Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania”, trzech wyrzutków (nerdów), którzy przypadkiem odkryli tajemnicę podróży w czasie. Podczas wieczoru spędzonego w pubie odkrywają czasoprzestrzenną anomalię, która mieści się w toalecie, więc za każdym razem, kiedy tam wejdą przechodzą przez szczelinę w czasie lądując w bliższej, bądź dalszej przyszłości. Zresztą, każdy, komu zdarzy się korzystać z publicznie dostępnych toalet z pewnością odnosi wrażenie, jakby odbył podróż na zupełnie inna planetą, więc nie dziwi mnie pomysł scenarzysty, by właśnie tam umieścić bramkę w czasie. I jeszcze jedna rzecz, choć dość dyskusyjna, która w tym filmie mi się spodobała, to koncepcja zabijania twórców zaraz po stworzeniu przez nich najwybitniejszego dzieła i w ten sposób unieśmiertelnianiu ich. „Podróże w czasie: najczęściej zadawane pytania” może nie jest filmem wybitnym, to właściwie parodia gatunku (SF), ale przy tym bardzo dobra i całkiem niegłupia rozrywka.


Drugą angolską komedią tego wieczoru był film „Tu już jest koniec” (The World’s End). Za scenariusz filmu odpowiedzialny był jeden z lepszy brytyjskich komików Simon Pegg, który wciela się także w jedną z głównych ról, szalonego Gary Kinga. Wydawać by się mogło, że będzie to dość prosta i schematyczna opowieść. Gary King, który nigdy nie przestał być nastolatkiem, postanawia zwołać swoich kumpli z liceum, aby dokończyć piwny maraton , który rozpoczęli dwadzieścia lat wcześniej. Nie łatwo będzie ściągnąć dawnych przyjaciół, którzy dojrzeli, pozakładali garnitury i własne rodziny i w zupełnie inny sposób patrzą na życie niż przez dwiema dekadami. W końcu jednak prośbą, groźbą i podstępem, uda mu się ich zwabić do rodzinnego miasteczka. I cała piątka ruszy na podbój miejscowych pubów, ale i tym razem coś stanie im na przeszkodzie. Miasto i ludzie, których kiedyś znali są jacyś inni, jakby obcy… Nie będę dalej opowiadał filmu, bo naprawdę warto obejrzeć do. Dziełko to, ma też swoje przesłanie, może i naiwne, ale jednak zawsze bardzo aktualne.


Muszę przyznać, że dzięki tym filmom spędziliśmy całkiem przyjemny wieczór. Fajnie oderwać się od dość schematycznej kinematografii rodem z Hollywood. Miło być zaskakiwanym, a do tego była to spora dawka angielskiego poczucia humoru, które mi osobiście bardzo odpowiada.

 

Filmy, które nigdy nie powinny powstać cz. 6

Kultura, także ta popularna wciąż sięga po wzorce antyczne. Nawiązania do starożytności odnajdziemy w architekturze, literaturze, a także w kinie. Co roku powstaje przynajmniej kilka filmów, których akcja toczy się w czasach starożytnych. Jedne lepsze, większość niestety gorsza. Przykładem takiego właśnie tworu jest film „The legend of Hercules”. Film wygląda, jakby trochę kosztował, ale i tak pełen jest niedoróbek. Raz mamy krajobrazy wygenerowane komputerowo, zaraz potem przenosimy się do prawdziwego lasu, który zresztą niewiele ma wspólnego z Grecją. Chyba, że twórcy filmu mają jakieś nieznane historykom informacje na temat klimatu sprzed 2500 lat. Część aktorów, zwłaszcza statystów jest nieco drewnianych, a niektórzy z nich kompletnie sobie nie radzą w scenach walki. No i do tego prostacka fabuła. Niby wiele się dzieje, ale mnie to kompletnie nie interesowało. Wypiękniony Herkules, jako heros jest nijaki, momentami wręcz słaby, nie ma w sobie nic z mitologicznego pierwowzoru. Półtorej godziny filmu stanowi prawdziwą męczarnię.


„Franklin Delano Roosevelt amerykański skurczybyk”, to chyba najgorszy, najbardziej debilny film, jaki przyszło mi oglądać. Wszystko tam było straszliwe, scenariusz, zdjęcia, montaż, efekty specjalne i aż dziwne, że w filmie tym można odnaleźć wielu znanych aktorów, którzy starają się wczuwać w odgrywane role, przez co, to wszystko staje się jeszcze bardziej groteskowe. Wilkołaki naziści i spisek na życie amerykańskiego prezydenta, który jest dokładnie taki, jak sugeruje tytuł, Franklin Delano Roosevelt to prawdziwy, amerykański skurczybyk. Wciąż trudno mi jest uwierzyć, że ktoś tracił czas i pieniądze na tworzenie czegoś tak odrażającego. Może w ten sposób, ktoś chciał uprać brudną forsę? Mam apel do producentów tego…”dzieła”, jeśli ponownie zdarzy się, że znów nie będziecie mieli co robić z kasą, skontaktujcie się ze mną.


Ostatni film w tej odsłonie, nie należy do tych, które nie po winny powstać. Wręcz przeciwnie, to film, który musiał powstać, tylko niestety, nie w tej formie. „Obrońcy skarbów” to najlepszy przykład na to, jak można zniszczyć temat, z pozoru nie do zniszczenia. Bo taka jest właśnie historia oddziału zapaleńców, próbujących odnaleźć dzieła sztuki, rabowane przez nazistów przez sześć lat wojny. Niestety, to, co powinno być opowieścią jak z filmu o przygodach Indiana Jonesa, stało się nieciekawym, fabularyzowanym dokumentem. I w niczym nie pomogła, naprawdę świetna obsada aktorska. Film, jest po prostu nudny. George Clooney, Matt Damon, Bill Murray, czy John Goodman, grali tak, jakby odtwarzali swoje dawne role, kompletnie nic nowego do tego filmu nie wnosząc. Do tego jeszcze przesadny patos, film przepełniony jest patriotyczną propagandą. Można byłoby wysnuć wniosek, że tylko Amerykanie są w stanie ocalić dziedzictwo kulturowe Europy, bo tylko oni znają jego wartość. Mogło powstać fascynujące sensacyjno  wojenne kino, zamiast tego mamy straszliwie ciągnący się wykład na temat odzyskiwania dóbr kultury rabowanych przez nazistów. Az żal środków, które pochłonął ten film.




Makiaweliczny Spacey

Francis Underwood, główny bohater serialu „House of Cards”, genialnie zagrany przez Kevina Spacey”ego, to postać fascynująca, wręcz hipnotyzująca widza i do szpiku kości zła. Underwood, wraz ze wspierającą go żoną (Robin Wright) jest współczesnym spełnieniem idei Machiavellego. Ma jasny cel, którym jest władza i zrobi wszystko, aby go osiągnąć. W filmie jesteśmy świadkami politycznej wojny rozgrywanej przez głównego bohatera, momentami jednak, kiedy Spacey zwraca się bezpośrednio do nas, komentując zza czyiś pleców swoje postępowanie, ze świadka stajemy się jego powiernikami i wówczas już należymy do niego. Przez większość czasu trzymałem kciuki, chcąc aby Underwoodowi się udało, stając się jego cichym wspólnikiem. I nie zrażało mnie, że powoli odkrywane są kolejne fragmenty, jego mrocznej natury. Spacey wykreował „bestię” doskonałą. Drugi sezon „Hause of Cards” to prawdziwy serialowy majstersztyk, jaka szkoda, że to zaledwie 13 odcinków.