Kategoria: muza

Krótko o… płytach cz. 12

W środę kurier przywiózł mi niewielką paczkę, w której znajdowała się świeżutka, właściwie gorąca, jeszcze przedpremierowa płyta PIDŻAMY PORNO, Sprzedawca Jutra. Od kiedy przerzuciłem się na streaming, rzadko kupuję płyty, ale tym razem nie potrafiłem się powstrzymać i musiałem zamówić Sprzedawcę. W przesyłce znajdowało się przyjemne, chociaż patrząc na grafikę, lekko niepokojące, kartonowe pudełko z autografami muzyków, a w nim krążek z ich muzyką, na którą czekałem 15 lat. Dwanaście utworów, które można krótko opisać, jako 100% PIDŻAMY PORNO. W ostatnich czasach projekt Grabaża, Strachy na Lachy, stał się dość męczący. Brakowało przede wszystkim prostego, punkowego grania. Chyba miałem jednak zbyt duże oczekiwania wobec tej płyty, ale PIDŻAMA to kapela, która kiedyś uratowała mi życie. Pierwsze trzy utwory są właściwie tym na co czekałem (zwłaszcza Hokejowy Zamek, jak usłyszałem pierwszy raz, to miałem wrażenie, że Grabaż zajrzał mi do głowy i postanowił to wyśpiewać). Później jednak jest jakby słabiej. Chociaż kolejne kawałki są muzycznymi cytatami z dokonań PIDŻAMY to odniosłam wrażenie, że nagle przestało być ciekawie, zwłaszcza przy Sądzie Ostatecznym. Jednak dwa ostatnie utwory, to znów stara, dobra, momentami dość mocna PIDŻAMA. Ale, jak się okazuje, sam zespól miał spory problem z tworzeniem tej płyty, Grabaż przyznał, że „Nie wychodziło nam, nagraliśmy materiał, ale nie wiedzieliśmy, jak go sensownie złożyć.” I takie właśnie miałem wrażenie, po pierwszym przesłuchaniu Sprzedawcy. Jednak z każdą kolejną minutą obcowania z tą muzyką, podoba mi się coraz bardziej. I chociaż ten krążek nie porwał mnie tak jak Bułgarskie Centrum, to z pewnością Sprzedawca Jutra, będzie jednym z ważniejszych płyt w tym raku.

Dead Cross

Ważne odkrycia muzyczne czy literackie, często następują zupełnie przypadkowo. Tak właśnie miałem z płytą Dead Cross. Wszystko zaczęło się od okładki kojarzącej mi się z  danse macabre. Kiedy włączyłem pierwszy utwór, usłyszałem jakieś szumy piski, a po 25 sekundach rozbrzmiała fantastycznie brzmiąca perkusja. Po kolejnych kilkunastu słyszę wokalistę żywcem przeniesionego z płyt Faith No More. A muzyka na płycie, układa się w cudowny, dźwiękowy chaos, wywołujący niepokój, dyskomfort, który z czasem zamienia się we wściekłość i furię. Prosta, niemal punkowa muzyka, z mocą death metalu, wgniata, rozwala umysł, ćwiartuje duszę. Słuchając Dead Cross zupełnie zapominałem o swoich czterdziestu wiosnach i znów poczułem się naiwnym nastolatkiem, który chce rozpieprzyć świat, tak wadliwie skonstruowany. Dead Cross to sprzeciw wobec świata polityki, wielkich korporacji, protest przeciwko jałowemu życiu. I szkoda tylko, że ta niezwykła płyta jest tak krótka, bo trwa zaledwie 28 minut, ale z drugiej strony, czy ludzki umysł, byłby w stanie przyjąć większą dawkę muzycznej anarchii.


Po wysłuchaniu płyty, zacząłem szukać informacji na temat Dead Cross i jak się okazało intuicja mnie nie myliła, odpowiedzialni za ten projekt są m.in. genialny perkusista Dave Lombardo oraz jeden z najlepszych wokalistów, jakich wydała na świat muzyka rockowa, Mike Patton (Faith No More).

Dead Cross powinien posłuchać każdy, kto uważa, że jego życie jest pełne harmonii, polecam tę płytę także tym, którzy pogrążenie są w apatii, a także każdemu, komu nie do końca zgadza się z otaczającą go rzeczywistością.


Urodziny Dylana

Dziś 75 lat kończy Bob Dylan. Kilka dni temu ten niezwykły muzyk, zrobił sobie ,ale przede wszystkim fanom wspaniały prezent, wydając kolejny (trudno zliczyć który), świetny album. Coś czuję, że zbliżające się lato, będzie pod znakiem Dylana i płyty „Fallen Angels”.

David Bowie (1947 – 2016)

Wczoraj zmarł David Bowie, jeden z największych muzyków ostatnich czterdziestu lat. Niesamowity wokalista i bardzo uzdolniony instrumentalista (grał na 17 instrumentach). Nie bał się poszukiwać. Przez przeszło 40 lat sięgał po bluesa, rocka, glam rocka, pop,  new wave, punka, tworząc swój, niepowtarzalny styl. Był prawdziwym, muzycznym czarodziejem, bez którego współczesna muzyka popularna byłaby mniej barwna. Na szczęście pozostawił po sobie spory dorobek.

 Zaczynają odchodzić ci, którzy tworzyli muzykę lat 60-tych i 70-tych. Smutne.

 

 


Lemmy Kilmister 1945 – 2015

Wczoraj w wieku 70 lat, zmarł jeden z największych muzyków metalowych Lemmy Kilmiste, założycieli i wokalista brytyjskiego zespołu Motörhead. Lemmy wydawał się niezniszczalny, poległ w walce z rakiem. Na szczęście pozostała po nim jego muzyka, 21 albumów nagranych z Motörhead i kilkadziesiąt płyt z innymi zespołami. Lemmy byłeś wielki!!!!

 

 



Zaprzedałem duszę – Diabolus In Musica

Od dzisiaj zaczyna funkcjonować mój drugi blog zatytułowany „Diabolus In Musica”. W całości poświęcony jest on moim fascynacjom muzycznym. Znajdą się tam opisy zespołów oraz płyt, które wywarły na mnie swoje wyraźne piętno. Muzyka jest tą dziedziną sztuki, która działa na mnie najmocniej, dlatego postanowiłem znaleźć dla niej osobne miejsce. Będą to nie tyle recenzje ważnych dla mnie płyt, co przede wszystkim, jeśli mi się to uda uchwycić, emocje, towarzyszące obcowaniu z nimi. Wobec tego zapraszam do zapoznania się z ważnym fragmentem mojej duszy.

Muzyczne poszukiwania

Był taki czas, kiedy to muzyka była dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy. Dziś już nie mam na jej punkcie takiego świra, moje życie wypełnia prócz niej wiele innych rzeczy, a kilka z nich ma dla mnie znacznie większe znaczenie. Wciąż jednak szukam rzeczy, które mogą mnie poruszyć. Wciąż, muzyka pozostaje tą dziedziną sztuki, która działa na mnie najmocniej. Kiedy więc znajdę odrobinę wolnego czasu przeczesuję portale muzyczne w celu odnalezienia czegoś świeżego. I na szczęście zdarzają się wspaniałe niespodzianki. Największym odkryciem w ostatnim czasie był zespół Van Canto. To niemiecka kapela grająca tzw. power metal, czyli jest szybko, dość mocno i z patosem. Niezwykłość tego zespołu polega na tym, że poza perkusją nie używają żadnych instrumentów. Wszystkie dźwięki, jakie odnaleźć można na ich płytach, tworzą „paszczowo”, czyli za pomocą własnych głosów. Brzmi to niesamowicie. Odkrycia dokonałem zupełnie przypadkowo. Po prostu rzuciła mi się w oczy okładka ich ostatniej płyty. Wydała mi się tak idiotyczna, że zapragnąłem posłuchać ludzi, którzy w ten sposób chcą zdobyć słuchaczy. To co usłyszałem powaliło mnie. To w większości utwory dobrze mi znane, ale zostały tak zaaranżowane, że wcisnęło mnie w fotel. Przesłuchałem wszystkie dotychczasowe płyty zespołu i jestem pod ogromnym wrażeniem. Wspaniałe uczucie, kiedy niespodziewanie odkrywa się coś nowego i do tego wybitnego.

 


Drugim odkryciem, jest węgierska kapela Superbutt. To także przedstawiciele mocniejszej muzy, tym razem jednak instrumentarium jest jak najbardziej tradycyjne, czyli perkusja, dwie gitary, bas i wokal. To przede wszystkim wokal mnie tak bardzo zaintrygował. Wyrazisty, mocny, bezkompromisowy. I chociaż zespół śpiewa po angielsku, to kiedy pojawiają się madziarskie wstawki robi się cudownie.